wtorek, 7 lipca 2009

Auteczko


Nie znajdziecie poniżej ani słowa krytycznego pod adresem autora książki Auteczko - Bohumila Hrabala, jako że czytuję i lubię go od kilku lat i niczego złego się dotychczas w jego prozie nie dopatrzyłam. Za to dobrego... całe mnóstwo. Specyficzny, żywy i plastyczny język, czasami czeska jowialność, pijackie zwierzenia w drodze od knajpy do knajpy, bohaterowie zapadający w pamięć, jakieś ciepło bijące ze stron powieści, dowcip, przekora, autoironia - za to wszystko Hrabala cenię.

A Auteczko to książka opowiadająca o wielkiej miłości Hrabala do kotów.
W swojej wiejskiej posiadłości pod Pragą, w której zajmował się pisaniem, miał zawsze co najmniej kilku przyjaciół na czterech łapach, a zdarzało się, że i kilkunastu. W sposób rozczulający autor opisuje swoje zmagania z ulubieńcami, którzy wcale nie są pokornymi kociakami. Wręcz przeciwnie - każdy ma swój charakterek, swoje upodobania, swoje widzimisię. I każdego Hrabal lubi na swój sposób, niektóre wyróżniając szczególnie.
No tak, tylko że wśród tych kotów są i kotki. A jak są kotki, znaczy będą kocięta. I to w dużych ilościach. Wtedy żona Hrabala chodzi ze zmartwioną miną i powtarza "co my zrobimy z tyloma kotami", a Hrabal jest jeszcze bardziej zmartwiony, bo już wie - od momentu kiedy zobaczył te maleństwa o tym wiedział - że trzeba będzie się pozbyć tego nadmiaru kociaków. I wie też doskonale, że gdy już to zrobi, zwierzaczki będą mu się śniły po nocach przez długi czas.

Taka to właśnie opowiastka o kocim przywiązaniu, o ludzkich dramatach, o konieczności wyboru, o tym, że każde istnienie jest tak samo ważne. Napisana przy tym w taki sposób, że można i śmiać się, i wzruszyć.

Książka poprzedzona jest prologiem, w którym autor odpowiada na pytania o to np. którą ze swoich książek lubi najbardziej, czy czasem śmieje się z tego, co napisze, co robi, gdy nie idzie mu pisanie itp. Dla wszystkich lubicieli Hrabala - a więc i dla mnie - to ciekawe ciekawostki.

Podsumowując - bardzo bardzo bardzo mi się podobało. Lektura obowiązkowa dla wszystkich właścicieli kotów :).

I jeszcze fragment oddający troszkę klimat książki:
Kiedy przyjeżdżałem autobusem i brnąłem przez śniego, widziałem z dróżki pod pewnym katem taras, otwarty prostokąt pod podłogą altanki, gdzie podnosiły się kocie uszka, a potem wybiegały koty. Widziałem ich łapki, jak zbiegają po drewnianych schodach, jak biegną mi naprzeciw, jak się do mnie łaszą... Zawsze brałem jedno po drugim na ręce i calowałem je pod szyją, a one przytułały się do mnie. (...) A potem pisałem te swoje teksty, maszyna stukała, musiałem się spieszyć, nigdy nie miałem czasu, żeby dbać o stylistyczną poprawność tekstu, musiałem pisać szybko, żeby móc poświęcić się kotom...

sobota, 4 lipca 2009

Tabu


Aby mój mały Wojtuś dobrze się rozwijał w brzuszku, muszę teraz dużo się ruszać - oczywiście na miarę swoich możliwości. Ponieważ sportsmenka ze mnie żadna, mój ruch ograniczam do jakiejś tam mizernej gimnastyki przy muzyce i do długich spacerów po parku Morskie Oko lub Łazienkach.
I na te spacery zabieram ze sobą książki, zwykle wydrukowane na tzw. papierze dmuchanym, czyli eccobooku, co by było lżej. I najlepiej w formacie kieszonkowym. Zazwyczaj do parku wędrują ze mną dwie-trzy pozycje, bo przecież dobór lektury na dany moment zależy od tak wielu czynników... ;) Zwłaszcza jak się jest ciężarówką i miewa się zmienne nastroje.

Ale dość tych przydługich wstępów - do rzeczy. Ostatnio zabrałam ze sobą tylko jedną powieść - Tabu Kingi Dunin. Autorkę znam głównie z felietonów w Wysokich Obcasach (które swego czasu czytywałam, aby pewnego dnia dojść do wniosku, że wolę chodzić w płaskich butach) i z jej feministycznej działalności, jeśli można to tak określić.
A książkę kupiłam bynajmniej nie ze skłonności ku feminizmowi, ale z powodu korzystnej ceny w Taniej Książce - całe 4,50 zł!
Marta, licealistka, mieszka ze swoimi zakręconymi rodzicami i bratem. Ojciec, filozof i wegetarianin, próbuje odnaleźć się po stracie pracy i nieudolnie przejmuje rolę kury domowej. Matka rozwija skrzydła kariery. Brat Marty, Józio (notabene najsympatyczniejszy bohater książki), z zapałem chodzi na lekcje religii i przygotowuje się do I komunii św., choć nikt z rodziny nie raczył go uświadomić, że nawet nie jest ochrzczony.
Z kolei sama Marta czas po szkole spędza, korespondując ze swoim bliskim kuzynem z innego miasta, Markiem (o ich krewniactwie dowiadujemy się później). I są to listy jak najbardziej miłosne. Jak się rozwinie ich znajomość i co z tego wyniknie?
To książka napisana dość ciekawie, aczkolwiek przewidywalnie. Co mnie denerwowało, to liczne wtręty filozoficzne ojca, który w codziennych rozmowach z rodziną ciągle odwoływał się do Kanta, Kartezjusza i roztrząsał kwestie religii i światopoglądu, a nie potrafił zauważyć najbardziej oczywistych rzeczy czy rozwiązać najprostszych problemów.
Można powiedzieć, że Kinga Dunin stworzyła powieść o dziwnej rodzinie, takiej, jakich w dzisiejszych czasach nie brakuje. Brak porozumienia, mijanie się, obojętność, nieumiejętność okazywania uczuć, okłamywanie się to chleb powszedni bohaterów książki Tabu. I może właśnie to autorka chciała nam przekazać - że w rodzinie nie powinno być tematów tabu, że trzeba umieć ze sobą rozmawiać, a już zwłaszcza rozmawiać z własnymi dziećmi.

Ogólnie, książkę oceniam na trzy z plusem, właściwie czytałam ją z braku innej lektury, po to, aby ją jak najszybciej skończyć.