poniedziałek, 7 grudnia 2009

Wojtuś

JUŻ JEST NA ŚWIECIE. Śpi sobie słodko na sofie obok mnie, a ja nie mogę oderwać od niego wzroku. I choć jeszcze w ciąży próbowałam go sobie wyobrażać, to w moich marzeniach nie wymyśliłam go tak cudnego, tak kochanego, tak MOJEGO.

MÓJ SYN. Tak absorbujący, że potrzeba niewyczerpanej cierpliwości, aby się nim opiekować. Cierpliwości, którą ma tylko matka. Przekonuję się o tym codziennie. Mogę bez końca karmić go, tulić go w ramionach, rozmawiać z nim i zmieniać mu pieluszki.
A Wojtuś jest taki bezgranicznie bezradny, bezbronny i zdany na nas, że to aż rozczulające. I już wiem, że będę go rozpieszczać i okazywać mu na każdym kroku, jaki jest wyjątkowy. Bo jest taki malutki, bo tak się na niego naczekałam. bo tak ślicznie się uśmiecha przez sen, gdy głaszczę go po główce, bo jest taki wymarzony, wyśniony.

I co z tego, że nie przeczytałam jeszcze nowej książki Olgi Tokarczuk. Co z tego, że nie mogę po prostu wyjść na spacer. Co z tego, że czasem przez cały dzień zapominam się uczesać. Te wszystkie rzeczy przestają mieć znaczenie, gdy patrzę na tę słodką buźkę :)

wtorek, 13 października 2009

O baby bluesie i innych myślach w mojej głowie

Coraz bardziej szary robi się świat, wiatr złowrogo huczy za oknem, a po szybach spływają zawijasami krople deszczu. Jesień jednym słowem. Po uporaniu się z pracami zleconymi, krytycznymi bólami kręgosłupa i zaliczeniu szkoły rodzenia wchodzę w październik z dodatkowymi dwunastoma kilogramami tu i ówdzie i dużą ilością wolnego czasu. To już ostatnie tygodnie wolności, jakie mi zostały. Spędzam je na słuchaniu rewelacyjnej płyty Kings of Leon (dziękuję, Trójkowiczko moja kochana!), czytam Patyki i patyczki księdza Twardowskiego, leniuchuję, ile się da, i urządzam sobie z mężem romantyczne wieczory jeszcze we dwoje. I oczywiście pod wpływem coraz większej adrenaliny przygotowuję wszystko drobiazgowo na pojawienie się Maleństwa. Niecałe trzy kilo, a tyle zamieszania. Mieszkanie zmienia się nie do poznania, pojawia się w nim mnóstwo różnych dziwnych przedmiotów. W mojej głowie też dokonuje się rewolucja, gdy uświadamiam sobie, że to tuż-tuż. Czeka mnie jeden z najważniejszych sprawdzianów w życiu. I choć z Wojtusiem jesteśmy już dobrymi kumplami, rozmawiamy sobie codziennie i potrafimy się nieźle porozumieć systemem pukania i kopania, to jednak nachodzą mnie czasem dziwne myśli. Boję się porodu, boję się baby bluesa (czyli tzw. depresji poporodowej). Przeraża mnie odpowiedzialność za tę malutką istotkę. Będzie się działo, oj, będzie się działo. Trzymajcie za mnie kciuki.

