czwartek, 29 stycznia 2009

Hurtownia książek

Zupełnie przypadkiem odkryłam ostatnio ciekawy program o książkach. Nazywa się Hurtownia książek, a prowadzą go Agnieszka Wolny-Hamkało (poetka, znana mi z bloga w "Polityce") oraz Bill Jonston (Amerykanin, profesor literatury, tłumacz polskiej literatury na angielski).
Program podoba mi się z kilku powodów. Po pierwsze, nie jest prowadzony w sposób sztampowy (czyli dwie osoby siedzą przy stoliku i wysoce naukowym językiem wykłócają się o jakość danego tytułu). Tutaj wszystko dzieje się spontanicznie - Agnieszka i Bill pakują prezenty świąteczne dla widzów i "przy okazji" omawiają premiery książkowe. Albo ubierają choinkę, a potem układają pod nią książki, które, ich zdaniem, nadają się na prezent. Przypomina to luźną rozmowę dwóch znajomych, którzy wymieniają się poglądami na temat przeczytanych książek. Mnie to przekonuje. Prowadzący są uśmiechnięci, otwarci. I jeśli jakąś książkę oceniają nie najlepiej, to prosto z mostu mówią, że jest słaba, kiepsko napisana, że nie ma w niej treści. Potrafią też zachęcić do książki według nich bardzo dobrej.
Ponadto w programie, oprócz nieco słabszych tytułów, pojawia się sporo literatury "w moim stylu", czyli takiej, która teoretycznie wcześniej czy później mogłaby pojawić się na mojej półce. A dzięki rekomendacjom Hurtowni prawdopodobieństwo, że się na niej pojawią, wzrasta.
Brakowało mi takiego programu. Teraz oglądam wszystkie archiwalne odcinki w itvp.pl. Program w TVP leci w sobotę rano.

Tutaj


Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. Powiedziałabym nawet, że istniejecałe mnóstwo rzeczy, których nie powinno się robić zbyt wcześnie. Jednąz nich jest CZYTANIE POEZJI.
A konkretnie czytanie wielkiejpoezji, gdy nie jest się na to przygotowanym. Z wierszami WisławySzymborskiej zetknęłam się po raz pierwszy przelotnie w późnejpodstawówce, a potem w liceum omawialiśmy takie utwory jak np. Cebula,Kot w pustym mieszkaniu, Pierwsza fotografia Hitlera, Dwie małpyBruegla, Sto pociech.
I niestety, sztampowe, mechaniczne podejście do tematu, sztywne "coautor miał na myśli" i "jaka jest konstrukcja wiersza" spowodowało, żepoezję Szymborskiej odebrałam podobnie jak wszystkie inne rzeczy "doprzerobienia" (nigdy nie byłam fanką lektur obowiązkowych).
I gdyby nie to, że podczas przerzucania kolejnych książek w jednym zantykwariatów wpadł mi w ręce tomik DWUKROPEK, pewnie nadal żyłabym wnieuświadomieniu.
Booto otworzyłam książkę na przypadkowej stronie, przeczytałam jeden z utworów, nie pamiętam już który, i pomyślałam sobie "WOW, aleniesamowite".
I tak zaczęła się moja miłość do naszej noblistki. Dwukropek zabrałamze sobą wtedy do domu, podobnie jak WIDOK Z ZIARNKIEM PIASKU. Potem nakomputerze przepisałam sobie cały tomik CHWILA wypożyczony zbiblioteki. I po dziś dzień lubię urządzać sobie poetycko-filozoficznewieczorki z wierszami Szymborskiej w roli głównej.
Bo ta poezja przesycona jest filozofią, chwilowością, przypadkowością,przemijalnością. Nie ma w niej zbędnych słów, są za to słowa, o którychmożna myśleć potem przez całą noc.

A dlaczego akurat teraz o tym piszę? Ano dlatego, że lada dzień będzie miało miejsce ważne wydarzenie literackie - ukaże się nowy tom, a właściwie też tomik - TUTAJ. A dziś w Krakowie na ul.Lubicz spotkanie z Poetką! Żałuję, że nie mogę się tam teleportować.

PS Na zakończenie przytoczę jeszcze anegdotkę z recenzji Jarosława Mikołajewskiego (GW z 2005-11-27):
Kiedy dwa lata temu prosiłem o rozmowę Ferzana Ozpetka, który pochodziz Turcji, od lat mieszka w Rzymie i jest dziś jednym z najciekawszychreżyserów (w Polsce oglądaliśmy m.in. jego "Łaźnię turecką" i "Okno"),oświadczył: "Co prawda nie mam czasu, ale z tobą porozmawiam, bo jesteśPolakiem, a Polką jest również Szymborska". I opowiedział, jak idąc narzymską premierę swojego pierwszego filmu, wszedł do księgarniFahrenheit przy Campo di Fiori, otworzył przypadkiem książkę nieznanejsobie "poetki o dziwnym nazwisku", jak nie mógł się od niej oderwać,więc ją kupił, zabrał na premierę i na początku spotkania oświadczył,że ten wieczór nie będzie poświęcony filmowi, lecz książce. Iprzeczytał zebranym wiersze polskiej poetki.

Opowieśćturecko-włoskiego reżysera jest czymś więcej niż anegdotą z życiawyższych sfer kulturalnych Rzymu. Ozpetek mimowolnie utrafił w istotęoddziaływania wierszy Wisławy Szymborskiej, które rodząc się z chwiliżycia i pokazując jej wątpliwe zaistnienie, przypadkowy bieg i niepewnykierunek, ofiarowują czytelnikowi chwilę zrozumiałej lektury świata.

PS 2 I jeszcze mój ulubiony wiersz

Rozmowa z kamieniem

Pukam do drzwi kamienia.

- to ja wpuść mnie.

Chcę wejść do twojego wnętrza,

Rozejrzeć się dokoła,

Nabrać ciebie jak tchu.

- odejdź- mówi kamień.-

jestem szczelnie zamknięty.

Nawet rozbite na części

Będziemy szczelnie zamknięte.

Nawet starte na piasek

Nie wpuścimy nikogo.

Pukam do drzwi kamienia.

- to ja wpuść mnie

przychodzę z ciekawości czystej.

Życie jest dla niej jedyna okazją.

Zamierzam przejść się po twoim placu,

A potem jeszcze zwiedzić liść i kroplę wody.

Niewiele czasu na to wszystko mam.

Moja śmiertelność powinna cię wzruszyć.

jestem z kamienia - mówi kamień-

i z konieczności musze zachować powagę.

Odejdź stąd.

Nie mam mięsni śmiechu.

Pukam do drzwi kamienia.

-to ja wpuść mnie.

Słyszałam, że są w tobie wielkie puste sale,

Nie oglądane, piękne nadaremnie,

Głuche, bez echa czyichkolwiek kroków.

Przyznaj, że sam niedużo o tym wiesz.

-wielkie i puste sale- mówi kamień-

ale w nich miejsca nie ma.

Piękne, być może, ale poza gustem

Twoich ubogich zmysłów.

ożesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy.

Całą powierzchnią zwracam się ku tobie,

A całym wnętrzem leżę odwrócony.

Pukam do drzwi kamienia.

-twoja wpuść mnie.

Nie szukam w tobie przytułku na wieczność.

Nie jestem nieszczęśliwa.

Nie jestem bezdomna.

Mój świat jest wart powrotu.

Wejdę i wyjdę z pustymi rękami.

A na dowód, że byłam prawdziwie obecna,

Nie przedstawię niczego prócz słów,

Którym nikt nie da wiary.

-nie wejdziesz- mówi kamień.-

brak ci zmysłu udziału.

Żaden zmysł nie zastąpi ci zmysłu udziału.

Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia

Nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału.

Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu,

Ledwie jego zawiązek, wyobraźnie.

Pukam do drzwi kamienia.

-to ja wpuść mnie.

Nie mogę czekać dwóch tysięcy wieków

Na wejście pod twój dach.

-jeżeli mi nie wierzysz- mówi kamień-

zwróć się do liścia powie to, co ja.

Do kropli wody, powie to, co liść.

Na koniec spytaj włosa z własnej głowy.

Śmiech mnie rozpiera, śmiech, olbrzymi śmiech,

Którym śmiać się nie umiem.

Pukam do drzwi kamienia.

-to ja wpuść mnie.

-nie mam drzwi- mówi kamień.

Mała księżniczka, czyli aż łza się w oku kręci


Mam za sobą weekend u rodziców. Weekend spędzony na plotkach, plotkach i jeszcze raz plotkach. Weekend niesamowicie relaksujący i ciepły. Bardzo mi było potrzebne oderwanie się od Warszawy, od spraw codziennych, od myślenia o rzeczach nie zawsze wesołych.
Spędziłam czas z rodzicami i siostrami, mąż był 40 km ode mnie, u swoich rodziców. Była więc okazja, aby od siebie odpocząć, a jednocześnie stęsknić się za sobą.

Uwielbiam przebywać w moim pokoju w domu rodziców. Siadam na kanapie i znów zamieniam się w małą dziewczynkę. Tym razem fala wspomnień zalała mnie z tym większą siłą, że odtworzyliśmy starą kasetę sprzed 15 lat z jednej z imprez rodzinnych. Kaseta leżała przez kilka lat bezużytecznie, jako że era wideo minęła bezpowrotnie. Nośnik udało się ją jednak przekonwertować na DVD i tym sposobem zrobiliśmy sobie niezłą powtórkę z rozrywki. Jakie to uczucie zobaczyć siebie jako 12-letnie dziecko? Niesamowite, a jednocześnie dające do myślenia. Patrzyłam na ekran i byłam coraz bardziej zdumiona, jakim byłam rozbieganym łobuzem, jak nie potrafiłam nawet pięć minut usiedzieć na miejscu? Gdzie z biegiem lat znika ta energia??? Ech, gdybym dziś miała w sobie tyle życia, tyle zapału do ruszania się. Dorosłość zabija w nas spontaniczność. Choć nie powiem, i dziś potrafię z mężem wygłupiać się, skakać i śmiać się, aż nas brzuchy bolą. To już jednak nie to samo, co kiedyś, kiedy nie było żadnych zmartwień, kiedy skok franka szwajcarskiego obchodził nas tyle co dziury w szwajcarskim serze.

Przy okazji pobytu u rodziców wydarzyła się jeszcze jedna rzecz, która skłoniła mnie do takich wynurzeń. Przeglądając biblioteczkę w domu rodziców odkryłam MÓJ SKARB z dzieciństwa. "Mała księżniczka" Frances Hodgson Burnett - książka z wytartą okładką, zagiętymi rogami, przybrudzonymi brzegami, zczytana do granic możliwości. Moja ulubiona książka z dzieciństwa. Znałam ją niemalże na pamięć.
Dla tych, którzy jej nie czytali, krótkie streszczenie fabuły. Mała Sara jest uroczym dzieckiem wychowywanym przez nieprzyzwoicie bogatego ojca, który rozpieszcza ją na wszelkie możliwe sposoby. Ojciec zapisuje córkę na elitarną pensję panny Munchen, gdzie dziewczynka jest dalej utwierdzana przez wszystkich, a zwłaszcza przez żądną pieniędzy właścicielkę pensji, w swojej wyjątkowości. Sara pozostaje jednak skromna i życzliwa. Mimo specjalnego traktowania, mimo posiadania kucyka i ogromnej garderoby dla siebie i swojej lalki. Wszystko zmienia się, gdy ojciec dziewczynki umiera jako bankrut. Z dnia na dzień Sara zostaje służącą panny Munchen, ponieważ musi odpracować dług zaciągnięty przez jej ojca. Upokarzana, głodzona, zachowuje dawną pogodę ducha. Zaprzyjaźnia się ze szczurem zamieszkującym jej izdebkę na zimnych strychu. Książka ma oczywiście happy end.

Nie umiem znaleźć słów, które oddałyby, co czułam wtedy, będąc kilkuletnią dziewczynką czytającą o losach biednej Sary. Potrafiłam wtedy maksymalnie wczuć się w rolę tej małej bogaczki wystawionej na tak ciężką próbę. Wchodziłam w jej świat, na czas lektury przenosiłam się w książkowy świat. Stawałam się małą księżniczką. Zastanawiam się, jaki wpływ miały na mnie te "moje" lektury. Właśnie "Mała księżniczka", obowiązkowa seria "Ani z Zielonego Wzgórza", "Jana ze wzgórza latarni", uroczy "Plastusiowy pamiętnik" , wyuczone na pamięć wiersze Tuwima i Brzechwy wiele, wiele innych nieco naiwnych, dziecinnych książeczek.
Wiem jedno - dzięki tym książkom miałam wybujałą wyobraźnię, z której chyba do dziś co nieco pozostało. Moje ukochane lektury nauczyły mnie wrażliwości, a po trosze chyba też trochę miłości. Po prostu - w jakimś stopniu mnie ukształtowały. To, że sięgnęłam, po takie, a nie inne, zaważyło być może na dalszych wyborach życiowym (jak choćby wybór kierunku studiów), jednym słowem dziecięce lektury - "zrobiły" ze mnie humanistkę.

Zastanawiam się, czy dziś, po około dwudziestu latach, które minęły od czasu, gdy z wypiekami na twarzy zaczytywałam się w "Małej księżniczce", nadal potrafię tak empatycznie podchodzić do "moich" bohaterów? Czy i teraz mam jakiegoś, który jest mi tak bliski? Może staruszek z Traktatu o łuskaniu fasoli? Eberhard Mock z mrocznej serii Krajewskiego? Jurek z Pilchowskich powieści? Anna In z książki Tokarczuk? To może któryś z braci Karamazow? Niestety, nie umiem takiego znaleźć.
No, może ewentualnie Katarzyna Earnshaw z "Wichrowych wzgórz" wzbudzała we mnie podobne uczucia, choć akurat w tym wypadku bardziej zafascynował mnie film niż książka.

Dzieciństwo to czas magiczny. Cieszę się, że spędziłam go wśród pól i lasów, że mogłam wybiegać się do woli, powygrzewać na słońcu nad pobliskim stawem, wyszaleć na rowerze na polnych drogach. I podczas takich wzruszających momentów, jak ten, kiedy znalazłam na półce "Małą księżniczkę", odczuwam ogromną tęsknotę za tym czasem sielskim anielskim. Czy tylko ja tak mam?

Czeski sen, czyli w poszukiwaniu...

Miałam ostatnio okazję obejrzeć film Czeski sen. To ciekawie nakręcony obraz, bardziej w formie dokumentu. Ogólnikowo mówiąc: dwóch studentów czeskiej filmówki ma nietypowy pomysł na pracę dyplowową. Postanawiają stworzyć film o otwarciu Czeskiego snu - supermarketu, który będzie miał swoją reklamę na bilboardach w całej Pradze, spoty w radiu i telewizji - jednym słowem zakrojoną na bardzo szeroką skalę kampanię reklamową, a właściwie antyreklamową. Na bilboardach pojawiają się bowiem antyzachęty: Nie jeźdzcie tam, Nie wydawajcie pieniędzy itp.
Główny pomysł filmu polega na tym, że ten supermarket nie istnieje, a tysiące osób, które naprawdę zgromadzą się na placu w dniu otwarcia, przy próbie zrobienia zakupów w tym Czeskim śnie... zderzy się z płócienną fasadą.
Film daję do myślenia, obnaża pęd do nieograniczonego konsumpcjonizmu Prażan, a w domyśle każdego z nas.

Mnie skłonił do postanowienia, że oto kończę z comiesięcznym kupowaniem "Twojego Stylu", w większości nafaszerowanego reklamami perfum i ciuchów, na które i tak mnie nie stać.

Muszę znaleźć sobie jakąś alternatywę, myślałam o czymś z dziedziny literacko-kulturalnej. Hm, i tu pojawia się problem. Nigdy nie byłam wielbicielką stricte literackich czasopism. Są dla mnie zbyt trudne, przeintelektualizowane. Ale czy jest na rynku pismo dla osób zafascynowanych literaturą, które przedstawiałoby książki z wyższej, aczkolwiek nie najwyższej półki. Chodziłoby mi głównie o propozycje nowowści książkowych, recenzje, wywiady z autorami, wiadomości z rynku wydawniczego.

Wiem, że wznowił się "Bluszcz", niegdyś pismo ambitne, do którego pisali autorzy pokroju Tuwima. Dzisiejszy "Bluszcz" jest typowo kobiecym pisemkiem, w którym znajdziemy nazwiska pani Kalicińskiej, Brodzik i Grocholi. No i oczywiście obowiązkowo Janusz Wiśniewski.
Przejrzałam gazetę dwa razy, to nie dla mnie.

Więc co? Może Nowe Książki albo Kurier Czytelniczy? No cóż, mam nadzieję, że znajdę dla siebie coś wartościowego w tych stertach dostępnych tytułów.

Onitsza i Heban, czyli dwie różne Afryki



Podługiej leniuchowatej przerwie jestem. Ja Anna, ja, która przez dwa tygodniepławiłam się w luksusie posiadania wolnego czasu.

Był topiękny czas. Pełen wzruszeń. Dobrych rozmów. Nieustannego przytulania się domęża i cieszenia się z tych kolejnych wspólnych świąt.

Dni tzw.pozaświąteczne spędziłam w klimatach afrykańskich.