poniedziałek, 12 października 2009

Dni Otwarte w Trójce

Kolejka pod radiem około 12.30

Jedno ze studiów przy Myśliwieckiej 3/5/7

Studio Piotra Kaczkowskiego

Pamiątkowa tablica Przy mikrofonie


Dziewiąty miesiąc dziewiątym miesiącem, ale przecież takiego wydarzenia nie mogłam sobie odpuścić. Tuż po godzinie 10 ustawiliśmy się z mężem w kolejce przed budynkiem, która jeszcze wtedy nie była zbyt długa. Dość szybko udało nam się dostać do korytarza radiowego, a tam już się działo. Z głośników nadawano archiwalne audycje, gości witała pani Magda Jethon, a przy stolikach pogawędzić można było z Wojciechem Mannem (rzeczywiście, zgodnie z tym co wcześniej słyszałam, nie należy do osób zbyt wylewnych i ciepłych), Piotrem Stelmachem (wielkie pozdrowienia dla niego - przeeeemiły redaktor, który potrafi w minutę zyskać sympatię drugiej osoby, bardzo fajnie nam się rozmawiało, gdy zaczepił nas na trójkowym korytarzu z pytaniem o dzidziusia), Marcinem Łukawskim i Krystianem Hanke (dwa przystojniaki non stop uśmiechnięci), Mają Borkowską i Beatą Michniewicz (która wcale nie wyglądała tak groźnie, jak słychać na antenie), Hirkiem Wroną, Dariuszem Rosiakiem, Dariuszem Bugalskim, Michałem Nogasiem, Michałem Olszańskim i wieloma innymi redaktorami, którzy kręcili się po korytarzach. W ramach szybkiej wycieczki zwiedziliśmy studia, w których są nagrywane poszczególne audycje. Miałam okazję przechodzić obok pokoju, z którego nadaje pan Piotr Kaczkowski (co zapewne szczególnie zainteresuje Trójkowiczkę). Oprowadzający nas Adam Sobieraj potwierdził, że redaktor choruje i nie wiadomo, jak to będzie :(((

Podsumowując - wspaniała wyprawa, po której chce się słuchać Trójki jeszcze więcej i więcej.

wtorek, 8 września 2009

13 bajek z królestwa Lailonii


13 bajek z królestwa Lailonii Leszka Kołakowskiego to zbiorek dla - jak mówi podtytuł - dużych i małych. Czytam je więc na głos, łącząc przyjemną lekturę dla siebie z bajkami w sam raz dla maluszka mieszkającego w moim brzuchu (tak naprawdę czytam mu też inne, dużo mniej odpowiednie dla dzieci książki, bo - powiedzmy sobie szczerze - jest mu wszystko jedno, co słyszy, byle by to był głos mamy).
Te bajki towarzyszą mi już od ładnych paru lat, wracam do nich regularnie, ponieważ mają jakiś charakterystyczny urok, niepowtarzalny humor i po prostu są fajne. Aż kipi w nich od ironii i absurdu, a takie zabiegi są dla mnie jak lep na muchy.
Bajki mają charakter uniwersalnych przypowiastek, w których możemy doszukiwać się odniesień do różnych dziedzin ludzkiej działalności: polityki, filozofii, czy po prostu życia i naszych słabości, ułomności.

Tę książeczkę, napisaną przez wielkiego filozofa, polecam nie tylko miłośnikom filozofii, ale tym wszystkim, którzy lubią się śmiać podczas lektury i chcą mądrze spędzić czas na poły na wesoło, na poły poważnie.

czwartek, 20 sierpnia 2009

O zmamusieniu

No i stało się. Zmamusiałam. A jeszcze kilka miesięcy temu zarzekałam się i obiecywałam sobie, że nie dam się stłamsić tej małej istotce, która we mnie rośnie. Nic z tego. Z momentem, kiedy po raz pierwszy poczułam delikatne oznaki życia w postaci kopniaków, zupełnie zawładnęła mną myśl o tym, że już nic nie jest ważne oprócz tej kruszynki. Co innego nosić pod sercem kilkucentymetrową fasolkę, co to niby jest, ale jakoś tak wirtualnie, a co innego czuć codziennie fikołki i inne gimnastyczne wyczyny kogoś całkiem namacalnego, kto wygląda już jak mały człowiek, kto słyszy, błyskawicznie interpretuje nastroje mamy i miewa sny. I nim się zorientowałam, zaczęłam z tym moim brzuszkiem rozmawiać, śmiać się do niego, głaskać go przy każdej okazji. Zawsze denerwował mnie widok ciężarnych dotykających bez przerwy swoje brzuchy. A teraz już wiem, że to nic innego jak kosmicznie silny instynkt, który z pierwszymi ruchami mojego Wojtka zaczął mi się dosłownie wylewać uszami. I potrafię spędzać godziny na "zabawie" z moim synkiem, który z całych sił próbuje się ze mną skomunikować. Jednym słowem, rozpieszczam go już teraz.
Oczywiście, nie ominął nas z mężem również szał na zakupy ciuszkowo-zabawkowo-łożeczkowo-wózkowe. Kupowanie słodkich, koniecznie bawełnianych ubranek w rozmiarze 56, wybór idealnego łóżeczka, pościeli - to wszystko obowiązkowe rytuały poprzedzające pojawienie się maluszka. Obowiązkowe w tym sensie, że stanowią jakby etap przygotowujący do faktu, że już wkrótce będzie ktoś jeszcze. Wraz z pojawieniem się w mieszkaniu tych wszystkich tycich rzeczy mamy w końcu namacalne dowody, że coś się zmienia. Jest to ważne szczególnie dla mężczyzn, którzy pozbawieni są naturalnych bodźców.

I tak to jest. Czytam ostatnio głównie gazety i poradniki o instrukcji obsługi noworodka, jak na skrzydłach lecę do naszej fantastycznej szkoły rodzenia (oczywiście z mężem u boku), szukam dla naszej trójki większego samochodu i każdego dnia zmagam się z dylematami, czy kupić wanienkę w komplecie z przewijakiem, czy osobno, oraz jaką matę edukacyjną wybrać.

No cóż, my, kobiety, jesteśmy widać tak skonstruowane, że wraz z ujrzeniem dwóch magicznych kresek niejako automatycznie zapala się w nas lampka "macierzyństwo" i nie gaśnie przez długie, długie lata.

wtorek, 7 lipca 2009

Auteczko


Nie znajdziecie poniżej ani słowa krytycznego pod adresem autora książki Auteczko - Bohumila Hrabala, jako że czytuję i lubię go od kilku lat i niczego złego się dotychczas w jego prozie nie dopatrzyłam. Za to dobrego... całe mnóstwo. Specyficzny, żywy i plastyczny język, czasami czeska jowialność, pijackie zwierzenia w drodze od knajpy do knajpy, bohaterowie zapadający w pamięć, jakieś ciepło bijące ze stron powieści, dowcip, przekora, autoironia - za to wszystko Hrabala cenię.

A Auteczko to książka opowiadająca o wielkiej miłości Hrabala do kotów.
W swojej wiejskiej posiadłości pod Pragą, w której zajmował się pisaniem, miał zawsze co najmniej kilku przyjaciół na czterech łapach, a zdarzało się, że i kilkunastu. W sposób rozczulający autor opisuje swoje zmagania z ulubieńcami, którzy wcale nie są pokornymi kociakami. Wręcz przeciwnie - każdy ma swój charakterek, swoje upodobania, swoje widzimisię. I każdego Hrabal lubi na swój sposób, niektóre wyróżniając szczególnie.
No tak, tylko że wśród tych kotów są i kotki. A jak są kotki, znaczy będą kocięta. I to w dużych ilościach. Wtedy żona Hrabala chodzi ze zmartwioną miną i powtarza "co my zrobimy z tyloma kotami", a Hrabal jest jeszcze bardziej zmartwiony, bo już wie - od momentu kiedy zobaczył te maleństwa o tym wiedział - że trzeba będzie się pozbyć tego nadmiaru kociaków. I wie też doskonale, że gdy już to zrobi, zwierzaczki będą mu się śniły po nocach przez długi czas.

Taka to właśnie opowiastka o kocim przywiązaniu, o ludzkich dramatach, o konieczności wyboru, o tym, że każde istnienie jest tak samo ważne. Napisana przy tym w taki sposób, że można i śmiać się, i wzruszyć.

Książka poprzedzona jest prologiem, w którym autor odpowiada na pytania o to np. którą ze swoich książek lubi najbardziej, czy czasem śmieje się z tego, co napisze, co robi, gdy nie idzie mu pisanie itp. Dla wszystkich lubicieli Hrabala - a więc i dla mnie - to ciekawe ciekawostki.

Podsumowując - bardzo bardzo bardzo mi się podobało. Lektura obowiązkowa dla wszystkich właścicieli kotów :).

I jeszcze fragment oddający troszkę klimat książki:
Kiedy przyjeżdżałem autobusem i brnąłem przez śniego, widziałem z dróżki pod pewnym katem taras, otwarty prostokąt pod podłogą altanki, gdzie podnosiły się kocie uszka, a potem wybiegały koty. Widziałem ich łapki, jak zbiegają po drewnianych schodach, jak biegną mi naprzeciw, jak się do mnie łaszą... Zawsze brałem jedno po drugim na ręce i calowałem je pod szyją, a one przytułały się do mnie. (...) A potem pisałem te swoje teksty, maszyna stukała, musiałem się spieszyć, nigdy nie miałem czasu, żeby dbać o stylistyczną poprawność tekstu, musiałem pisać szybko, żeby móc poświęcić się kotom...