Przysiadłampo raz drugi nad Wojną futbolową i Hebanem Kapuścińskiego oraz nad OnitsząJ.M.G. Le Clezio. Wiem, że to dwie zupełnie różne konwencje, bo tu reportaż, atu powieść. Ale czytałam, czytałam i czytałam i wyjść ze zdziwienia nie mogłam,jak to się stało, że Le Clezio dostał Nobla, a nasz Kapuściński nie. Cóż to zamiernota i ubogość ta pisanina Le Clezio w porównaniu ze skrzącym językiemnaszego cesarza raportażu. Cóż za brak umiejętności wpisania się w pamięćczytelnika. Choć być może zbyt ostro go oceniam, bo w końcu przeczytałamzaledwie jedną książkę. I moją opinię wyrażam bez wcześniejszego zapoznania się z jakimikolwiek recenzjami w prasie, więc może się okazać, że się nie znam i że ten Le Clezio to geniusz.

Ale do rzeczy...

W HebanieKapuściński zamieścił fragment dotyczący właśnie Onitszy. I wiecie co? Bardziejcenię sobie tych kilka stron jego reportażu niż ponad dwieście stron Onitszy LeClezio. Bo tekst Dziura w Onitszy przenosi nas niemal namacalnie do tejspecyficznej krainy, gdzie handlarki siedzą przez cały dzień na targu z kilkomakolbami kukurydzy na sprzedaż i gdzie nienaprawiana dziura w drodzeuniemożliwia wjazd do miasta, bo „w Onitszy zawsze tak było” i nikt nie mazamiaru niczego z tym zrobić. I już czujemy ten klimat, już widzimy oczymawyobraźni Ryśka, który stoi bezradnie przed tą dziurą swoim steranym peugotem.

„Le Clézio snuje piękną opowieść o prawdziwej fascynacjiAfryką, jej kulturą, wierzeniami; o powolnym roztapianiu się w afrykańskiejprzyrodzie”. To z opisu na stronie wydawcy Onitszy. I może rzeczywiściezamiarem autora było roztopić czytelnika w opisach przyrody, w które obfitujepowieść. Zabrakło mi za to wyrazistych sylwetek bohaterów i zarysowaniastosunków między nimi. Wszystkie postaci są bezbarwne, akcja szczątkowa - cowięc w tej powieści jest? Nie wiem, cokolwiek to jest, mnie nie przekonuje.

Może jednak jestem niesprawiedliwa, może po prostu dwaj ludzie zobaczyli w kontynecie afrykańskim zupełnie różne rzeczy. Może każdy miał inną wrażliwość, może zmysły wystrzone na inne sprawy. Może...


Kapuścińskiw 2006 roku przegrał w rywalizacji do Nobla z Orhanem Pamukiem (swoje zdanie natemat tego pisarza już wyraziłam). Jakże niesłusznie. Choć sam autor nigdy oNoblu nie wspominał. Bo był skromnym człowiekiem niezainteresowanym nagrodami.

Tejskromności i wielkiej ciekawości świata chcę się od niego uczyć poprzez coraz lepszepoznawanie jego twórczości. Taki jest mój plan na 2009 rok, więc Kapuściński jeszcze nie raz zagości na kartach mojego bloga.

Co doinnych postanowień noworocznych, to nie mam zamiaru się takowymi katować.

Poprostu, jak co roku, planuję być lepszym człowiekiem.
Aha, no iodnowiłam prenumeratę poradni językowej PWN.
I postanowiłam nie czytać noblistów.

Angielski pacjent









Po raz kolejny obejrzeliśmy ostatnio Angielskiego pacjenta. To jeden z tych filmów, które lubię mieć pod ręką, aby móc w każdej chwili sobie go odświeżyć.

Uwielbiam ten film za piękne zdjęcia, za cudowną Juliette Binoche, za rewelacyjnego Ralpha Fiennesa.

A najbardziej w tym obrazie podoba mi się to, że wyciska łzy z oczu mojego męża. Bo za każdym razem upewniam się wtedy, że nadal jest moim wrażliwym, uczuciowym, dobrym P.
Dlatego lubię z nim oglądać smutne filmy...

O rety, kabarety!

Mamy za sobą 4-godzinny wieczór kabaretowy w Sali Kongresowej :).
Obejrzeliśmy Jerzego Kryszaka, kabarety Słuchajcie, Świerszczychrząszcz, Czesuaf, Łowcy.B i... Kabaret Moralnego Niepokoju.

Mile zaskoczyli nas Łowcy.B. Widzieliśmy ich któregoś roku w Krakowie na juwenaliach i wtedy mieliśmy co do nich mieszane uczucia. A w sumie oni ubawili nas najbardziej. Humor zdecydowanie abstrakcyjny, nie dla każdego, ale ja polecam jak najbardziej. KMN był oczywiście super, ale ich skecze oglądamy z mężem do bólu na you tube, więc kilka widzieliśmy po raz drugi (a nawet trzeci). Ale cieszę się, że zobaczyłam ich na żywo. No i trochę smutno, że nie było z nimi Kasi Pakosińskiej, która chyba zaczyna robić coś na własne konto. Szkoda, bo bez Pakosy, to już nie to samo. Ale może się mylę i skład pozostaje bez zmian. Oby.

Polecam też uwadze prześmieszne skecze Świerszczychrząszcza. To grupa pantonimiczna - po prostu rewelacyjna.

Terapia śmiechem jest mi ostatnio bardzo potrzebna, przy tym nawale obowiązków, które mnie czekają jeszcze przed świętami.

Ale na pocieszenie zamówiłam sobie kilka książek: Biografia pisarza. Ryszard Kapuściński(B. Nowacka, Z. Ziętek); Sentymentalny portret Kapuścińskiego, Onitsza (Le Clezio), Między aktami (W. Woolf), Obrona szaleństwa (W. Allen), Tektonika uczuć (E.E. Schmitt), Okruchy dnia (K. Ishiguro). Taki mój prezent dla siebie na święta :). Bo pewnie wcześniej nie będę miała czasu do nich zajrzeć.

Powrót



Rozpoczął się kolejny już SPUTNIK, czyli Festiwal Filmów Rosyjskich. I już zdążyliśmy obejrzeć film Powrót w reż. Andrieja Zwiagincewa.

Film opowiada o dwóch chłopcach. Mieszkają z matką i babcią, całymi dniami wałęsają się z równieśnikami, takie ot nastoletnie życie.
Które zmienia się w momencie, gdy po dwunastoletniej nieobecności wraca ich ojciec. Chłopcy po raz pierwszy po powrocie widzą ojca śpiącego na łóżku. Obraz ten ma przywołać w pamięci widza martwego Chrystusa z obrazu Mantegni. Skąd ten motyw, wyjaśnia się po obejrzeniu całości. Na początku pierwszej od lat wspólnej kolacji ojciec mówi po prostu "Witajcie". Niczego nie tłumaczy - ani tego, dlaczego tak długo go nie było, ani tego, co robił przez te lata, ani dlaczego tak nagle powrócił. Chłopcy cieszą się i z zapałem szykują na wyprawę na ryby, którą obiecał im ojciec. Szybko jednak okazuje się, że nie jest to tato, którego by sobie wymarzyli, a wręcz przeciwnie. W czasie wycieczki ojciec usiłuje w kilka dni zrobić z chłopców prawdziwych mężczyzn. I o ile starszy syn, złakniony męskiego autorytetu, podporządkowuje się szorskiej woli ojca, o tyle młodszy, Iwan, ma coraz więcej wątpliwości i coraz głośniej się buntuje przeciwko twardej dyscyplinie i brutalności. Coraz uporczywiej zadaje ojcu pytanie "po co wróciłeś" - w domyśle "mogłeś w ogóle nie wracać, skoro jesteś taki, jaki jesteś".

Do czego ich to doprowadzi?
I jak po obejrzeniu filmu zmienia się postrzeganie postaci ojca?

Film ten zaliczam do kanonu "koniecznie trzeba obejrzeć". To kino niezwykłe, zrobione w sposób mistrzowski. To obraz, który na pewno nie da o sobie zapomnieć. To jedna z tych historii, które coś zmieniają w człowieku. Nielekka, dołująca, wstrząsająca, niedopowiedziana, zaskakująca, a przez to taka fenomenalna.

Przede mną dalsze dni sputnikowe...

Do mojej wielkiej miłości do literatury rosyjskiej zaczyna dołączać fascynacja kinem rosyjskim.


A tak na marginesie i zupełnie z innej beczki - w sobotę mieliśmy okazję być na kolejnym już trójkowym koncercie w ramach offensywy. Tym razem słuchaliśmy Pawilonu. Świetny koncert.

O skuteczności śmiechoterapii


Lubię się śmiać. Jestem z natury optymistką. Nigdy nie zabieram ze sobą parasola, bo głęboko wierzę, że przecież padać nie będzie, te czarne chmury na niebie to nic... A nawet jeśli moknę, to z klasą. Idę dumnie wyprostowana i nic a nic nie przejmuję się, że zaraz suchej nitki na mnie nie będzie. Przecież z cukru nie jestem. A ponieważ nie noszę parasola, mam w mojej przepastnej, choć niedużej torbie miejsce na książki. Zawsze mam jakąś ze sobą, no bo przecież autobus może się spóźnić albo w sklepie długa kolejka.

Ale miało być o śmiechu. Czasem, właściwie często, a nawet wręcz codziennie rano jadąc windą, uśmiecham się do mojego odbicia w dużym lustrze i myślę sobie, że jestem całkiem fajna. Ostatnio, o zgrozo, przy okazji uśmiechania się, zauważyłam zmarszczki wokoł oczu, ale co tam. Jako optymistka wierzę, że mój nowy krem pod oczy je rozprostuje, szast prast i nie będzie po nich śladu.

Zdarza mi się śmiać w głos z mojego męża. On po prostu czasami jest pocieszny, wystarczy, że coś powie, a ja już się zwijam ze śmiechu. Bywa, że on nie kuma, z czego się śmieję, i wtedy trochę się denerwuje na mnie. Ale najczęściej śmiejemy się razem, uwielbiam te nasze wspólne wygłupy.

A już szczególnym powodem do głośnego śmiechu są dla mnie skecze Kabaretu Moralnego Niepokoju. Uwielbiam ich poczucie humoru i szczerze podziwiam pomysłowość i płodność artystyczną. Uważam, że dresiarz w wykonaniu Roberta Górskiego jest rewelacyjny, a już Bożydar w wykonaniu Mikołaja Cieślaka... sssuper.
Ostatnio wieczorami, korzystając z dobrodziejstw you tube'a lub itvp.pl (jako że z posiadania telewizora z rozmysłem i świadomie zrezygnowaliśmy już na dobre), fundujemy sobie z mężem śmiechoterapię z KMN. Dobrze działa na mięśnie brzucha, poprawia ogólne samopoczucie, podnosi poziom serotoniny w organizmie... same dobrodziejstwa.

Kiedyś śmiałam się z tego, co dzieje się na polskiej scenie politycznej, ale już od dawna uważam, że to raczej tragiczne niż wesołe.

A więc doktor Anna zapisuje receptę na jesiennie słoty - 20 minut śmiechu dziennie codziennie!
I żadne przeziębienie ani tym bardziej depresja nie grozi.
A u mnie znów pada, a ja zaraz wychodzę z pracy i znów nie mam parasola...

Nazywam się Czerwień



W sobotę dotarliśmy z mężem na koncert Budynia w Studiu im. Agnieszki Osieckiej w Trójce. I nie żałujemy, choć bardziej emocjonujący niż sam koncert okazał się sam fakt przebywania pod dachem TEGO radia. Sam artysta nas absolutnie nie zachwycił, stwierdziliśmy, że to zupełnie nie nasza bajka i że zdecydowanie nie lubimy takiego pozerstwa na scenie.

Ale jakże miło być pod tym dachem, gdzie powstają te wszystkie audycje...

A teraz o wrażeniach z najnowszej lektury. Ostatnimi czasy kilkukrotnie spotkałam się z terminem "snobizm literacki", który odnosił się do osób czytających noblistów, bo tak wypada, bo to wstyd nie znać dzieł noblisty. I cóż, obawiam się, że i ja muszę się zaliczyć do tego grona tzw. snobów literackich. Z tym że ja padłam niestety ofiarą tej mody na czytanie pisarzy nagrodzonych statuetką noblowską.

Od kilku miesięcy na mojej półce stała książka Nazywam się Czerwień Orhana Pamuka. A ja patrzyłam na nią chciwie i wyczekiwałam momentu, kiedy będę mogła wygospodarować kilka dni na lekturę.

Książka ma prawie 600 stron. Oczywiście nie boję się takich tomisk, bo czytałam grubsze. Choćby 916 stron Braci Karamazow w nowym, rewelacyjnym przekładzie

Adama Pomorskiego - i każda strona, ba! każde zdanie w niej było potrzebne, aby powstało to wielkie, fascynujące dzieło. To tak samo jak z poezją Szymborskiej - tam po prostu nie ma zbędnych słów.

I oto mam za sobą lekturę książki opiewanej jako wspaniała powieść wszech czasów, wychwalanej pod niebiosa przez krytyków. Może to rzeczywiście tak jest, że jak się na coś długo czeka i naczyta sie wcześniej recenzji, to ma się wygórowane wymagania, może to kwestia nastawienia.

Nazywam się Czerwień klasyfikowane jest jako powieść kryminalna. Według mnie jest bardziej powieścią obyczajową. Akcja rozgrywa się w XVI-wiecznym Stambule i obraca się wokół tematu tworzenia tajemniczej księgi, nad którą pracuje zespół wybitnie uzdolnionych miniaturzystów. Powieść zaczyna się w momencie, gdy jeden z nich, Elegent, zostaje zamordowany.

Pierwszy rozdział książki to monolog trupa-miniaturzysty, którego ciało spoczywa już na dnie studni. A on sam snuje rozważania o tym, jak mu się żyło i co czuje jako nieboszczyk. Jego ciało czeka teraz na pochówek, aby jego dusza mogła ulecieć do przedstawionego w Koranie raju.

I tu muszę autora docenić za ciekawe rozwiązanie, jeśli chodzi o budowę książki. Okazuje się, że wydarzenia w każdym kolejnym rozdziale opowiadane są z punktu widzenia innego bohatera (nieco podobnie jak w Czarownicy z Portobello P. Coelho). Bohaterowie czasem prowadzą dialog bezpośrednio z czytelnikiem, co również mi się bardzo podobało.

Książkę oceniłabym pozytywnie, bo w jakiś sposób mnie wciągnęła. Ale... autor wplótł w powieść wiele, naprawdę wiele szczegółów dotyczących pracy miniaturzystów i iluminatorów oraz historii uprawianej przez nich sztuki. Jako czytelnik zostałam więc zmuszona do przeczytania wplatanych w tekst przypowieści, anegdot, legend dotyczących sztuki zdobienia ksiąg i wielkich mistrzów tego rzemiosła. Bohaterowie snują rozważania na temat piękna, barw, a przede wszystkim o tym, jakie jest posłannictwo współczesnego miniaturzysty. Czy powinien on, tak jak każe religia, wiernie naśladować warsztat dawnych mistrzów, czy też powinni zwrócić się ku Zachodowi i iść w kierunku wskazywanym przez twórców weneckich, czyli zdradzić ideały i tworzyć wbrew woli Allaha. Morderca miniaturzysty mówi w pewnym momencie wyzywająco do czytelnika "spróbuj z koloru moich słów odgadnąć, kim jestem". Z tym że ja, niestety, nie miałam tyle cierpliwości, aby z mnogości nic niemówiących mi szczegółów wyłapać te, które mogłyby mi podpowiedzieć, kim jest morderca. Ominęła mnie więc zabawa w detektywa. I nie żałuję, bo tak naprawdę było mi wszystko jedno, który z trzech pozostałych miniaturzystów jest mordercą. Co więcej, postaci trzech miniaturzystów zlewały mi się w jedno, więc tym bardziej trudno byłoby mi odnaleźć wśród nich winowajcę. I tu kolejny minus dla Pamuka - jego bohaterowie są mdli, niewyraźni, podobni do siebie. Nie mają cech wyróżniających na tle pozostałych.

Z premedytacją omiatałam wzrokiem długie dywagacje na tematy specjalistyczne, a skupiałam się na warstwie obyczajowej. A tu nieszczęśliwa, niespełniona miłość. On, przystojny i mądry, od 12 lat wzdychający do swej ukochanej. I ona, wdowa z dwójką dzieci. I zawiedzie się ten, kto będzie oczekiwał romantycznych uniesień dwojga zakochanych. Przypomnijmy, że jesteśmy w XVI-wiecznym Stambule, kobiety muszą zakrywać swoje twarze, a wszyscy żyją w bojaźni przed Allahem.

I co dzieje się, gdy on i ona w końcu, po tylu latach spotykają się w ukryciu? W pierwszej chwili oczywiście szepczą sobie do ucha czułości. Ale już za chwilę luby wyciąga to, co ma w spodniach, i sugeruje ukochanej, że powinna go zaspokoić. No mój Boże! Bez komentarza. Miłość w powieści ma czysto fizyczne podłoże. Nawet wtedy, gdy dochodzi do ślubu, szczęśliwy małżonek skupia swoje myśli tylko wokół dzielenia łoża z żoną. Zupełnie jakby seks był jedynym celem i pragnieniem jego życia.