sobota, 4 lipca 2009

Tabu


Aby mój mały Wojtuś dobrze się rozwijał w brzuszku, muszę teraz dużo się ruszać - oczywiście na miarę swoich możliwości. Ponieważ sportsmenka ze mnie żadna, mój ruch ograniczam do jakiejś tam mizernej gimnastyki przy muzyce i do długich spacerów po parku Morskie Oko lub Łazienkach.
I na te spacery zabieram ze sobą książki, zwykle wydrukowane na tzw. papierze dmuchanym, czyli eccobooku, co by było lżej. I najlepiej w formacie kieszonkowym. Zazwyczaj do parku wędrują ze mną dwie-trzy pozycje, bo przecież dobór lektury na dany moment zależy od tak wielu czynników... ;) Zwłaszcza jak się jest ciężarówką i miewa się zmienne nastroje.

Ale dość tych przydługich wstępów - do rzeczy. Ostatnio zabrałam ze sobą tylko jedną powieść - Tabu Kingi Dunin. Autorkę znam głównie z felietonów w Wysokich Obcasach (które swego czasu czytywałam, aby pewnego dnia dojść do wniosku, że wolę chodzić w płaskich butach) i z jej feministycznej działalności, jeśli można to tak określić.
A książkę kupiłam bynajmniej nie ze skłonności ku feminizmowi, ale z powodu korzystnej ceny w Taniej Książce - całe 4,50 zł!
Marta, licealistka, mieszka ze swoimi zakręconymi rodzicami i bratem. Ojciec, filozof i wegetarianin, próbuje odnaleźć się po stracie pracy i nieudolnie przejmuje rolę kury domowej. Matka rozwija skrzydła kariery. Brat Marty, Józio (notabene najsympatyczniejszy bohater książki), z zapałem chodzi na lekcje religii i przygotowuje się do I komunii św., choć nikt z rodziny nie raczył go uświadomić, że nawet nie jest ochrzczony.
Z kolei sama Marta czas po szkole spędza, korespondując ze swoim bliskim kuzynem z innego miasta, Markiem (o ich krewniactwie dowiadujemy się później). I są to listy jak najbardziej miłosne. Jak się rozwinie ich znajomość i co z tego wyniknie?
To książka napisana dość ciekawie, aczkolwiek przewidywalnie. Co mnie denerwowało, to liczne wtręty filozoficzne ojca, który w codziennych rozmowach z rodziną ciągle odwoływał się do Kanta, Kartezjusza i roztrząsał kwestie religii i światopoglądu, a nie potrafił zauważyć najbardziej oczywistych rzeczy czy rozwiązać najprostszych problemów.
Można powiedzieć, że Kinga Dunin stworzyła powieść o dziwnej rodzinie, takiej, jakich w dzisiejszych czasach nie brakuje. Brak porozumienia, mijanie się, obojętność, nieumiejętność okazywania uczuć, okłamywanie się to chleb powszedni bohaterów książki Tabu. I może właśnie to autorka chciała nam przekazać - że w rodzinie nie powinno być tematów tabu, że trzeba umieć ze sobą rozmawiać, a już zwłaszcza rozmawiać z własnymi dziećmi.

Ogólnie, książkę oceniam na trzy z plusem, właściwie czytałam ją z braku innej lektury, po to, aby ją jak najszybciej skończyć.

wtorek, 30 czerwca 2009

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki


Po lekturze Ciotki Julii i skryby nie oczekiwałam dużo po Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki Mario Vargasa Llosy. Ale ponieważ od kilku miesięcy powieść stała na mojej półce i tak naprawdę miałam ochotę na coś lekkiego w te ciężkie, upalne dni - sięgnęłam po nią... i nie żałuję. Treść przedstawia się mniej więcej tak: nastoletni Ricardo poznaje dziewczynę, którą rzuca na niego urok absolutny, nieprzemijający przez kolejnych pięćdziesiąt lat. Ta dziewczynka, a później kobieta to typowa femme fatale, która niczym modliszka niszczy swojego partnera po każdym kolejnym zbliżeniu. Pojawia się w jego życiu i znika z niego tyleż regularnie, co niespodziewanie, rujnując do szczętu jego ustabilizowane, w gruncie rzeczy nudne życie.
Fabuła powieści jest bardzo przewidywalna i chyba o to autorowi chodziło. Bo przecież wiadomo, że nasz bohater Ricardo tak łatwo nie uwolni się od swojej namiętności, że będzie go ona nawiedzać nieustannie. I możemy mu współczuć, serdecznie żałować, że on - taki grzeczny i kochający - trafił na taką niegrzeczną i bezwględną. A z drugiej strony zazdrościć mu takiej wielkiej miłości, która znosi wszystko, a nawet więcej.