Mimo tych powyższych narzekań, napiszę jeszcze raz, że książka mnie wciągnęła. I gdyby nie te dłużyzny, moim zdaniem zupełnie niepotrzebne, a jeśli już to nie w takiej ilości, uznałabym powieść za ciekawą i wnoszącą coś nowego (ze względu na konstrukcję powieści i niepowtarzalny klimat XVI-wiecznego miasta).
A tak, przyznaję aż 6 punktów na 10 możliwych. Bo to w końcu noblista i może ja się nie znam...

Fragment powieści NAZYWAM SIĘ CZERWIEŃ:

Jestem trupem

Jestem trupem. Nieruchomym ciałem na dnie studni. Choć ostatnie tchnienie wydałem z siebie wiele godzin temu, choć moje serce dawno przestało bić, nikt oprócz nikczemnego mordercy nie wie, co mi się przydarzyło. Skoro już o tym wspomniałem, łajdak ów sprawdził mój oddech i puls, aby się upenić, że nie żyję, po czym wymierzył mi kopniaka w bok, zawlókł mnie pod studnię i wrzucił w jej czeluść. Zderzywszy się z dnem, moja czaszka, wcześniej rozbita kamieniem, rozpadła się na kawałki; z twarzy, czoła i policzków została krwawa miazga, kości połamały się, a usta wypełniła krew.
Nie wracam do domu już od czterech dni. Żona i dzieci pewnie mnie szukają. Córka zalewa się łzami, wpatrując się w bramę ogrodu; wszyscy wyczekują, licząc na mój powrót.
Ale czy rzeczywiście czekają? PewnoÄšďż˝ci nie mam. Może przywykli do mojej nieobecności, to byłoby straszne! Bo tu, po drugiej stronie, człowiekowi się wydaje, że życie, w którym już nie uczestniczymy, toczy się jak dawniej. Lecz czym jest życie? Przed moim narodzeniem istniał czas niezmierzony. Po mojej śmierci, czas bezkresny! Przedtem nigdy o tym nie myślałem; po prostu egzystowałem sobie pomiędzy mrokami nieskończoności.
Byłem szczęśliwy, tak, szczęśliwy, teraz zdaję sobie z tego sprawę. W pracowni naszego sułtana uchodziłem za najlepszego pozłotnika i żaden miniaturzysta nie mógł dorównać mojemu mistrzostwu. Za prace wykonywane poza pałacem dostawałem miesięcznie dziewięcset akcze. To, rzecz jasna, czyni moją śmierć jeszcze trudniejszą do zniesienia. [...]
Jeśli jakimś cudem słyszycie mój głos, myślicie sobie zapewne: Kogóż obchodzi, ile zarabiałeś za życia? Lepiej opowiedz nam, co widzisz. Czy jest jakieś życie po śmierci? Gdzie przebywa twoja dusza? Jak wygląda raj, a jak piekło? Jak to jest umrzeć? Czy towarzyszy temu ból? Nie dziwię się wam. Żyjących zżera ciekawość, by dowiedzieć się, jak to jest po drugiej stronie. Słyszałem historię o człowieku, który z powodu owje ciekawości krążył między trupami na polach bitew... Szukał wśród rannych wojowników, walczących o życie w kałużach krwi, takiego, który wrócił z krainy zmarłych, aby poznać dzięki niemu tajemnice zaświatów. Żołnierze Timura uznali ciekawskiego za wroga i jeden z nich przeciął go mieczem na pół. Nieszczęśnik w chwili śmierci uznał, że tak się właśnie dzieje na tamtym świecie: człowiek dzieli się na połowy.
Nic z tych rzeczy. Rzekłbym nawet, iż dusze rozdzielone za życia tutaj łączą się w całość. W przeciwieństwie do tego, co twierdzą giaurzy, pozostający pod wpływem szatana, zaświaty, dzięki Bogu, naprawdę istnieją. Najlepszym dowodem jest to, że stamtąd właśnie do was przemawiam. Umarłem, ale, jak widzicie, nie przestałem istnieć. Muszę jednak przyznać, że nie zauważyłem tu opisywanych w Koranie złotych i srebrnych pałaców ani wijących się między nimi rzek. Nie dojrzałem drzew o wielkich liściach, obwieszonych dojrzałymi owocami, ani pięknych dziewic, choć doskonale pamiętam, jak często z przyjemnością szkicowałem te rajskie hurysy o wielkich oczach, które wspomina sura Wydarzenie. Niestety, nie natknąłem się też na owe cztery rzeki mlekiem, winem, słodką wodą i miodem płynące, opisywane kwieciście nie przez Koran akurat, lecz przez takich mistyków jak Ibn Arabi. Ponieważ jednak nie mam zamiaru podważać wiary tych, którzy karmią się nadzieją i marzeniami o tamtym świecie, do czego zresztą mają prawo, chciałbym podkreślić, iż moje obserwacje wynikacją z mego specyficznego położenia. Każdy wierny muzułmanin, choć trochę zorientowany w kwestii życia po śmierci, przyzna, że taki niespokojny duch jak ja, w dodatku znajdujący się w podobnej do mojej sytuacji, może mieć trudności ze znalezieniem rajskich rzek. Nie owijając w bawełnę: ja, Elegant, sławny w środowisku ilustratorów i mistrzów, umarłem, lecz nie zostałem pogrzebany, dlatego też moja dusza nie opuściła całkowicie ciała. I póki się owych nieczystych zwłok nie uwolni, póty nie będę mógł wstąpić ani do raju, ani do piekła (w zależności od tego, co mi przeznaczone). Owa wyjątkowa sytuacja, choć oczywiście mój przypadek nie jest pierwszy, sprawia, że nieśmiertelna cząstka mnie cierpi straszliwe katusze. Nie czuję, co prawda, ani roztrzaskanej czaszki, ani połamanych kości i gnijącego, pokrytego ranami ciała, zanurzonego w lodowatej wodzie, ale boli mnie przeżywająca męki dusza, która rozpaczliwie pragnie uwolnić się z cielesnej powłoki. Czuję się tak, jakby cały świat, łącznie z moimi członkami, skurczył się nagle do zwykłej grudki bólu.
Wrażenie mógłbym porównać tylko do zdumiewającego poczucia wolności, jakie ogarnęło mnie w chwili śmierci. Owszem, natychmiast zrozumiałem, że ten drań chce mnie zabić, gdy nagle uderzył mnie kamieniem i roztrzaskał mi czaszkę, lecz nie wierzyłem, że posunie się tak daleko. Okazało się, jak drogie jest mi życie, z czego nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, prowadząc monotonną egzystencję, dzieloną między dom i pracownię. Broniłem więc tego życia rękami, nogami i zębami, które zacisnąłem na ciele mordercy... Ale nie zamierzam zanudzać was wstrząsającymi opisami jego kolejnych ciosów.
Gdy uświadomiłem sobie ze smutkiem, że umieram, wypełniło mnie zdumiewające poczucie ulgi. Chwila przejścia na drugą stronę była łagodna, płynna, zupełnie jakbym podczas snu obserwował siebie, pogrążonego we śnie. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałem, były ośnieżone buty mojego nikczemnego kata. Zamknąłem oczy, jakbym zasypiał, i w ten sposób znalazłem się pod drugiej stronie.
O. Pamuk, Nazywam się Czerwień, WL 2007, s. 7-10.

Wspomnienie o Marku Grechucie



Wszyscy już zapewne wiedzą, kto dostał Nobla, więc nie będę się o tym rozpisywać. Zresztą nie miałabym nic do napisania, bo nazwisko Jean-Marie Gustave Le Clézio usłyszałam po raz pierwszy.

Po powrocie z pracy wysłuchałam w trójeczce ładnego reportażu o Marku Grechucie w 2. rocznicę jego śmierci. Artystę wspominali mój ukochany Grześ Turnau i Jan Kanty Pawluśkiewicz. Miło było posłuchać o Grechucie-człowieku, o Grechucie-artyście, o krakowskim światku artystycznym...

Dzięki usłyszanej w trójce zapowiedzi znalazłam się wieczorem na koncercie T-Love, którzy zagrali na 60-lecie Wydziału Malarstwa ASP. Przypomniały nam się z mężem stare, studenckie czasy. Ech, milusio...

A po 21. wysłuchałam Klubu Trójki z Krakowa, oczywiście również poświęconego mistrzowi Grechucie. Audycję przeplataną utworami Grechuty prowadził Dariusz Bugalski, a gośćmi byli Danuta Grechuta i Jan Kanty Pawluśkiewicz.

Przed snem zaczęłam jeszcze odrabiać dawną zadaną "pracę domową", czyli poczytałam "Ostatni zlot aniołów" M. Pankowskiego. Oczywiście pamiętając o sugestii Trójkowiczki, że trzeba być otwartym, aby czytać tę prozę. I na razie nie wiem, co o tym myśleć. Bo w sensie dosłownym powiedzmy, że wiadomo, o co chodzi. Ale co można wyczytać spomiędzy wierszy??? To już wymaga głębszej refleksji, na którą wczoraj nie miałam już sił. Jeszcze więc tylko kilka skeczy KMNu i błogi sen.

PS Wczoraj byłam na profilaktycznym badaniu USG piersi. Moje piersi mają się dobrze. Ale dobrze wiedzieć, po prostu dobrze mieć pewność, że jest OK.

PS 2 Lubię Warszawę za jej szeroką ofertę kulturalną. Oczywiście nie korzystam z niej w takim stopniu, jak bym chciała. Ale w okresie wakacyjnym zaliczyłam kilka koncertów jazzowych na Starówce (w tym świetny koncert Andrzeja Jagodzińskiego), obejrzałam kilka filmów w kinie plenerowym, wysłuchałam kilku Koncertów Chopinowskich w Łazienkach (leżąc na kocyku na trawie w pełnym letnim słońcu). A już jutro koncert Budynia na Myśliwieckiej.

A na koniec tekst Czechowicza, który Marek Grechuta tak wspaniale zinterpretował (a po nim, równie wspaniale Grzegorz Turnau):

Żyjesz i jesteś meteorem lata całe tętni ciepła krew rytm wystukuje maleńki w piersiach motorek od mózgu do ręki biegnie drucik nie nerw jak na mechanizm przystało myśli masz ryte w metalu krążą po dziwnych kółkach nigdy nie wyjdą z tych kółek jesteś system mechanicznie doskonały jesteś system mechanicznie doskonały i nagle coś się zepsuło oto płaczesz po kątach trudno znaleźć przeszły tydzień linie proste falują zamiast kwadratów , rombów w każdym głosie słychać w całym bezwstydzie ostatecznego dnia trąby otworzyły się oczy niebieskie widzą razem witrynę sklepową i sąd przenika się nawzajem tłum Archanioły i ludzie Archanioły i ludzie chmurne morze faluje przez ląd ulicami wskroś , tramwaje w poprzek suną mgliste rydwany suną mgliste rydwany pod wieczorem różowe błyskawice choć grudzień otworzyły się oczy niebieskie otworzyły się oczy niebieskie widzisz siebie , marynarza w Azji a zarazem trzyletniego , pięcioletniego chłopca na warszawskim podwórku na warszawskim podwórku i siebie przed maturą w gimnazjum namnożyło się tych postaci namnożyło sie tych postaci stoją ogromnym tłumem a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty nie możesz tego objąć w szlifowanym żelazie rozumem

Cieszę się z panią, pani Olgo!


Nie byłabym sobą, gdybym o tym nie napisała.
Abstrahując od tego, co myślę o GW i Michniku, zwyczajnie ucieszyłam się,
słysząc w radiu, że NIKE przyznano w tym roku mojej ulubionej polskiej pisarce
Oldze Tokarczuk za książkę Bieguni.
Pojawienie się książki na rynku było dla mnie ważnym wydarzeniem. Nie mogę
powiedzieć, że przeczytałam ją z zapartym tchem, bo absolutnie nie jest to tego
typu literatura. Tak naprawdę "Biegunów" trzeba studiować zdanie po zdaniu
(głównie fragmenty luźno wplecione w powieść). Ale czego się nie robi dla
ukochanej pisarki... Przebrnęłam przez tę powieść może bez jakiejś wielkiej
przyjemności w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale z poczuciem, że zapoznałam
się z książką otwierającą niektóre nieco przymknięte ostatnio klapki mojego
umysłu. Już wyjaśniam: w Biegunach miałam okazję po raz kolejny przekonać się
o wielkiej erudycji autorki, o jej ciągłym poszukiwaniu ciekawszej formy i lepszej
treści.

Spotkanie z mądrym człowiekiem jest dla mnie zawsze swego rodzaju zimnym
prysznicem - oto ja, Anna, uświadamiam sobie, jak zaniedbuję się intelektualnie i
duchowo, jak porastam chwastami i zielskiem, choćby spędzając wolne chwile w
pracy na czytaniu onetu (!).
Jak już pisałam, nad książką Bieguni jeszcze spędzę trochę czasu i wtedy może
napiszę, jak ja rozumiem tę powieść. Na razie nie wiem, nie mam zdania. Książka jest tak wieloaspektowa, tak pocięta na rozmaite fragmenty, że nie wystarczy ją tak po prostu raz przeczytać i odstawić na półkę. O nie, z Tokarczuk nie można iść na łatwiznę. Jak do tej pory interpretacji powieści jest mnóstwo. A opinii o powieści i samej autorce jeszcze więcej.

I zastanawiam się tylko - Pani Olgo, dla kogo tak naprawdę napisała Pani książkę?
Jakiego czytelnika miała Pani przed oczami, stukając w klawisze klawiatury?

Moje podróże z Kapuścińskim


Podróże z Herodotem. Ta przeciekawa i przeniezwykła książka towarzyszyła mi podczas mojej wycieczki na Kretę.
Autor, wybierając się w pierwszą swoją zagraniczną podróż do Chin, dostaje w
prezencie na drogę opasłe tomisko - "Dzieje Herodota".
I tak się zaczyna ich wspólne podróżowanie. Ryszard Kapuściński i Herodot ramię
w ramię przemierzają kolejne kraje. Łączy ich wiele - obaj są reporterami,
świadkami historii zmieniającej się na ich oczach, relacjonują na żywo zdarzenia,
o których przeciętny człowiek boi się czytać. W "Podróżach z Herodotem" autor
funduje nam dodatkową atrakcję podróży w czasie i przestrzeni, ponieważ jego
relacje przeplatają się z opowieściami jego "współtowarzysza" Herodota, którego
"Dzieje" wozi ze sobą w walizce.
I tak jak Herodot, starożytny historyk żyjący jeszcze przed naszą erą, z
niezwykłą przenikliwością, ale i humorem opisywał sławnych bohaterów, bitwy,
rzucając co i rusz ciekawe anegdoty, tak teraz Kapuściński daje nam obraz
wydarzeń, które obserwuje w swoich podróżach po Chinach, Indiach, Azji i Afryce.
Każdy kto zna choć trochę twórczość Kapuścińskiego, wie, że potrafi on w sposób
niezwykły przemawiać do wyobraźni widza. Tak, widza - bo przewracając kolejne
kartki czujemy się jakby naocznymi świadkami opisywanych sytuacji.
Sugestywność, empatia, wrażliwość, odwaga, ciekawość, upór - te słowa
przychodziły mi na myśl, gdy z zapartym tchem śledziłam za "Ricardo" relacje z
wojen domowych i zamieszek na ulicach w Afryce, z komunistycznych Chin ze
"Stoma kwiatami Mao", siedząc sobie na wygodnym leżaku nad basenem hotelowym.

W "Podróżach z Herodotem" autor funduje nam dodatkową atrakcję podróży w
czasie i przestrzeni, ponieważ jego relacje przeplatają się z opowieściami jego
"współtowarzysza" Herodota, którego wozi ze sobą w walizce.

Chylę tutaj czoła przed wielkim kunsztem literackim tego człowieka-wiecznego
wędrowca, niejako skazanego na trudny reporterski los gdzieś w objętej
rozruchami i wojnami Afryce. Zarówno w Hebanie, który uważam za jego
najlepszą książkę, jak i w Jeszcze jednym dniu życia, Imperium i Cesarzu oraz w
Podróżach z Herodotem ujął mnie prostotą, a jednocześnie głęboką wymową
swoich wypowiedzi.

Z opowieści, rozmów z przypadkowymi ludźmi tworzy się obraz Kapuścińskiego,
który jest zwyczajnym facetem, dobrym kumplem, bardzo towarzyskim i łatwo
nawiązującym kontakty człowiekiem. Współczującym, wesołym, zmęczonym, ale
ani na chwilę nieprzestającym komentować zastanej rzeczywistości. Często z
narażeniem życia, co najlepiej oddaje Jeszcze dzień życia.

No cóż, żal, że zabrakło już pana Kapuścińskiego wśród nas.
Chociaż tak naprawdę codziennie mamy okazję go spotkać, gdzieś wśród lwów na
pustyni lub w samym środku krwawych zamieszek - wystarczy otworzyć jedną z
jego książek i czytać, czytać, czytać.

Na pewno sięgnę po nieczytane jeszcze: Szachinszacha, Wojnę futbolową, Lapidaria.

I na pewno nie raz będę wracać do tej fascynującej literatury.