Akcja powieści rozgrywa się początkowo w Peru, później w Paryżu, gdzie przeprowadza się Ricardo. Nie mając tak naprawdę własnego miejsca, mężczyzna wszędzie czuje się obco - Paryż ma dla niego sens tylko wtedy, gdy dzieli go z ukochaną, poza tym nie zauważa jego piękna, zdaje się żyć jak w amoku. Peru staje mu się dalekie - gdy wybiera się do dzielnicy z dzieciństwa, ma ochotę natychmiast stamtąd uciec.
Ricardo jest człowiekiem bez korzeni, bez przyszłości, bez nadziei na spełnienie fatalnej miłości.

Polecam tę książkę wszystkim tym, którzy mają ochotę na coś nieskomplikowanego - można ją zabrać np. na plażę, w podróż pociągiem albo poczytać w senne letnie popołudnie. Jeśli jednak oczekujemy od literatury czegoś więcej niż tkliwego opowiadania o miłości - sięgnijmy po coś innego.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Kielonek


I oto teraz, gdy doczekałam się czasów kiedy mogę do woli czytać czytać czytać, gdy postanowiłam się w literaturze nieśpiesznie rozsmakowywać w przeciwieństwie do bylejakiego czytania w biegu - właśnie teraz w moje ręce wpadają tytuły, które pochłania się jednym tchem, właściwie bez kontroli nad czasem. Po prostu - jak się już zacznie, to jakiś demon czający się w kartkach nie pozwala się od nich oderwać. Trzeba pędzić wzrokiem po kolejnych linijkach i czytanie z jazdy osobowym zmienia się w podróż intercity.

Kolejną taką książką po Balzakianach jest Kielonek Alaina Mabanckou. To książka wydana przez nowo powstałe krakowskie wydawnictwo Karakter, którego założyciele - cała trójka zdobywała wydawnicze szlify w Znaku - zastrzegają "Wydajemy, co się nam podoba". Wśród swoich propozycji mają cztery tytuły: To oślepiające, nieobecne światło Ben Jellouna (książka zaczęta przeze mnie, ale czekająca na półce na czas, kiedy będą już mogła czytać tak przerażające powieści), Dzieci bohaterów Lyonel Trouillot, Fruwającą duszę Yoko Tawady i właśnie Kielonka.
I muszę przyznać, że Karakter mnie zainteresował, zaintrygował, patrzę na to wydawnictwo z nutką zazdrości, że ja też bym tak chciała - wyszukiwać i powoływać do polskiego życia tytuły, które mnie urzekły. Życzę powodzenia wydawnictwu na trudnym rynku wydawniczym.
Ale wracając do Kielonka. Z literaturą pijacką jestem nieco zaznajomiona. Przy okazji pisania pracy magisterskiej o języku Pilchowskich powieści przestudiowałam rozmaite artykuły o literaturze pijackiej, o etosie pijaństwa, o chorobach alkoholowych wielkich twórców. I wierzcie mi, o piciu powstały już naprawdę opasłe tomy.
Jednak książka Mabanckou to prawdziwa perełka. Nie dziwi mnie absolutnie zachwyt krytyków i moich blogowych koleżanek nad tą książką. To książka napisana po mistrzowsku, ze swadą, z zacięciem. A pomysł pominięcia kropek w całości - po prostu genialny. Bo dzięki temu powieść czyta się tak, jak zapewne życzyłby sobie autor - prześlizgując się po tekście w delirycznym drżeniu i zafascynowaniu. Słowotok narratora, tytułowego Kielonka, to właśnie takie pijackie gadanie. Rzecz dzieje się w Republice Konga. Kielonek siedzi całymi dniami w barze "Śmierć kredytom", a jego misją jest spisanie na luźnych kartkach dziejów tej spelunki. A ponieważ Kielonek właściwie nie trzeźwieje, jego pisanina jest właśnie taka gadana, z licznymi wtrąceniami w stylu "no nie?", z takim pleceniem, co ślina na język przyniesie, i licznymi dygresjami. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że to bełkot bez ładu i składu. Wręcz przeciwnie. W opowieściach Kielonka znajdziemy wiele wtrętów i sformułowań świadczących o ogromnej erudycji, o znajomości literatury (nawiązania do Marqueza, Prousta i wielu innych twórców), wiele aluzji i odwołań do symboli kulturowych. Zastosowane chwyty literackie upewniają czytelnika w przekonaniu, że oto ma do czynienia ze świetną literaturą. To język, który skrzy się i migoce, w który wpadamy niczym w otchłań; czytanie staje się dla nas nałogiem. Za tę pasję pisania i żywiołość należą się Mabanckou wyrazy najzwyższego uznania.
Gorąco zachęcam do zapoznania się z książką i całą galerią niezwykłych postaci w niej prezentowanych. Choć to ludzie przegrani, wykiwani przez los, zepchnięci na margines, przepełnieni goryczą i pełni pretensji do świata, zapewniam was, że ich losy nie znudzą was ani przez chwilę, a lekturze będzie towarzyszyć to zaduma, to znów głośny śmiech.
Jak na razie wydawcy Karakteru dotrzymują słowa - jest i niekonwencjonalność, i tajemnica, łamanie tabu i schematów, i odkrywanie nowych terytoriów. Czas spędzony z książką Kielonek to na pewno czas dobrze wykorzystany.