Ciotka Julia i Skryba


Ciotkę Julię i Skrybę zaczęłam poczytywać sobie tuż po powrocie z pracy, kiedy to nie miałam jeszcze sił i ochoty, aby brać się za przygotowanie obiadu i inne obowiązki kury domowej, a zdecydowanie potrzebowałam chwili relaksu.
I tak, dzień po dniu, serwowałam sobie kolejne odcinki tej telenoweli i "wyłączałam" książkę zazwyczaj w najciekawszym momencie, bo akurat wtedy, gdy akcja się wyjątkowo zapętlała, rozlegał się dzwonek do drzwi i do domu wkraczał mój mąż, głodny i zmęczony.
To książka oparta ponoć na wątkach autobiograficznych autora. Reklamowana jako powieść pełna rozpusty. To ja jestem chyba bezwstydna, bo rozpusty się w niej nie dopatrzyłam. A fabuła jest banalna: oto 18-letni Mario, student prawa z dobrej rodziny, redaktor serwisów w radiu zakochuje się na zabój w swojej starej (!!!) 32-letniej ciotce Julii. I co teraz? Jak rodzina przyjmie wieść o romansie?

Powieść przeplatana jest fragmentami powieści radiowych (jako że telewizji w tamtych czasach nie uświadczysz) tworzonych przez niezwykle płodnego twórczo skrybę Pedra Camacho, który z czasem sam zaczyna się gubić w mnogości epizodów i postaci.

Przeczytałam tę opowieść w przeciągu kilku zaledwie dni, bo zwyczajnie mnie wciągnęła i trudno mi było się od niej oderwać. I tu czas na wnioski. Czy po prostu jest to dobrze napisana porządna literatura, czy może powieść stworzona dla takich trochę znudzonych kur domowych, które mają upodobania do literatury w stylu telenowel brazylijskich. Czy czytając tę książkę, rekompensowałam sobie brak telewizora i seriali??? Czy zaczyna się u mnie, tak częsty u absolwentów polonistyki, spadek zainteresowania kulturą wysoką na rzecz chłamu rodem z krainy harlekinów??? Może to, co wydaje mi się być wartościowe, wcale takie nie jest? Wszak w rekomendacji książka polecana jest jako majstersztyk nurtu lekkiego. Hmm, tak sobie stukam chaotycznie, co mi ślina na palec przyniesie. Jeszcze o tym pomyślę i coś skrobnę już na spokojnie.

PS Jakoś mnie ostatnio zainteresowała nowa płyta Marii Peszek. Po prostu o niej myślę. Płycie, oczywiście. Równolegle ukazuje się też książka, określona jako dziennik intymny, Bezwstydnik. Czytałam wywiad z artystką w ostatnim "Twoim Stylu" i tylko się zdenerwowałam. Stwierdziłam, że to bardzo dziwna osoba. No bo, pierwszy z brzegu przykład, jak można mieszkać z ukochaną osobą w jednym mieszkaniu i mieć osobne sypialnie? Ponoć odwiedzają się w swoich sypialniach, jak się stęsknią za sobą. No cóż, co związek, to obyczaj. Może i to dobrze wpływa na relacje. Ja bym - po pierwsze uschnęła z tej tęsknoty po pierwszej samotnej nocy, po drugie, czułabym, że się z mężem od siebie oddalamy, śpiąc osobno, przez ścianę. Ale może tak można. Ja się nie wtrącam.

A ta płyta, hmm, ciekawe?

Ja, ocean niespokojny, w mojej głowie gwiezdne wojny.

Murakami i muzyka słów, Tańcz, tańcz, tańcz





Przez ostatni weekend mieliśmy gości - odwiedzili nas rodzice męża i jego brat z żoną i dzieckiem.

Była góra jedzenia i góra stresu (bo to pierwsza ich wizyta w naszym nowym domu). Wstałam więc skoro świt w sobotę i kilka godzin spędziłam w kuchni. I, o dziwo, nic mi się nie przypaliło i nawet szarlotka wyszła bez zakalca. Wszystko odbyło się bez zarzutu, a mój mężuś był wniebowzięty, że ma taką gospodarną, miłą, uśmiechniętą żonę.

A w niedzielę po południu, już po odjeździe rodzinki, wybraliśmy się na Targi Książki. I oczywiście, jak co roku, miałam ochotę wykupić co najmniej pół niektórych stoisk.

Nabyłam jednak tylko planowaną i długo oczekiwaną nowość wyd. Muza - Murakami i muzyka słów Jaya Rubina, oraz nadprogramowo jeszcze Tańcz, tańcz, tańcz Haruki Murakami i Opowiadania Mrożka.

I już się nie mogę doczekać wolnego czwartku, bo dopiero wtedy będę mogła zabrać się za czytanie. Pogoda zapowiada się nie najlepsza, więc będzie okazja, aby zaszyć się w kąciku z książką.

...
...
...

Tańcz, tańcz, tańcz to świetna książka. Trochę jak kryminał, wciągająca. Tajemnice, niedopowiedzenia, zawikłana, pokręcona fabuła, dużo niesamowitych wydarzeń i dziwnych postaci - to właśnie uwielbiam u Murakamiego.

Kafka nad morzem



Czasami, wchodząc do księgarni, mam wrażenie, że czeka tam na mnie jakaś książka, a ja po prostu muszę ją wyłowić wśród stosów innych pozycji.
W pewnej chwili doznaję jakby olśnienia i już wiem, że to ONA.
Ostatnio przydarzyło mi się to w księgarni z tanią książką przy ul. Koszykowej.
Błądząc między półkami, nieco już zrezygnowana, nagle widzę książkę Murakamiego Kafka nad morzem - trochę zniszczoną, ale przecenioną ponad 10 zł.
Tup tup do kasy.
Przeczytałam tę powieść w dwa dni. Wciągnęła mnie, wchłonęła niczym czarna dziura.
Oczywiście, jak to u Murakamiego, na kartach powieści spotykamy wiele zakręconych,
nierzeczywistych postaci. Każda z nich jest wyrazista i dziwna, można powiedzieć ułomna, na
swój sposób.
Zupełnie zwyczajny wydaje się być główny bohater, choć, jak się dowiadujemy, ciąży nad nim
tajemnicza klątwa ojca, przed którą ucieka.
Książce towarzyszą niedopowiedzenie, niewyjaśnienie. Aż chciałoby się zapytać, ale dlaczego,
ale co z tego wynika, po co te wszystkie koty??? Autor dręczy nas, wymyślając
baśniowo-poetycko-niezrozumiałe historie. I pozostawiając nas często bez odpowiedzi. Na
ostatnich stronach pada zdanie z ust jednej z bohaterek: "Na to pytanie już powinieneś znać
odpowiedź". Jest ono skierowanego do tytułowego Kafki, choć może i do każdego czytelnika,
który, chcąc nie chcąc, wkracza w ten nieodgadniony świat i próbuje jakoś go rozłożyć na
czynniki pierwsze.

Uwielbiam książki Murakamiego. Mają niepowtarzalny klimat, trzymają w napięciu i zdają się
czynić czytelnikowi wyrzut - a twoje życie jest takie szare, zwyczajne, zrób coś z tym.
Mały problem ma Murakami z zakończeniami. Wydaje się, że czasami brakuje mu już "pary", aby jakoś sensownie zapiąć w całość swój twór, a przy tym zaskoczyć czytającego. U Murakamiego zakończenie cieknie powoli, aż w końcu okazuje się, że już niejako przeciekło między palcami i rozlało się w niewiadomoco. I tak, przelatując wzrokiem (z pałającymi policzkami) kolejne sześćset dwadzieścia stron, czujemy się trochę oszukani, że oto wprowadzono nas w nastrój niesamowitości, uraczono smakowitymi kąskami, a na koniec podano zwykłą bułkę z masłem.

Duży plus za wszechobecną w książce muzykę i literaturę.
A co z tego wynika?

Otóż po przeczytaniu ostatniego zdania ja, Anna, ja, która piszę, stałam się innym człowiekiem. Lektura wstrząsnęła mną - już mówię dlaczego. Uświadomiłam sobie, jak zmieniło się moje życie w ciągu ostatnich paru lat. Jaka stałam się prozaiczna, bez polotu, bez pasji życia.
I płakać mi się zachciało.

Przypomniało mi się, jak swego czasu, na studiach, żyłam wśród filozofów, ludzi zakręconych na punkcie literatury i jak niesamowity był wtedy każdy dzień.
Moje obecne życie jest miłe, spokojne, urokliwe, z ukochanym u boku, a jednak nieco przyszarzałe z powodu ogromu obowiązków zawodowych, z codziennym gotowaniem obiadów i sprzątaniem.

I co mogę zrobić? Na początek - powrót do jednego z chętniej kiedyś czytanych autorów - Emila Ciorana. Kiedyś zasypiałam ze Szczytami rozpaczy w ręku... Miewa się wtedy dziwne sny.

Poniżej kilka na szybko znalezionych cytatów.

Jeśli chce się być szczęśliwym, nie wolno gmerać w pamięci.

Muszę zmajstrować sobie uśmiech, uzbroić się weń, schronić się pod jego opieką, mieć czym

odgrodzić się od świata, zamaskować swe rany, wreszcie wyćwiczyć się w noszeniu maski.

Po co nosić maskę, gdy nie ma się już twarzy?

Nigdy nie trzeba zgadzać się z tłumem, nawet jeśli ma rację.

Przez kogo zaznałeś szczęścia, przez tego też zaznasz nieszczęścia.
Błogosławiony przez bogów, kto nie przywiązuje się do nikogo.

Co pan robi? - Czekam na siebie.

Każdy ból się zapomina, upokorzenia - żadnego.

Gdy ktoś mnie zapewnia, że obca jest mu uraza, zawsze mnie kusi, by dać mu w twarz, żeby mu

pokazać, iż się myli.

(...) ach! jak ludzie mnie bolą!

Kilka mądrych słów

Z Podróży z Herodotem:
Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot, żyje, musijakoś się z tym faktem uporać, im będzie to kosztowało mniej wysiłku -tym lepiej. A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki,pochłaniający człowieka. Większość ludzi raczej rozwija w sobiezdolności przeciwne, zdolność, aby patrząc - nie widzieć, aby słuchając- nie słyszeć.

Z Mini wykładów o maxi sprawach:
Czym innym jest zdolność do śmiechu, czym innym poczucie humoru.Zdolność do śmiechu jest powszechną i wyróżniającą cechą człowieka(...). Poczucie humoru natomiast jest rzadkie, zakłada bowiemumiejętność osiągnięcia przez człowieka dystansu względem samegosiebie, dystansu ironicznego.

Z braku czasu tylko dwa cytaty z dwóch mądrych książek.

Mężczyzna

Cytat znaleziony na jednym z blogów.

"(...) kocha bez przerwy, pieprzy często i solidnie, uwielbia i podziwia, godzien zaufania, jednocześnie ekscytujący - Adonis, który zszedł na ziemię, ... ale też ojcowski typ, wspaniały syn i oddany ojciec, kochanek o dzikim wejrzeniu, łagodny, rozsądny i jednocześnie zabawny (...) piękny, nie bez pewnych niedoskonałości w rysach. Nadzwyczaj inteligentny, jego inteligencja skrzy się od humoru. W łóżku potrafi się śmiać. I chociaż niezmordowany na tym polu, nie ma fioła na punkcie seksu. Nie biczuje się, gdy nie stoi mu bez przerwy. Nie pyta: Jak wypadłem ? Jeśli raz się nie uda nie wpada w nerwowe załamanie, wie, że jest lubiany nie tylko za to, co nosi w spodniach, ale też za umysł i poczucie humoru.

Zapach owocu guawy



Wiem, wiem, miałam nie kupować żadnych książek.
Ale nie mogłam się oprzeć pokusie, aby poszerzyć moje zbiory o cieniutką (150 stron) książeczkę z zapisem rozmów Plinio Apuleyo Mendozy z Gabrielem Garcią Marquezem - Zapach owocu guawy.
I dobrze, że mam taką słabą wolę, bo dzięki temu w moich rękach znalazła się rewelacyjna książka, dzięki której powróciły dawne myśli o pisarstwie i dziennikarstwie.
Przygodę z Marquezem zaczęłam od Stu lat samotności, które mnie absolutnie zachwyciły. Potem nadszedł czas na Miłość w czasach zarazy, Złą godzinę, Kronikę zapowiedzianej śmierci, O miłości i innych demonach, Jesień patriarchy (jak na razie we fragmentach).
I tak Marquez znalazł się w moim osobistym kanonie autorów absolutnie koniecznych.
W Zapachu owocu guawy w rozmowie ze swoim przyjacielem, również pisarzem, Marquez odkrywa arkana swojego pisarskiego warsztatu, opowiada o tym, jak wyrozumiała jest dla niego jego żona Mercedes i co myśli o krytykach, którzy w jego książkach doszukują się niezrozumiałych dla niego samego sensów.
Najbardziej urzekło mnie jego wyznanie, że płakał przez dwie godziny po tym, jak na kartach powieści uśmiercił swojego bohatera Aureliano Buendię.
W książce jest też kilka innych anegdot, jak to poszczególne postaci wymknęły się spod kontroli autora i zaczęły żyć własnym życiem.
Być może jednak ma rację Cezary Polak, który w artykule o Zapachu owocu guawy twierdzi, że „Gabriel Garcia Márquez jest wielkim pisarzem, a Mendoza średnim dziennikarzem” (GW, 20.10.2003.).
Książka sprawiać może wrażenie mało obiektywnej, choćby dlatego, że Mendoza, jako stary przyjaciel autora, nie chce go urazić niewygodnymi pytaniami, albo też dlatego, że sam Marquez próbuje ich uniknąć i spycha rozmowę na dogodne tory. Na przykład temat socjalizmu zostaje potraktowany bardzo marginalnie. Co mi akurat nie robi różnicy, bo i tak z największym zainteresowaniem śledziłam rozdziały o procesie tworzenia, zmaganiach z trudami pisarskiego życia (o życiu na kredyt i żebraniu na ulicach), inspiracjach oraz wpływie wydarzeń i osób z dzieciństwa na kształt Stu lat samotności.

Niezależnie od wskazywanych przez krytyków ułomności książki, ja jako czytelniczka Marqueza przeczytałam ją niemal jednym tchem. I już wiem, że kupię też wszystkie inne publikacje na temat życia tego niezwykłego pisarza. Po prostu bardzo spodobały mi się jego opowieści o szalonych krewniakach, o nieco nawiedzonej babce, która rozmawiała z duchami, o barwnym dziadku, który był dla autora tak ważny.

Realizm magiczny, nic dodać, nic ująć.


http://www.gazetawyborcza.pl/1,75517,1732737.html

Miasteczko, w którym czas się zatrzymał



Obiecywałam sobie, że omijam księgarnie z daleka do czasu zamieszkania w nowym mieszkaniu, ale stało się...

I tak na mojej półce pojawiło się Miasteczko, w którym czas się zatrzymał.
W książeczce niewielkich rozmiarów, jak wszystkie Hrabalowskie, narratorem jest chłopiec w wieku szkolnym, wtajemniczeni wiedzą już, że to mały Hrabal. Wszelkie wątpliwości co do tego zostają rozwiane, gdy okazuje się, że akcja rozgrywa się w Nymburku, a rodzicami chłopca są Francin i Maria (znani już dobrze z Postrzyżyn).

Chłopiec snuje swoje kolejne opowieści o życiu w nieco sennym, nieco Schulzowskim (Hrabal ponoć inspirował się twórczością autora Sklepów cynamonowych) miasteczku. A zaczyna od zabawnej, choć nie dla niego, historii, jak to zamarzył mu się tatuaż, a konkretnie mała łódeczka. A co wytatuował mu na piersiach pan Lojza? Powiem tylko, że z łódką niewiele miało to wspólnego.

Żywa akcja, z pewną dziecięcą naiwnością potraktowane niektóre tematy. Co ciekawe jednak, chłopiec ze swobodą mówi o tym, że jego dziadek nazywał babcię kurwą i w złości rąbał meble; nie gorszy się na widok księdza zabawiającego się ze swoimi młodziutkimi kucharkami; dokonale wie też, po co stryj Pepin chodzi do panienek. Zresztą Pepin jest ulubieńcem chłopca. Ma on dużo więcej sympatii dla postrzelonego i nieodpowiedzialnego stryja, niż dla nieco flegmatycznego i śmiertelnie nudnego ojca Francina (znający biografię Hrabala wiedzą, że Frantisek Hrabal był ojczymem autora, w powieści jednak jest nazywany nie inaczej jak tylko tatusiem). Pepinowi nasz bohater chyba trochę zazdrości dystansu do świata, radości życia, czerpania z niego pełnymi garściami. Nawet wtedy gdy widzi, jak z głodu wyjada kartofle kurom. Nawet gdy słyszy niemające nic wspólnego z prawdą przechwałki o dokonaniach na polu walki.

Nie czytałam wcześniej Skarbów świata całego ani Takiej pięknej żałoby. Ponoć duże fragmenty Miasteczka są powtórzone w tych dwóch utwórach, które, wraz z Postrzyżynami, należą do nymburskiej trylogii. I może dlatego nie mam pretensji do autora o tę wtórność. Tak samo jak nigdy nie miałam pretensji do Pilcha o to, że w każdej powieści powraca do rodzinnej Wisły, wskrzesza wciąż tych samych przodków i uwodzi wciąż te same brunetki w żółtych sukienkach (notabene "warszawskie" Miasto utrapienia zupełnie mnie nie porwało).

Książkę polecam wielbicielom Hrabala i czeskiego humoru, bo tu go pod dostatkiem. Typowo Hrabalowska atmosfera barwnego opowiadania, ciepły stosunek do świata - to sprawia, że w Hrabalowskiej czujemy się dobrze i chcemy tam wracać, no, przynajmniej ja :)

Poniżej link do artykułu o Miasteczku
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75517,2456892.html


PS Zupełnie z innej beczki. Ostatnio przypadkiem odkryłam sposób na ładną, puszystą panierkę do kotletów schabowych. Miałam mało bułki tartej, nie chciało mi się schodzić do sklepu. Zmieszałam więc bułkę z tym, co miałam w szafce, czyli płatkami owsianymi błyskawicznymi. Polecam, ładnie wygląda na talerzu.

Gra w życie



To jedna z książek, które dostaliśmy w dniu ślubu - wpadłam na taki pomysł, aby nasi najbliżsi goście zamiast kwiatów przynieśli nam wybrane przez nas (choć były i niespodzianki) tytuły.

Grę w życie napisał człowiek, który Hrabalem fascynuje się od 15 lat. Jest tłumaczem jego utworów i, jak mówi w jedym z wywiadów (GW Kraków, 22.06.2004.), stworzona przez niego biografia autora Postrzyżyn nie jest długa, bo "nie było rzeczą dobrą pisać o Hrabalu książki dłuższej od tych, które on sam pisał". Kaczorowskiemu zależało głownie na odnalezieniu tych motywów, które sprawiły, że stał się pisarzem.

Książka zaczyna się od pytania - jak to właściwie było ze śmiercią Hrabala? Powszechnie wiadomym jest, że zakończył życie, wypadając z piątego piętra szpitala. No ale właśnie - wypadł czy sam wyskoczył??? Autor miał 83 lata, był schorowanym staruszkiem, niemogącym samodzielnie się poruszać. Oficjalna wersja głosi, że wypadek miał miejsce, gdy Hrabal karmił gołębie. Kaczorowski zadaje jednak pytanie, jak to możliwe, że unieruchomiony dał radę wdrapać się na wysoki parapet. Jego zdaniem, na taki wyczyn stać tylko osobę, która ma poważniejsze powody do wchodzenia na okno niż karmienie gołębi. Tym bardziej, że przez prozę Hrabala przeplatał się wątek takiej właśnie śmierci:

„tyle razy chciałem wyskoczyć z piątego piętra, gdzie mieszkam[ponieważ] widziałem, jak długo umierała moja Pipsi, moja żona, alekiedy przeczytałem, że Kafka chciał również wyskoczyć z piątego piętra,na którym mieszkał w Maison Oppelt, znanej hurtowni win składującej wpiwnicach pod Starorynkiem siedemset tysięcy butelek supergatunków, kiedy przeczytałem, że Malte-Laurids Brigge również mieszkał w Paryżuna piątym piętrze, kiedy się o tych piątych piętrach dowiedziałem, odechciało mi się wyskakiwania z okna”.

W książce Hrabal przedstawiony jest jako człowiek zwyczajny, z niełatwym dzieciństwem, do którego powraca w wielu swoich utworach, m.in. Postrzyżynach i Miasteczku, w którym czas się zatrzymał. Z barwnym stryjem Pepinem, którego opowieści Hrabal rzekomo zapisywał, aby potem wklejać je na karty swoich powieści i opowiadań. Zresztą, sam Hrabal przyznawał z przekorą, że jego twórczość to nic innego, jak wysłuchane w podrzędnych gospodach opowieści podchmielonych biesiadników odpowiednio ze sobą połączone.

Kaczorowski przedstawia i ciemniejsze strony życia Hrabala - czyli kolejne śmierci jego przyjaciół i bliskich, które bardzo przeżywał. A także jego zgodę na cenzurowanie swoich utworów i wydawanie ich w reżimowych wydawnictwach.

To wszystko składa się na obraz pisarza, którego podziwiam.

Za przedstawianie w powieściach zwyczajnych, przeciętnych ludzi, którzy jednak zapadają w pamięć na dobre.

Za urzekającą historię o Marii i Francinie. Jak mówił Jirzi Menzel (reżyser ekranizacji Hrabalowskich powieści, wieloletni przyjaciel autora, którego ten ponoć się wstydził, bo nie pił piwa i w knajpach zamawiał herbatę): „Jest wiele książek o miłości. Ale nich mi pan pokażeksiążkę o miłości między małżonkami. A Postrzyżyny są właśnie o tym”.

Za stworzenie postaci maleńkiego kelnera.

Powtórzę za Kaczorowskim: "Hrabal to w ogóle fajny przewodnik, nauczyciel, dzięki jego książkom jest mi przyjemniej żyć".

Drobne przyjemności

Skorzystaj z siły, jaką dają miłe chwile, Codziennie zaplanuj ich kilka. Spotkaj się z przyjaciółką, kup nową torebkę, albo idź do wróżki. Nie żałuj czasu na to, co sprawi Ci radość, a poradzisz sobie z każdym stresem i chandrą. Odzyskasz radość życia bez wprowadzania rewolucyjnych zmian w swojej pracy i domu.

Są dni, kiedy wszystko jest nie tak. Włosy źle się układają. Przedmioty lecą z rąk. Wybuchamy, płaczemy, krzyczymy.Georgia Witkin, amerykańska terapeutka, po 20 latach badań doszła do wniosku, że winne bywa nasze nadmierne poczucie obowiązku. Ono sprawia, że często niepotrzebnie udajemy silniejsze, niż jesteśmy. I dopiero gdy nie możemy wstać z łóżka, przyznajemy, że coś jest nie tak. Co to takiego? W naszym życiu jest zbyt mało drobnych przyjemności. A to właśnie dzięki nim, nie pracując mniej, możemy odzyskać radość życia. Wystarczy każdego dnia choćby przez pół godziny robić tylko to, na co mamy ochotę. Nazwijmy to swoją małą terapią. Usiądźmy i zastanówmy się,co da nam chwilę psychicznego oddechu. Spacer brzegiem Wisły, lektura powieści Joanny Chmielewskiej, lekcja pływania? Kiedy będziemy wiedzieć, postarajmy się znaleźć na to czas. Może się udać, nawet gdy mamy masę obowiązków. Są kobiety, którym się to udało. Sprawdźmy na sobie ich metody.

To fragment artykułu, jaki wczoraj znalazłam, przeglądając jakiś stary numer Twojego Stylu. I co? Okazuje się, że na ponure, deszczowe, ciemne początki zimy jak znalazł.

Uświadomiłam sobie, że i mnie przydałoby się więcej radości życia. Że kiedyś potrafiliśmy przegadać z Piotrem cały wieczór (wczoraj rozmawialiśmy przed zaśnięciem chyba z godzinę :)). Że czasem zjadam śniadanie w pośpiechu i nawet słowa nie zamienię z moim mężem, bo za rozmowę wystarcza nam dźwięk radia. Dziś wyłączyłam radio i wcinając kanapkę zaczęłam rzucać w mojego P. ziarenkami słonecznika z chleba. Poczułam się znów jak mała niegrzeczna dziewczynka. I to była moja mała przyjemność dzisiejszego dnia, mam nadzieję, że nie ostatnia :)

Odnajdźmy w sobie więcej kobiecości, bądźmy bardziej jak niesforna Pippi, która potrafiła być nieprzewidywalna, odrzucała wszystko, co utarte, kwestionowała to, co wolno i czego nie wolno. Po prostu - bądźmy ciekawe siebie i świata. Czujmy się dobrze w swoim towarzystwie, a wtedy i inni będą lubili z nami przebywać. A jeśli nie zależy nam na opinii innych, to jeszcze lepiej, po co przejmować się tym, co inni myślą :)

Chwila dla siebie w ciągu dnia - i świat wydaje nam się ładniejszy. Brzmi niczym hasło reklamowe proszku do prania ;)

Trzeba codziennie posłuchać choćby jednej ładnej piosenki, przeczytać choćby jeden dobry wiersz, porozmawiać z choćby jedną miłą osobą. I nie śpieszmy się tak.

I już. Żegnaj, depresjo. Żegnaj, kiepski humorze.

Bieguni, Ćwiczenia z utraty



Już 11 października premiera najnowszej książki Olgi Tokarczuk - BIEGUNI!
Cieszę się jak dziecko na tę nową przygodę z tą wspaniałą pisarką. Szczerze jej zazdroszczę wyobraźni i staram się od niej uczyć postrzegania świata.

A więc pędem do Empiku. Tym bardziej, że w ten sam dzień w Empiku przy Marszałkowskiej spotkanie z Markiem Krajewskim, moim ulubionym autorem kryminałów ;)
Również połączone z premierą jego najnowszej książki. Tytuł i tematyka na razie owiane tajemnicą.

PS Dziękuję, Aniu, za ĆWICZENIA Z UTRATY. Gdy zaczęłam je czytać, miałam mieszane uczucia. Z dystansem podchodzę do tego typu literatury, tak skrajnie osobistej, a z drugiej strony tak mocno oddziałującej na czytelnika. Nie chciałabym zostać źle zrozumiana. Po prostu myślę o motywach - które pewnie wynikały z potrzeby serca i chęci podzielenia się z innymi swoimi przeżyciami, z chęci ukazania im, jak trudne wyzwania rzuca nam czasem życie. Ale z drugiej strony... Hm..., chciałam napisać coś głupiego, ale się powstrzymałam. Czasem dziwne myśli mi chodzą po głowie, gdy czytam taką literaturę. Może jeszcze o tym napiszę, jak skończę książkę, już jestem za połową :)

...
...
...

Nowa,bardzo oczekiwana powieść, której pisarka poświęciła ostatnie trzy lata pracy. Bieguni to książka odważna, w której Olga Tokarczuk opowiada o sobie i o swoim widzeniu świata.


c.d. http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka.php?ID=1683

***************************************

"Bieguni"Olgi Tokarczuk o nomadach i podróżowaniu

/PAP/

Najnowsza książka Olgi Tokarczuk trafi do księgarń 11 października. "Bieguni" to analiza fenomenu ludzkiej skłonności do podróżowania, opis świata współczesnych nomadów.

Tokarczuk pracowała nad "Biegunami" przez trzy lata. Wspomina, że większość notatek robiła w podróży. "Ale nie jest to książka o podróży.Nie ma w niej opisów zabytków i miejsc. Nie jest to dziennik podróży ani reportaż. Chciałam raczej przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy" - pisze we wstępie autorka.

c.d. http://wakacje.wp.pl/title,Bieguni-Olgi-Tokarczuk-o-nomadach-i-

podrozowaniu,tkat,37476,wid,9199579,wiadomosc.html?ticaid=14d63

***************************************

W połowie października pojawi się najnowsza książka Olgi Tokarczuk zatytułowana"Bieguni”. To próba odpowiedzi na pytanie, co to znaczy podróżować i jaki w tym jest sens.

c.d http://cooltura.korba.pl/ksiazki/do_czytania/1,51407,2661,art.html

***************************************

Małgorzata I. Niemczyńska

Dzięki tej książce do Olgi Tokarczuk powinni przekonać się wszyscy nastawieni dotąd sceptycznie. Ale uwaga - ci, którzy przekonani już byli, mogą się zrazić.

c.d http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,35817,4562835.html


***************************************


Czarodziejskie historie Olgi Tokarczuk - recenzja M. Miecznickiej

"Bieguni" Tokarczuk mają świetne fragmenty, które świadczą o wielkiej wrażliwości i talencie autorki. To wszystko znika, kiedy Tokarczuk zaczyna filozofować. Wtedy robi się z tego jakiś papierowy Calvinoczy Tabucchi, podlany sosem egzystencjalnych wynurzeń a la Paolo Coelho. Ludzie to lubią, ale ludzie lubią również hamburgery i gumę do żucia - czytamy wD ZIENNIKU.

c.d http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=298&ShowArticleId=63628

***************************************

Opowieści znikniętych


Olga Tokarczuk zaznacza, że jej nowa powieść “Bieguni” nie mówi opodróżowaniu, tak jak jej powieść “Dom dzienny, dom nocny” nie mówiła o domu.

c.d http://wolnyhamkalo.blog.polityka.pl/?p=53

Kronika Ptaka Nakręcacza


KRONIKA PTAKA NAKRĘCACZA - kolejna książka Murakamiego. Jego pisarstwo niby jest całkiem zwyczajne (niektórzy pewnie się na mnie oburzą za te słowa), ale pozostawia całkiem niezwyczajne wrażenie. Po prostu o jego książkach myśli się długo po ich przeczytaniu. Klimat opowieści pozostaje w nas na długo. Autor ten jest bardzo promowany obecnie w Polsce, co mnie początkowo trochę do niego zniechęciło. Często tak jest, że im większa reklama, tym większy chłam, niestety. A tu miła niespodzianka. Literacko porządna robota, chciałoby się powiedzieć. Ładne tłumaczenie. Na pewno spróbuję kolekcjonować kolejne książki. Do tej pory przeczytałam PRZYGODĘ Z OWCĄ i NORWEGIAN WOOD. KRONIKĘ... zostawiam na jakiś specjalny dzień, wolny od innych myśli i codziennych problemów (czy taki dzień nastąpi???). Czyli pewnie na jakiś urlopowy dzień. Mam ochotę na prawdziwą ucztę z Murakamim.
...
...
...

Wczoraj skończyłam KRONIKĘ PTAKA NAKRĘCACZA. I po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że to świetna literatura, wciągająca, trzymająca w napięciu, fascynująca, wymagająca nieustannego myślenia, snucia domysłów.

Tytułowy ptak nakręcacz to ptak, który kryje się gdzieś w drzewach; jego odgłosy brzmią niczym nakręcanie sprężyny. Okazuje się, że tajemniczy ptak nakręca w ten sposób czas. Gdy tego nie zrobi, czas się zatrzymuje.

W momencie gdy główny bohater Toru Okada przybiera przezwisko Ptak nakręcacz, bieg wydarzeń zależy od niego.

Wielowarstwowa rzeczywistość, wiele symbolicznych postaci,zaburzenie chronologii, fragmentaryczność. Autor skacze sobie dowolnie po czasie i przestrzeni, co nie oznacza, że staje się ona dla czytelnika niezrozumiała. Choć czasami musiałam zatrzymać się na moment i pozastanawiać -zaraz zaraz, co właściwie się wydarzyło? Czytając, trzeba czytać dokładnie i z uwagą każde zdanie, w przeciwnym wypadku może nam umknąć coś istotnego. Nie ma w tej powieści niepotrzebnych zdań, ba, chyba nawet słów. Z drugiej strony,trójwymiarowa fabuła jest tak ciekawa, że chciałoby się popędzić do przodu, aby się dowiedzieć, co będzie dalej.

Powieść można porównać do wielkiej szafy, w której mieści się wiele szufladek z poszczególnymi opowieściami i listami. Myślę, że zamiarem autora było uświadomienie nam, jak absurdalne bywa życie, jak bardzo rządzą nim rozmaite koincydencje,

To taka napisana na szybko minirecenzja książki. Aż trochę żałuję, że już ją skończyłam (na szczęście na półce czekają dwie kolejne).Czytywałam ją wieczorami na plaży w Chorwacji i dlatego już zawsze będzie mi się kojarzyła z naszą podróżą poślubną. Książka wprowadzała mnie w ciekawy nastrój,po części uświadamiała mi, że moje życie jest trochę szare i czas to zmienić. Abym tylko nie zapomniała o tym zbyt szybko.


Fragment KRONIKI PTAKA NAKRĘCACZA:

1. O wtorkowym ptaku nakręcaczu, sześciu palcach i czterech piersiach

Telefon zadzwonił, gdy gotowałem w kuchni makaron. Pogwizdywałem uwerturę do Sroki złodziejki Rossiniego, wtórując stacji radiowej FM. Była to idealna muzyka do gotowania makaronu.
Usłyszałem dzwonek telefonu i najpierw pomyślałem, że go zignoruję. Makaron dochodził, a Claudio Abado właśnie w tej chwili doprowadzał Londyńską Orkiestrę Symfoniczną do muzycznej doskonałości. W końcu jednak zmniejszyłem płomień, poszedłem do pokoju i podniosłem słuchawkę. Może postanowiłem odebrać, myśląc, że któryś ze znajomych dzwoni w sprawie nowej pracy.
- Proszę o dziesięć minut - powiedział nieoczekiwanie kobiecy głos. Mam dość dobrą pamięć do głosów, lecz tego głosu nie znałem.
- Przepraszam, pod jaki numer pani dzwoni? - zapytałem uprzejmie.
- Dzwonię do pana. Potrzebne mi tylko dziesięć minut. To wystarczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli - powiedziała kobieta. Jej głos był niski, miękki, mało charakterystyczny.
- Żebyśmy się zrozumieli?
- Tak. Zrozumieli, co czujemy.
Wychyliłem się w stronę drzwi i zajrzałem do kuchni. Nad garnkiem z makaronem unosiła się para, a Abado dalej dyrygował Sroką złodziejką.
- Przepraszam panią, ale teraz gotuję makaron. Czy mogłaby pani za­dzwonić później?
- Makaron? - zapytała zrezygnowana. - Gotuje pan makaron o pół do jedenastej rano?
- A co to panią obchodzi? Mogę sobie jeść, co chcę i kiedy chcę - po­wiedziałem trochę urażony.
- To prawda - odrzekła kobieta suchym, pozbawionym wyrazu tonem. Jej głos zupełnie się zmieniał pod wpływem najmniejszego wahania na­stroju. - Wszystko jedno. Zadzwonię później.
- Chwileczkę - powiedziałem pospiesznie. - Jeśli próbuje pani coś sprze­dać, nic z tego nie będzie, choćby nie wiem, ile razy pani dzwoniła. Jestem teraz bezrobotny i nic stać mnie na żadne zakupy.
- Wiem, niech się pan nie martwi.
- Co pani wie?
- Że jest pan bezrobotny. Wiem o tym. Więc niech pan lepiej szybko dogotuje ten swój drogocenny makaron.
- A pani właściwie... - zacząłem, ale kobieta się rozłączyła, nagle i bez uprzedzenia.
Stałem tak, patrząc na słuchawkę, pełen uczuć, którym nie mogłem dać upustu. Wkrótce jednak przypomniałem sobie o makaronie i poszedłem do kuchni. Wyłączyłem gaz i odlałem makaron na sitko. Z powodu telefonu zrobił się trochę za miękki jak na al dente, ale można go było jeszcze uratować.
Żebyśmy się zrozumieli?, myślałem, jedząc makaron. Abyśmy w dziesięć minut dobrze zrozumieli, co czujemy? Nie mogłem pojąć, co ta kobieta próbowała mi powiedzieć. Może to był po prostu żart. Albo jakaś nowa metoda sprzedaży? Nieważne. Nic mnie to nie obchodzi.
Usiadłem znów na kanapie i próbowałem zabrać się do czytania pożyczo­nej z biblioteki powieści, lecz spoglądałem co pewien czas na telefon. Męczy­ła mnie myśl o tym, o co mogło chodzić tej kobiecie, gdy mówiła o zrozumie­niu się w dziesięć minut. Właściwie jak można się zrozumieć w dziesięć minut? Na samym początku wyraźnie powiedziała, że chodzi o dziesięć minut, i wydawała się dosyć pewna tego czasowego ograniczenia, które sama sobie wyznaczyła. Być może dziewięć minut to za mało, a jedenaście okazało­by się za wiele. Tak samo jak w przypadku gotowania makaronu al dente. Gdy tak rozmyślałem, odechciało mi się czytania. Postanowiłem zabrać się do prasowania koszul. Od dawna, kiedy mam w głowie zamęt, zawsze prasuję koszule. Proces prasowania dzielę na dwanaście etapów. Zaczynam od wierzchu kołnierzyka (1), a kończę na mankiecie lewego rękawa (12). Prasuję po kolei, odliczając etapy jeden po drugim. Jeśli tak tego nie robię, nic z prasowania nie wychodzi.
Uprasowałem trzy koszule, upewniłem się, że na ostatniej nie ma zmar­szczek, i powiesiłem je na wieszaku. Wyłączyłem żelazko, schowałem je razem z deską do szafy i wtedy uświadomiłem sobie, że nieco rozjaśniło mi się w głowie.
Postanowiłem napić się wody i ruszyłem w stronę kuchni, gdy znów zadzwonił telefon. Trochę się zawahałem, ale w końcu postanowiłem ode­brać. Jeśli to znów ta kobieta, powiem jej, że właśnie prasuję, i się rozłączę. Okazało się, że dzwoni Kumiko. Zegar wskazywał pół do dwunastej.
- Jak się masz? - zapytała.
- Dobrze - odpowiedziałem.
- Co robisz?
- Prasowałem.
- Coś się stało? - w jej głosie był leciutki ton napięcia. Dobrze wie, że
kiedy jestem skołowany, prasuję.
- Nie, po prostu prasowałem. Nic szczególnego się nie stało. - Usiadłem na krześle i przełożyłem słuchawkę z lewej ręki do prawej. - A dlaczego
dzwonisz?
- Umiesz pisać wiersze?
- Wiersze? - zapytałem zdziwiony. Wiersze? Co to właściwie są Ë�wiersze"?
- Znajoma redakcja wydaje między innymi magazyn literacki dla dziew­cząt i szukają kogoś, kto mógłby wybierać spośród nadesłanych przez czytel­niczki wierszy te nadające się do druku i redagować je. Chcą też co miesiąc wiersz na okładkę. Jak na taką lekką pracę nieźle płacą. Oczywiście to tylko praca na zlecenie, ale jeżeli byliby zadowoleni, być może daliby ci też
jakieś prace edytorskie i...
- Lekka praca? - powiedziałem. - Poczekaj chwileczkę. Ja szukam pracy związanej z prawem. Skąd ci się nagle wzięło redagowanie wierszy?
- Przecież mówiłeś, że coś pisałeś w liceum.
- W gazetce. W gazetce szkolnej. Która klasa wygrała turniej piłki nożÂ­nej albo że nauczyciel fizyki przewrócił się na schodach i poszedł do szpita­la. Tylko takie głupawe artykuliki. Nie wiersze. Nie umiem pisać wierszy.
- Ale to mają być wiersze dla licealistek. Nie mówię ci wcale, żebyś pisał wspaniałe wiersze, które przejdą do historii literatury. Wystarczy, że coś tam byle jak napiszesz. Wiesz, o co mi chodzi, prawda?
- Wcale nie umiem pisać wierszy ani byle jakich, ani żadnych innych. Nigdy nie pisałem i nie mam zamiaru pisać - uciąłem. Przecież nie umiałÂ­bym takich rzeczy pisać.
- No tak - powiedziała z żalem moja żona. - Ale przecież trudno jest
znaleźć pracę związaną z prawem, prawda?
- Rozmawiałem z wieloma ludźmi. Niedługo ktoś powinien się ze mną skontaktować, a jeśli nic z tego nie wyjdzie, wtedy dopiero się zastanowię.
- Tak? No dobrze, niech będzie. A właśnie, co dziś jest?
- Wtorek - powiedziałem, zastanowiwszy się przez chwilę.
- To czy mógłbyś iść do banku i zapłacić za gaz i telefon?
- Zaraz idę kupić coś na kolację, więc po drodze wstąpię do banku.
- A co będzie na kolację?
- Jeszcze się nie zdecydowałem. Pójdę po zakupy i pomyślę.
- Słuchaj - powiedziała żona, zmieniając ton - pomyślałam sobie, że nie musisz się chyba specjalnie spieszyć z szukaniem pracy.
- Dlaczego? - zapytałem, znowu zdziwiony. Zdawało się, że wszystkie kobiety na świecie postanowiły mnie dziś przez telefon zadziwić. - Niedługo kończy mi się zasiłek dla bezrobotnych i nie mogę przecież w nieskończo­ność tak nic nie robić.
- Ale ja więcej teraz zarabiam, ta dodatkowa praca też dobrze idzie, mamy oszczędności, jeżeli nie będziemy rozrzutni, na jedzenie nam wystarczy. Nie lubisz zajmować się domem, tak jak teraz? Znudziłoby cię takie życie?
- Nie wiem - odparłem szczerze. Nie wiedziałem.
- Zastanów się nad tym spokojnie - powiedziała żona. - A kot nie wrócił? Gdy zapytała, zdałem sobie sprawę, że od rana ani razu nie pomyślałem
o kocie. - Nie, jeszcze nie wrócił.
- Mógłbyś go trochę poszukać w sąsiedztwie? Nie ma go już od tygodnia. Mruknąłem coś w odpowiedzi i przełożyłem słuchawkę do lewej ręki.
- Myślę, że pewnie jest w ogrodzie tego pustego domu na końcu uliczki. W tym ogrodzie z kamienną rzeźbą ptaka. Wiele razy go tam przedtem widziałam.
- Na końcu uliczki? - powtórzyłem. - A po co ty tam chodziłaś? Do tej pory nigdy o tym nie wspominałaś...
- Słuchaj, przepraszam, ale muszę się rozłączyć. Muszę wracać do pracy. Proszę, poszukaj kota. - Rozłączyła się. Popatrzyłem przez chwilę na słu­chawkę, a potem ją odłożyłem.
Zastanawiałem się, po co Kumiko chodziła po uliczce. Aby się tam dostać, trzeba przejść przez ogrodzenie z betonowych płyt stanowiące ścianę naszego ogrodu, a nie było tam przecież nic wartego takiego wysiłku.
Poszedłem do kuchni, napiłem się wody, wyszedłem na werandę i zaj­rzałem do kociej miski. Kupka suszonych sardynek, którą tam wczoraj wieczorem włożyłem, była nienaruszona. Więc kot jednak nie wrócił. Stałem na werandzie i patrzyłem na nasz mały ogródek oświetlany promieniami wczesnoletniego słońca. Patrzyłem, choć nie był to ogród, którego widok wypełniał serce radością. Słońce dochodzi tu jedynie przez krótki czas, więc ziemia jest zawsze czarna i wilgotna, w rogu rosną tylko dwa czy trzy nędzne krzaki hortensji, za którymi nie przepadam. Z pobliskiego zagajnika dobiegał głos ptaka, monotonny i przenikliwy, jak zgrzyt śruby służącej do nakręcania czegoś. Nazywaliśmy go ptakiem nakręcaczem. Kumiko tak go nazwała. Nie wiedzieliśmy, jak się naprawdę nazywał. Nie wiedzieliśmy też, jak wygląda, choć przylatywał co dzień do tego zagajnika i nakręcał sprężynę naszego spokojnego świata.
O rany, no to teraz na poszukiwanie kota, pomyślałem. Od dawna lu­biłem koty i t e g o kota, choć mają swój własny tryb życia. Nie są wcale głupimi zwierzętami. Jeżeli kot zniknął, to znaczy, że zachciało mu się gdzieś pójść. Wróci, kiedy będzie głodny i zmęczony. Ale pójdę go poszukać, bo Kumiko mnie prosiła. I tak nie mam nic innego do roboty.
W kwietniu odszedłem z kancelarii adwokackiej, w której od dawna praco­wałem. Nie było ku temu żadnej szczególnej przyczyny. Nie mogę powiedzieć, że praca mi nie odpowiadała, choć rzeczywiście nie była niezwykle interesująÂ­ca. Pensję miałem niezłą i w biurze panowała przyjemna atmosfera.
Moja praca sprowadzała się do roli wyspecjalizowanego chłopca na po­syłki. Jak na mnie spisywałem się całkiem nieźle. Może sam nie powinie­nem tak o sobie mówić, ale jestem bardzo efektywny w wykonywaniu konkretnych zadań. Szybko pojmuję, o co chodzi, jestem energiczny, nie narzekam i trzeźwo myślę. Dlatego kiedy powiedziałem, że chcę zrezyg­nować z pracy, starszy partner - to znaczy ojciec, gdyż firma składała się z dwóch prawników: ojca i syna - zaproponował mi nawet podwyżkę.
W końcu jednak i tak odszedłem. Nie miałem żadnych konkretnych naÄ�ďż˝Ă�­dziei ani perspektyw na przyszłość. Nie pociągała mnie też myśl o zamknięciu się w domu i przygotowaniach do egzaminu na aplikację adwokacką, a przede wszystkim nie miałem już ochoty być adwokatem. Nie chciałem dalej siedzieć w tej kancelarii i wykonywać tej samej pracy. Pomyślałem więc, że jeśli w ogóle mam kiedyś odejść, to najlepiej teraz. Gdybym został dłużej, pewnie spokojnie pracowałbym tam do końca życia. A mam już przecież trzydzieści lat.
Kiedy raz przy kolacji nagle rzuciłem: Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�Zastanawiam się nad odejściem z pracy", Kumiko powiedziała tylko Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�uhm". Nie wiedziałem, co to Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�uhm" miało znaczyć, ale przez dłuższą chwilę się nie odzywała, więc ja także siedziałem w milczeniu, a wtedy Kumiko stwierdziła: Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�Jeśli chcesz odejść, to chyba lepiej odejść. To przecież twoje życie, możesz robić, co chcesz". Nie powiedziała nic więcej, skupiła się na wyjmowaniu pałeczkami ości z ryby i układaniu ich na brzegu talerza.
Kumiko zajmowała się głównie redagowaniem magazynu poświęconego zdrowemu odżywianiu i naturalnej żywności. Zarabiała nie najgorzej, a do tego zaprzyjaźnieni redaktorzy, pracujący w innych pismach, podrzucali jej zlecenia na prace ilustratorskie (na uniwersytecie studiowała projektowanie i chciała kiedyś zostać niezależnym ilustratorem). Dochody z tego też były nie do pogardzenia. Ja po odejściu z pracy miałbym przez pewien czas prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych, a poza tym będąc w domu, mógłbym zajmować się gospodarstwem i zostałoby nam jeszcze na dodatÄ�ďż˝Ă�­kowe wydatki, jak jedzenie w restauracjach czy oddawanie rzeczy do pralni. Nawet jeżeli się zwolnię, nasz poziom życia prawie się nie zmieni. I dlatego zrezygnowałem z pracy.
Telefon zadzwonił, gdy po powrocie z zakupów wkładałem jedzenie do lodówki. Wydawało mi się, że w dzwonku brzmiała straszna irytacja. PołoÄ�ďż˝Ă�­żyłem na stole do połowy odpakowane z plastiku tofu, wszedłem do pokoju i podniosłem słuchawkę.
- Już pan skończył z makaronem? - usłyszałem tamtą kobietę.
- Skończyłem - odparłem. - Ale teraz muszę iść szukać kota.
- Szukanie kota może chyba poczekać dziesięć minut? To co innego niż gotowanie makaronu.
Jakoś nie potrafiłem się rozłączyć i nie wiedziałem dlaczego. Coś w głoÄ�ďż˝Ă�­sie tej kobiety przyciągało moją uwagę.
- No tak. Jeśli to tylko dziesięć minut - powiedziałem.
- A więc się zrozumiemy? - zapytała cicho. Miałem wrażenie, że usiadła na krześle i skrzyżowała nogi.
- No nie wiem - odrzekłem. - To w końcu tylko dziesięć minut.
- Być może dziesięć minut to dłużej, niż pan sobie wyobraża.
- Czy pani naprawdę mnie zna? - zapytałem.
- Oczywiście. Spotkaliśmy się wiele razy.
- Kiedy? Gdzie?
- Kiedyś, gdzieś - odparła. - Jeśli zacznę panu po kolei takie rzeczy tłumaczyć, dziesięć minut nie wystarczy. Ważne jest teraz. Prawda?
- Ale czy nie mogłaby pani jakoś tego dowieść? Dowieść, że mnie pani zna.
- Na przykład jak?
- Ile mam lat?
- Trzydzieści - odpowiedziała natychmiast. - Trzydzieści lat i dwa mieÄ�ďż˝Ă�­siące. Czy to wystarczy?
Milczałem. Chyba naprawdę mnie zna, ale jej głos z nikim mi się nie kojarzył, choć próbowałem go sobie przypomnieć.
- To teraz proszę mnie sobie wyobrazić - zachęciła kobieta. - Proszę zacząć od głosu. Jaka jestem, ile mam lat, jak jestem ubrana, tego typu
rzeczy.
- Nie wiem - powiedziałem.
- Proszę spróbować.
Spojrzałem na zegar. Minęła dopiero minuta i pięć sekund.
- Nie wiem - powtórzyłem.
- To ja panu powiem - rzekła. - Leżę teraz w łóżku. Wzięłam przed chwilą prysznic i nic na sobie nie mam.
O, rany!, pomyślałem. Zupełnie jak płatny seks przez telefon.
- Czy mam nałożyć bieliznę? A może lepiej pończochy? Tak będzie dla
pana lepiej?
- Wszystko mi jedno. Niech pani nakłada, co pani chce. Jeśli pani chce coś nałożyć, niech pani nałoży. A jak woli pani być naga, to też dobrze. Ale przepraszam panią, mnie nie interesują tego typu rozmowy telefoniczne.
Jestem zajęty...
- Tylko dziesięć minut. Chyba poświęcenie mi dziesięciu minut nie będzie niepowetowaną stratą w pańskim życiu, prawda? W każdym razie proszę mi odpowiedzieć. Czy woli pan, żebym była naga, czy mam coś nałożyć? Mam różne rzeczy. Na przykład czarną koronkową bieliznę.
- Może pani zostać tak, jak pani jest - powiedziałem.
- Czyli woli pan, żebym była naga, tak?
- Tak, wolę, żeby pani była naga - odparłem. Już cztery minuty.
- Włosy łonowe mam jeszcze mokre - powiedziała. - Niezbyt dokładnie wytarłam ręcznikiem. Dlatego są jeszcze mokre. Ciepłe i zupełnie mokre. Bardzo miękkie. Bardzo czarne i miękkie. Niech pan pogłaszcze.
- Przepraszam, ale...
- Pod nimi też jest ciepło. Jak ciepły budyń. Bardzo ciepło. Naprawdę. Jak pan myśli, co ja teraz robię? Zgięłam prawą nogę w kolanie, a lewą odgięłam. Jakby wskazówki zegara ustawione na pięć po dziesiątej.
Po tonie jej głosu poznałem, że nie kłamie. Naprawdę ustawiła nogi w pozycji pięć po dziesiątej, a jej włosy łonowe są ciepłe i wilgotne.
- Niech pan pogłaszcze wargi. Powoli. A teraz niech pan rozchyli. Też powoli. Niech pan głaszcze powoli opuszkiem palca. Tak, bardzo powoli. A drugą ręką niech pan ściśnie moją lewą pierś. Proszę głaskać delikatnie od dołu i lekko drażnić sutek. Niech pan to zrobi wiele razy, aż prawie doprowadzi mnie pan do orgazmu.
Odłożyłem słuchawkę, nic nie mówiąc. Potem położyłem się na kanapie i wpatrując się w zegar, głęboko westchnąłem. Rozmawiałem z tą kobietą przez pięÄ�ďż˝Ä�żË� albo sześć minut.
Nie minęło nawet dziesięć minut, gdy telefon znowu zadzwonił, ale tym razem nie podniosłem słuchawki. Zadzwonił piętnaście razy i umilkł, a wtedy pokój wypełniła głęboka zimna cisza.
Trochę przed drugą pokonałem ogrodzenie z betonowych płyt i znalazłem się na uliczce. Nazywam tak to miejsce, ale to nie uliczka w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Sam nie wiem, jak je właściwie nazwać. Ściśle móÄ�ďż˝Ă�­wiąc, nie jest to nawet dróżka. Dróżka jest jakby korytarzem wiodącym w określone miejsce, ma wejście i wyjście, a ta uliczka nie ma wejścia ani wyjścia, jest zablokowana z obu stron, nie przypomina więc nawet ślepej uliczki, która ma przynajmniej wejście. Okoliczni mieszkańcy od dawna nazywają uliczką ten krótki odcinek, który jakby spina tylne ściany ogrodów za domami i ciągnie się około dwustu metrów. Ma trochę ponad metr szerokości, lecz wystające płoty i składowane gdzieniegdzie różne sprzęty sprawiają, że w kilku miejscach trzeba przeciskać się bokiem.
Podobno - słyszałem to od wuja, który wynajmuje nam bardzo tanio dom - dawniej uliczka miała i wejście, i wyjście. Pełniła funkcję skrótu łączącego dwie ulice. Jednak w okresie szybkiego rozwoju ekonomicznego na wszystkich dawniej wolnych przestrzeniach po obu stronach zaczęły stawać jeden przy drugim nowe domy, uliczka jakby przez nie ściskana bardzo się zwęziła, a ponieważ mieszkańcy nie lubili, gdy ktoś im ciągle przechodził obok domu albo wzdłuż ściany ogrodu, została dyskretnie zaÄ�ďż˝Ă�­blokowana. Zasłonięte ją najpierw niewielkim płotkiem, potem ktoś poÄ�ďż˝Ă�­większył sobie ogród i postawiwszy ogrodzenie z betonowych płyt, całkiem zablokował jeden wylot. Jakby w odpowiedzi na to drugi koniec zagrodzono mocną metalową siatką, tak by nawet psy nie mogły się przecisnąć. MieszÄ�ďż˝Ă�­kańcy i przedtem rzadko tędy chodzili, więc nikt nie narzekał, gdy uliczka została z obu stron zablokowana, uważano nawet, że pomoże to zapobiec kradzieżom. W rezultacie porzucono ją jak jakiś nieużywany kanał, nikt z niej nie korzystał i pełniła jedynie funkcję strefy buforowej między dwoma rzędami domów. Porosła chwastami i wypełniły ją lepkie pajęczyny.
Nie mogłem zrozumieć, w jakim celu moja żona przychodziła wieloÄ�ďż˝Ă�­krotnie w takie miejsce. Ja sam byłem tu może ze dwa razy, a przecież Kumiko jeszcze do tego nie lubiła pająków. Wszystko jedno, pomyślałem. Skoro Kumiko mówi, że mam szukać kota w uliczce, będę szukał. Sto razy wolę sobie pospacerować, niż czekać w domu, aż zadzwoni telefon.
Ostre słońce wczesnego lata pokryło ziemię siateczką cieni rzucanych przez wystające gałęzie, unoszące się ponad moją głową. Cienie były nieruÄ�ďż˝Ă�­chome i pewnie dlatego, że nie wiało, wyglądały jak rozrzucone po ziemi nieusuwalne plamy. Nie dobiegał tu żaden dźwięk, zdawało się, że słychać oddech oświetlonych słońcem, pojedynczych ździebełek trawy. Na niebie unosiło się kilka chmurek. Były tak wyraźnie zarysowane, że przypominały kształtem chmury z tła średniowiecznych drzeworytów. Wszystko wokół miało ostre kontury, tak że własne ciało zdało mi się czymś nieograniczoÄ�ďż˝Ă�­nym, pozbawionym kształtu. Było mi też strasznie gorąco. Miałem na sobie podkoszulek, cienkie bawełniane spodnie i tenisówki, ale idąc przez dłuższy czas w słońcu, spociłem się lekko pod pachami i na piersi. Dziś rano wyciągÄ�ďż˝Ă�­nąłem te spodnie i podkoszulek z pudła z letnimi rzeczami i nozdrza wypełÄ�ďż˝Ă�­niał mi teraz silny zapach naftaliny.
Domy w tej okolicy wyraźnie dzieliły się na stare i te nowo zbudowane. Nowe najczęściej były małe i miały niewielkie ogródki. Sznury do suszenia bielizny rozciągały się aż do uliczki i chwilami musiałem się przedzierać między rzędami ręczników, koszul i prześcieradeł. Z niektórych domów wyraźnie dobiegały odgłosy telewizorów i spuszczanej wody, czasami naÄ�ďż˝Ă�­pływał zapach gotującego się sosu curry.
W odróżnieniu od nowych, ze starych domów nie dochodziły prawie żadne zapachy. Te stare były odgrodzone płotami ze starannie rozmieszÄ�ďż˝Ă�­czonymi krzewami chińskiego jałowca, spomiędzy których można było doÄ�ďż˝Ă�­strzec zadbane ogrody. W rogu jednego stała samotna choinka, pożółkła i uschnięta. W innym leżały rzędami wszelkie możliwe rodzaje zabawek, jakby wystawione na pokaz pozostałości wielu dzieciństw. Dziecięce roÄ�ďż˝Ă�­werki, kółka do rzucania, plastikowy miecz, gumowa piłka, zabawka w kształcie żółwia, mały kij baseballowy i wiele innych. Był ogród z koszem do koszykówki, inny z eleganckimi krzesłami ogrodowymi i stołem z ceraÄ�ďż˝Ă�­micznym blatem. Wyglądało na to, że białe krzesła nie były od wielu miesięÄ�ďż˝Ă�­cy - a może od wielu lat - używane, gdyż pokrywała je gruba warstwa kurzu. Do stołu przywarły zmoczone deszczem fioletowe płatki magnolii. W jednym z domów przez szklane drzwi w aluminiowej ramie widać było fragment pokoju. Stał tam zestaw krytych skórą mebli wypoczynkoÄ�ďż˝Ă�­wych, duży telewizor i dekoracyjna szafka z przeszklonymi drzwiczkami (na niej akwarium z tropikalnymi rybami i jakieś dwa puchary), była też ozdobna lampa stojąca. Wyglądało to jak dekoracje do filmu telewizyjnego. W ogrodzie stała ogromna buda-klatka dla dużego psa, którego zresztą w niej nie było, a jej drzwi stały otworem. Zrobiona z metalowej siatki, była tak powyginana, jakby ktoś się o nią przez wiele miesięcy opierał.
Pusty dom, o którym wspomniała Kumiko, znajdował się dalej, za domem z psią klatką. Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że jest pusty i to pusty od dawna, nie od dwóch czy trzech miesięcy. Był stosunkowo nowy, piętrowy i tylko zamknięte drewniane okiennice miał zniszczone, a metaloÄ�ďż˝Ă�­we balustrady przy oknach na piętrze pokrywała rdza. W małym, przytulÄ�ďż˝Ă�­nym ogródku rzeczywiście znajdował się kamienny posąg przedstawiający ptaka z rozpostartymi skrzydłami. Posąg stał na cokole sięgającym mi mniej więcej do piersi, ale otaczały go chwasty, szczególnie nawłoć, której łodyÄ�ďż˝Ă�­gi tak wyrosły, że aż dotykały nóg ptaka. Wydawało się, że ten ptak - nie wiedziałem, co to za gatunek - rozpostarł skrzydła, chcąc jak najszybciej odlecieć z tego nieprzyjemnego miejsca. Prócz tego posągu w ogrodzie nie było innych elementów dekoracyjnych. Pod wystającym okapem przy ściaÄ�ďż˝Ă�­nie domu leżało jeden na drugim kilka starych plastikowych leżaków, a obok nich rosła obsypana kwiatami azalia. Były jasnoczerwone, ich kolor zdawał się dziwnie nierealny. Poza tym wszędzie pieniły się jedynie chwasty. Oparłem się o sięgający mi do piersi parkan z metalowej siatki i przez chwilę wpatrywałem się w ogród, który mógł bardzo podobać się kotu, lecz nigdzie go nie dostrzegłem. Na sterczącej z dachu antenie telewizyjnej przyÄ�ďż˝Ă�­cupnął gołąb i okolicę wypełniło jego monotonne gruchanie. Rozproszony na drobne fragmenty cień kamiennego ptaka padał na rosnące wszędzie chwasty.
Wyjąłem z kieszeni cytrynowego dropsa, odwinąłem z papierka i włożyÄ�ďż˝Ă�­łem do ust. Gdy rzuciłem pracę, rzuciłem też przy okazji palenie, ale za to teraz nie mogłem się obejść bez cytrynowych dropsów. Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�Jesteś uzależniony od cytrynowych dropsów - mówiła żona. - Niedługo będziesz miał w zębach pełno dziur". Lecz ja i tak nie mogłem zrezygnować z cukierków. Gdy tak wpatrywałem się w ogród, gołąb tkwił na antenie telewizyjnej i jak urzędnik stemplujący numery na pliku rachunków gruchał dalej w tym samym nieÄ�ďż˝Ă�­omylnym rytmie. Sam nie wiem, jak długo stałem oparty o siatkę. PamięÄ�ďż˝Ă�­tam, że drops zrobił się słodkawolepki i o połowę mniejszy, więc wyplułem go na ziemię. Potem znów skierowałem wzrok w stronę kamiennego ptaka, a wtedy wydało mi się, że ktoś mnie z tyłu zawołał.
Odwróciłem się i zobaczyłem dziewczynę stojącą w ogrodzie po drugiej stronie uliczki. Była drobna, włosy miała związane w koński ogon. Nosiła ciemnozielone okulary przeciwsłoneczne w oprawce bursztynowego koloÄ�ďż˝Ă�­ru i jasnoniebieski podkoszulek bez rękawów. Wystające z niego szczupłe ramiona były równiutko i ładnie opalone, mimo że jeszcze nie skończyła się pora deszczowa. Jedną rękę wsadziła do kieszeni szortów, a drugą oparła o sięgającą jej do piersi bambusową furtkę, która nie stanowiła zbyt pewÄ�ďż˝Ă�­nego oparcia. Dzielił nas może metr.
- Gorąco, prawda? - rzekła dziewczyna.
- Tak, gorąco - odparłem.
Nic więcej nie powiedzieliśmy, lecz dziewczyna dalej stała i przyglądała mi się. Potem wyciągnęła z kieszeni szortów paczkę papierosów, wyjęła jednego i włożyła do ust. Usta miała małe z lekko wywiniętą górną wargą. Następnie wprawnym gestem zapaliła papierową zapałkę i przytknęła do papierosa. Gdy pochyliła głowę, wyraźnie zobaczyłem kształt jej ucha. Miała gładkie, ładne uszy, które zdawały się nowe, jakby przed chwilą wymodeÄ�ďż˝Ă�­lowane. Delikatny kontur ucha pokrywał lśniący puszek.
Dziewczyna rzuciła zapałkę na ziemię, stuliwszy wargi, zaciągnęła się papierosem i podniosła głowę, jakby nagle sobie o mnie przypomniała. Szkła jej okularów były ciemne i do tego lustrzane, więc nie widziałem ukrytych za nimi oczu.
- Mieszka pan w sąsiedztwie? - zapytała.
- Tak - odparłem i wskazałem palcem w kierunku naszego domu, choć nie wiedziałem, gdzie dokładnie się znajduje, ponieważ prowadząca tu uliczÄ�ďż˝Ă�­ka kilkakrotnie po drodze zakręciła. Wskazałem więc jakiś przypadkowy kierunek. - Szukam kota - powiedziałem, jakby się tłumacząc, i wytarłem spoconą dłoń o spodnie. - Już od tygodnia nie wraca do domu, ale ktoś go widział w tej okolicy.
- Jaki to kot?
- Dość duży kocur. Pręgowany, brązowy, koniec ogona ma jakby wyÄ�ďż˝Ă�­gięty.
- Jak ma na imię?
- Noboru - odpowiedziałem. - Noboru Wataya.
- Wspaniałe imię jak na kota.
- Tak się nazywa brat żony. Kot w czymś go przypomina, więc żartem
tak go nazwaliśmy.
- W czym go przypomina?
- Jakoś tak ogólnie. Ma podobny chód i tępe spojrzenie.
Dziewczyna wreszcie się uśmiechnęła. Teraz wydała mi się o wiele młodÄ�ďż˝Ă�­sza niż przedtem. Miała pewnie piętnaście lub szesnaście lat. Górna warga wywijała się ku górze pod przedziwnym kątem. Zdawało mi się, Äšźe słyszę głos mówiący: Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�Niech pan pogłaszcze", głos tamtej kobiety w słuchawce telefonu. Otarłem dłonią pot z czoła.
- Pręgowany, brązowy kot z lekko wygiętym końcem ogona - powtórzyÄ�ďż˝Ă�­ła dziewczyna, jakby chciała się upewnić. - Ma obroĂ�ĹĄźę albo coś takiego?
- Ma czarną obrożę przeciw pchłom - powiedziałem.
Dziewczyna oparła dłoń o drewnianą furtkę i zamyśliła się. Po kilkunaÄ�ďż˝Ă�­stu sekundach rzuciła wypalonego papierosa na ziemię i przydeptała go sandałem. - Możliwe, że widziałam tego kota - powiedziała. - Nie przyÄ�ďż˝Ă�­glądałam się, czy ogon miał zagięty, ale widziałam brązowego, pręgowanego kota, dużego i zdaje się, że miał obrożę.
- A kiedy go widziałaś?
- Kiedy to mogło być? Chyba ze trzy czy cztery dni temu. Wszystkie okoliczne koty przechodzą przez nasz ogród, więc ciągle łażą w tę i z poÄ�ďż˝Ă�­wrotem. Wszystkie przychodzą z domu państwa Takitanich i przez nasz ogród idą do ogrodu Miyawakich - mówiąc to, wskazała pusty dom naÄ�ďż˝Ă�­przeciw. Kamienny ptak stał tam dalej z rozpostartymi skrzydłami, żółta nawłoć lśniła oświetlona słońcem wczesnego lata, a gołąb ciągle gruchał monotonnie na antenie telewizyjnej.
- A może poczeka pan w naszym ogrodzie? Wszystkie koty i tak prędzej czy później tędy przechodzą w drodze do domu naprzeciw, a jeśli będzie pan tam za długo chodził i szukał, to ktoś może pomyśleć, że jest pan złodziejem, i zawiadomi policję. Już wiele razy tak było.
Wahałem się.
- Naprawdę. W domu i tak nikogo prócz mnie nie ma. Możemy się razem poopalać, czekając na przechodzące koty. Mogę się panu przydać, bo mam dobry wzrok.
SpojrzaÄšďż˝em na zegarek. Było pół do trzeciej. Dzisiaj musiałem już tylko zebrać przed zachodem słońca wysuszone pranie i przygotować kolację. Otworzyłem furtkę, wszedłem do ogrodu i ruszyłem po trawie za dziewczyÄ�ďż˝Ă�­ną. Zauważyłem, że lekko powłóczy prawą nogą. Przeszła kilka kroków i odwróciła się.
- Siedziałam z tyłu na motocyklu i zrzuciło mnie - powiedziała, jakby ją to specjalnie nie obchodziło. - Dość niedawno.
Na skraju trawnika rósł duży dąb, a pod nim stały dwa płócienne leżaki. Na oparciu jednego z nich wisiał duży niebieski ręcznik, a na drugim leżały rozrzucone niedbale: nowe pudełko papierosów, popielniczka, zapalniczka, duże przenośne radio z magnetofonem i różne pisma. Z głośników radia dobiegały ciche tony hard rocka. Dziewczyna zrzuciła wszystko z leżaka na trawę, wskazała mi go zapraszająco i wyłączyła radio. Spomiędzy drzew widać było opuszczony dom po drugiej stronie uliczki. Widziałem też kamiennego ptaka, nawłoć i ogrodzenie z siatki. Dziewczyna musiała mnie stąd obserwować.
Ogród był przestronny; rozległy trawnik lekko nachylony, tu i tam rosły drzewa. Po lewej stronie leżaka znajdowało się spore oczko wodne z betonoÄ�ďż˝Ă�­wym obrzeżem, ale wodę już dawno chyba z niego wypuszczono i pokryte ciemną zielenią dno jaśniało w słońcu. Z tyłu za drzewami widać było stary dom w stylu europejskim. Niezbyt duży i nie wyglądał na specjalnie koszÄ�ďż˝Ă�­towny, jedynie ogród był przestronny i starannie utrzymany.
- Utrzymanie takiego dużego ogrodu wymaga chyba wiele pracy - poÄ�ďż˝Ă�­wiedziałem, rozglądając się dokoła.
- Tak pan myśli?
- Dawniej pracowałem dorywczo w firmie, która kosiła trawniki - odÄ�ďż˝Ă�­parłem.
- Tak? - powiedziała dziewczyna głosem niewyrażającym wielkiego zaÄ�ďż˝Ă�­interesowania.
- Zawsze jesteś sama? - zapytałem.
- Koło południa tak. Jestem tu zawsze sama. Rano i późnym popołuÄ�ďż˝Ă�­dniem przychodzi kobieta do pomocy, a poza tym jestem zawsze sama. Nie napiłby się pan czegoś zimnego? Mam piwo.
- Nie, dziękujÄ�ďż˝Ä�żË�.
- Naprawdę. Proszę się nie krępować. Potrząsnąłem głową. - Nie chodzisz do szkoły?
- A pan nie chodzi do pracy?
- Nie mam pracy, do której mógłbym pójść.
- Jest pan bezrobotny?
- W zasadzie tak. Niedawno rzuciłem pracę.
- A gdzie pan pracował?
- Byłem kimś w rodzaju chłopca na posyłki u adwokata - powiedziałem. - Chodziłem do różnych biur i urzędów, kompletowałem dokumenty, poÄ�ďż˝Ă�­rządkowałem dane, sprawdzałem prawne precedensy, załatwiałem formalÄ�ďż˝Ă�­ności sądowe, tego typu rzeczy.
- Ale rzucił pan pracę?
- Tak.
- A pana żona pracuje?
- Pracuje - odpowiedziałem.
Gołąb, który jeszcze przed chwilą gruchał na dachu domu naprzeciwÄ�ďż˝Ă�­ko, teraz gdzieś znikł. Nagle zorientowałem się, że otacza mnie głęboÄ�ďż˝Ă�­ka cisza.
- Koty zawsze przechodzą tamtędy - dziewczyna wskazała przeciwną stronę trawnika. - Widzi pan spalarkę do śmieci po drugiej stronie płotu Takitanich? Pojawiają się koło niej, przecinają trawnik, przełażą pod furtką i idą do ogrodu po drugiej stronie. Zawsze chodzą tą samą trasą. Wie pan, że pan Takitani jest słynnym ilustratorem. Tony Takitani. Słyszał pan o nim?
- Tony Takitani?
Dziewczyna opowiedziała mi o Tonym Takitanim. O tym, że Tony TakiÄ�ďż˝Ă�­tani to jego prawdziwe imię i nazwisko. Że specjalizuje się w bardzo precyÄ�ďż˝Ă�­zyjnych ilustracjach mechanizmów, że niedawno stracił żonę w wypadku samochodowym i sam mieszka w tym dużym domu. Prawie nie wychodzi i nie zadaje się z nikim z sąsiedztwa.
- Nie jest złym człowiekiem - powiedziała dziewczyna. - Chociaż właśÄ�ďż˝Ă�­ciwie nigdy z nim nie rozmawiałam.
Dziewczyna zsunęła na czoło okulary przeciwsłoneczne, zmrużywszy oczy rozejrzała się dokoła, a potem znowu włożyła okulary i wypuściła ustami dym. Kiedy odsłoniła oczy, obok lewego ukazała się około dwucentymet-rowa rana. Była tak głęboka, że pewnie zostanie jej blizna na całe życie. Na pewno nosiła ciemne okulary, aby ukryć tę ranę. Jej rysy nie odznaczały się szczególną pięknością, ale twarz zwracała uwagę. Być może przyciągały żywe oczy i nietypowy kształt warg.
- A słyszał pan o Miyawakich?
- Nie słyszałem - odparłem.
- Mieszkali w tym pustym domu. Byli tak zwanymi porządnymi ludźmi. Mieli dwie córki. Obie chodziły do znanych prywatnych liceów dla dziewÄ�ďż˝Ă�­cząt. Ojciec prowadził dwie czy trzy restauracje.
- I dlaczego już tu nie mieszkają?
Dziewczyna wydęła lekko wargi, jakby mówiąc Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�któż to może wiedzieć"?
- Może mieli długi. Pewnej nocy zniknęli w wielkim pośpiechu. To chyba było jakiś rok temu. Chwasty rosną jak szalone, koty się mnożą, nie jest tam bezpiecznie.'Moja matka zawsze na to narzeka.
- Tak dużo tam kotów?
Dziewczyna spojrzała na niebo, nie wyjmując z ust papierosa. - Są różne koty. Jest jeden wyleniały, jeden jednooki... stracił oko i to miejsce wypełniło się jakby żywym mięsem. Niesamowite, prawda?
Przytaknąłem.
- W mojej rodzinie jest osoba, która ma sześć palców. To dziewczyna, trochę starsza ode mnie. Obok małego palca ma drugi malutki, jakby nieÄ�ďż˝Ă�­mowlęcy, ale zawsze go zręcznie podgina i trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby zauważyć. Jest bardzo ładna.
- Coś podobnego.
- Myśli pan, że to może być dziedziczne? Jak to się mówi? Że to jest
w genach?
Powiedziałem, że nie znam się na dziedziczności. Dziewczyna milczała przez dłuższą chwilę. Ja ssałem dropsa i wpatrywałem się w drogę, którą ponoć chodziły koty. Do tej pory żaden się nie pokazał.
- Naprawdę nie ma pan ochoty na nic do picia? Ja się napiję coli
- oznajmiła.
Odpowiedziałem, że nic nie chcę. Dziewczyna wstała z leżaka i lekko powłócząc nogą, zniknęła wśród drzew, a ja podniosłem z ziemi czasopismo i przerzuciłem kilka stron. Ze zdziwieniem odkryłem, że jest to miesięcznik dla mężczyzn. Na rozkładówce było zdjĂ�ďż˝cie dziewczyny siedzącej na stołku w nienaturalnej pozie z szeroko rozchylonymi nogami. Przez cienką bieliznę widać było włosy łonowe i zarys warg sromowych. O, rany! - pomyślałem, odłożyłem pismo na miejsce, założyłem ręce na piersi i znów skierowałem wzrok na kocią drogę.
Dziewczyna wróciła po dość długim czasie ze szklanką coli w dłoni. Było gorące popołudnie. Kiedy tak siedziałem na leżaku wystawiony na słońÄ�ďż˝Ă�­ce, głowę wypełniła mi pustka i myślenie stało się bardzo nużące.
- Co by pan zrobił, gdyby się pan dowiedział, że dziewczyna, którą pan pokochał, ma sześć palców? - kontynuowała poprzednią rozmowę.
- Sprzedałbym ją do cyrku - powiedziałem.
- Naprawdę?
- Nie. Żartowałem - odparłem ze śmiechem. - Chyba bym się tym nie
przejmował.
- Nawet jeżeli pana dzieci mogłyby to odziedziczyć?
Zastanawiałem się przez chwilę. - Nie przejmowałbym się. Dodatkowy palec nie stanowi specjalnej przeszkody.
- A gdyby miaia cztery piersi?
Nad tym też się przez chwilę zastanawiałem. - Nie wiem - powiedziaÄ�ďż˝Ă�­łem. Cztery piersi? Wyglądało na to, że ta rozmowa może się ciągnąć bez końca, więc spróbowałem zmienić temat. - Ile masz lat?
- Szesnaście - odrzekła. - Niedawno skończyłam szesnaście. Jestem w pierwszej klasie liceum.
- I od dawna nie chodzisz do szkoły?
- Jeśli długo chodzę, zaczyna mnie boleć noga. Mam też, niestety, ranę koło oka. W szkole robią zawsze dużo szumu i gdyby się dowiedzieli, że spadłam z motocykla i się poharatałam, byłoby gadanie... no i dlatego nie uczęszczam na zajęcia z powodu choroby. Przerwanie na rok nauki to przeÄ�ďż˝Ă�­cież nic wielkiego. Nie zaleÄšźy mi specjalnie na tym, żeby się szybko znaleźć w drugiej klasie.
- Coś podobnego - zdziwiłem się.
- Ale wracając do poprzedniej rozmowy, powiedział pan, że ożeniłby się z dziewczyną o sześciu palcach, a nie chciałby pan dziewczyny z czterema piersiami.
- Nie powiedziałem, że nie chciałbym. Powiedziałem, że nie wiem.
- Dlaczego pan nie wie?
- Bo nie potrafię sobie tego wyobrazić.
- Ale potrafi pan sobie wyobrazić sześć palców?
- Jakoś potrafię.
- Ciekawe, w czym tkwi różnica między sześcioma palcami a czterema piersiami.
Zastanowiłem się nad tym, ale nie przyszło mi do głowy żadne dobre wyjaśnienie.
- Czy ja zadaję za dużo pytań?
- Ludzie ci to mówią?
- Czasami.
Skierowałem wzrok na kocią drogę. Co ja właściwie tutaj robię, pomyśÄ�ďż˝Ă�­lałem. Przecież nie widziałem jeszcze ani jednego kota. Z rękami założoÄ�ďż˝Ă�­nymi na piersiach przymknąłem oczy na dwadzieścia, a może trzydzieÄ�ďż˝Ă�­ści sekund. Kiedy tak siedziałem bez ruchu, czułem, że pocą mi się różne części ciała. Oblewający mnie blask słońca zdawał się dziwnie ciężki. DziewÄ�ďż˝Ă�­czyna potrząsnęła szklanką i lód zadźwięczał jak owczy dzwonek.
- Jeśli jest pan śpiący, proszę się przespać. Obudzę pana, jeżeli jakiś kot się pokaże - powiedziała cicho.
Skinąłem w milczeniu głową, nie otwierając oczu. Nie było wiatru i woÄ�ďż˝Ă�­koło panowała zupełna cisza. Gołąb musiał odlecieć gdzieś daleko. PomyśÄ�ďż˝Ă�­lałem o kobiecie, która do mnie dzwoniła. Czyżbym ja ją naprawdę znał? Nie rozpoznałem ani jej głosu, ani sposobu mówienia. Jednak ona mnie zna. To jakby scena z obrazu De Chirico - cień kobiety ściele się na drodze i rozciąga aż ku mnie, lecz rzeczywista kobieta znajduje się daleko poza obszarem świadomości. Obok mego ucha dalej dzwonił dzwonek.
- Usnął pan? - spytała dziewczyna, tak cicho, że nie byłem pewien, czy naprawdę ją usłyszałem.
- Nie, nie śpię.
- Czy mogę się trochę przysunąć? Łatwiej mi mówić ciszej.
- ProszÄ�ďż˝Ä�żË� bardzo - powiedziałem, nie otwierając oczu.
Dziewczyna przesunęła swój leżak do mojego. Rozległ się suchy dźwięk drewna uderzającego o drewno. To dziwne, pomyślałem. Głos dziewczyny słyszany z otwartymi oczami wydawał się zupełnie różny od tego słyszanego
z zamkniętymi oczami.
- Czy mogę coś powiedzieć? - zapytała. - Będę mówiła bardzo cicho, nie musi pan odpowiadać i może się pan zdrzemnąć.
- Proszę bardzo.
- Śmierć jest wspaniała, prawda?
Mówiła tuż przy moim uchu i zdawało się, że słowa te przeniknęły mnie wraz z ciepłym, wilgotnym oddechem. - Dlaczego? - zapytałem.
Dziewczyna położyła palec na moich wargach, jakby nakazując im milÄ�ďż˝Ă�­czenie. - Proszę o nic nie pytać - powiedziała. - I proszę nie otwierać
oczu. Zgoda?
Przytaknąłem tak lekko, jak lekki był jej szept. Palec przesunął się z moÄ�ďż˝Ă�­ich warg na nadgarstek.
- Chciałabym przeciąć ją skalpelem i zajrzeć do środka. Nie chodzi mi o zwłoki, a o coś w rodzaju Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�grudki śmierci". Wydaje mi się, że gdzieś musi być coś takiego. Coś okrągłego o znieczulonych nerwach, miękkiego jak piłka do softballu. Chciałabym to wyjąć z ciała zmarłego, rozciąć i zajrzeć do środka. Zawsze się zastanawiam, jak coś takiego może w środku wyÄ�ďż˝Ă�­glądać. Myślę, że musi tam być coś wyschniętego i stwardniałego, jak pasta do zębów zaschnięta w tubce. Nie sądzi pan? Nie, nie musi pan odpowiadać. Na zewnątrz jest miękkie i sflaczałe, a im bliżej środka, tym twardsze.
Dlatego najpierw rozcinam górną warstwę, docieram do tej miękkiej części i oddzielam ją za pomocą czegoś w rodzaju skalpela i szpatułki. I gdy posuwam się dalej w głąb, ta miękkość staje się coraz twardsza, aż w końcu dochodzę do czegoś przypominającego małe jądro. Jest malutkie jak kuleczÄ�ďż˝Ă�­ka w łożysku kulkowym i strasznie twarde. Nie sądzi pan? - Dziewczyna lekko zakaszlała. - Ostatnio ciągle o tym myślę. Na pewno dlatego, że mam tyle czasu. Kiedy nie ma się nic do roboty, myśli stopniowo płyną coraz dalej i dalej. A gdy pójdą za daleko, trudno za nimi nadążyć. - Zdjęła palec z mojego nadgarstka, wzięła do ręki szklankę i wypiła do końca coca-colę. Po dźwięku lodu poznałem, że szklanka jest pusta.
- Będę bardzo uważała na kota, proszę się nie martwić. Powiem panu, gdy tylko Noboru Wataya się pokaże. Więc niech pan zamknie oczy. Noboru Wataya na pewno jest teraz gdzieś w okolicy. Na pewno zaraz się pojawi. Noboru Wataya idzie wśród traw, przechodzi pod płotami, zatrzymuje się co pewien czas, by powąchać kwiaty, i powoli się tutaj zbliża. Niech go pan sobie wyobrazi.
Jednak mnie udało się wyobrazić sobie tylko coś, co było jedynie wizeÄ�ďż˝Ă�­runkiem kota. Strasznie niewyraźnym, jak prześwietlone zdjęcie. Promienie słońca przenikały przez moje powieki i burzyły wewnętrzną ciemność, a do tego, choć strasznie się starałem, nie potrafiłem sobie dokładnie przypoÄ�ďż˝Ă�­mnieć, jak kot wyglądał. Kot, którego pamiętałem, był nienaturalny i przeÄ�ďż˝Ă�­rysowany, jak nieudany portret. Zgadzają się jedynie cechy charakterysÄ�ďż˝Ă�­tyczne, ale całość jest wybrakowana. Nie mogłem sobie nawet przypomnieć, jak chodził.
Dziewczyna znów przytknęła palec do mego nadgarstka i narysowała nim jakiś dziwny, nieokreślony kształt. Jakby w odpowiedzi na to moja świadomość pogrążyła się w innej, dotąd nieznanej ciemności. Pomyślałem, że prawdopodobnie zasypiam. Nie chciałem spać, lecz nie mogłem się poÄ�ďż˝Ă�­wstrzymać. Moje siedzące na leżaku ciało zdawało się ogromnie ciężkie i martwe, cudze. W tej ciemności przypomniałem sobie cztery nogi Noboru Watai, cztery ciche, brązowe łapki z miękkimi, jakby gumowymi poduszecz-kami. Bezszelestnie szły gdzieś po ziemi. Ale gdzie?
Wystarczy dziesięć minut, powiedziała ta kobieta przez telefon. Nie, odparłem ja, bywa, że dziesięć minut to nie dziesięć minut. Czasami się wydłuża, a czasami skraca. Wiem coś o tym.
Gdy się obudziłem, byłem sam. Leżak dziewczyny przysunięty bliziutko do mego stał pusty. Ręcznik, papierosy i czasopisma dalej tam leżały, lecz zniknęła szklanka i radio. Słońce lekko pochyliło się ku zachodowi, cienie gałęzi dębu sięgały moich kolan. Zegarek wskazywał piętnaście po czwartej. Uniosłem się na poręczach leżaka i rozejrzałem wokoło. Rozległy trawnik, wyschnięty stawik, żywopłot, kamienny posąg ptaka, nawłoć, antena teleÄ�ďż˝Ă�­wizyjna. Ani śladu kota. Usiadłem znów na leżaku, spojrzałem na kocią drogę i czekałem na powrót dziewczyny. Po dziesięciu minutach ani kot, ani ona się nie pojawili. Wszystko wokół trwało w bezruchu. Zdawało mi się, że podczas snu strasznie się postarzałem.
Wstałem i spojrzałem na dom. Nie było żywego ducha. Tylko wykuszowe okno oświetlone zachodzącym słońcem lśniło oślepiającym blaskiem. ZreÄ�ďż˝Ă�­zygnowałem, przeszedłem przez trawnik, wyszedłem na uliczkę i wróciłem do domu. Nie znalazłem co prawda kota, ale przynajmniej go poszukałem.

H. Murakami, Kronika Ptaka Nakręcacza, Muza 2007, s. 9-27.