piątek, 5 czerwca 2009

Balzakiana absolutnie obowiązkowe!


Dziś nie mogę uwierzyć, że zastanawiałam się nad tym, czy kupić tę książkę. Ale w końcu wpadła ona w moje chciwe czytelnicze ręce.
I już po kilkunastu przeczytanych stronach wiedziałam, że to będzie jedna z najważniejszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Pochłonęłam ją w jeden dzień i żałowałam, że to było tylko czterysta stron.

Jacek Dehnel to pisarz, poeta, tłumacz starszy ode mnie o rok. Jest znany ze swego nieco ekcentrycznego stylu bycia (frak, cylinder, laseczka), a także z otwartego przyznawania się do bycia gejem. Ale przede wszystkim, co należy pokreślić, zachwyca talentem literackim.

Jakiś czas temu miałam niewątpliwą ucztę czytelniczą podczas lektury Lali. To urokliwa powieść, nieco sentymentalna, wspomnieniowa.
Balzakiana zaś to cztery nowele (minipowieści?), w których Dehnel odwołuje się do Balzaka i jego Komedii ludzkiej po to, aby "zmierzyć się z tym, co ogólnoludzkie, w dekoracjach tego, co specyficznie polskie". I udało się autorowi świetnie. Jak słusznie zauważył Marcin Sendecki w Przekroju", "gdy się mocno natężyć, słychać, jak sam Balzak bije Dehnelowi brawo w zaświatach" (cała recenzja na stronie merlin.pl).
My, Polacy, a może po prostu my, ludzie, możemy przeglądać się w Balzakianach jak w lustrze. Mamy tu bowiem podany jak na tacy cały przekrój naszych wad, niedoskonałości, słabości. Ciasnota umysłu kupców z al. Solidarności, ich pazerność na dobra materialne, pragnienie wzniesienia się na wyższe poziomy warszawskich salonów. Brak autentycznych, szczerych relacji w rodzinie Zarębskich, w której najważniejsze są pieniądze i w której nieszczęsną bogatą ciotkę traktuje się jak worek bez dna, by worek ten przerzucać z miejsca na miejsce, gdy zachoruje. Snobizm biznesmenów Włosów, którzy dorobili się fortuny, ale nie dorobili się ogłady i intelektu. Z jednej strony naiwność, z drugiej zupełna porażka życiowa emerytowanej piosenkarki. Czyli uniwersalny model ludzkich zachowań, który nie zmienił się od czasów Balzaka. Każda z opowieści ilustruje dramat rozgrywany najczęściej wśród osób sobie najbliższych. Pokazuje piekło, jakie można sobie nawzajem urządzić. Wyrachowanie, burza charakterów, zazdrość, pogoń za mamoną, oszustwa, krzywdy, brak wyrozumiałości przewijają się przez Balzakiana, jak mówi autor "pod rozwagę i ku uciesze". Każdy z nas z lektury może wyciągnąć wnioski dla siebie. Czytając tę książkę, nie raz można pokiwać głową nad żałosnym losem jej bohaterów, ale też się nim wzruszyć, a czasem rozbawić. W dodatku autor raczy nas zaskakującym zakończeniem każdej z minipowieści.
Serdecznie zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję. Jest świetnie napisana specyficznym Dehnelowskim językiem. Błyskotliwym, erudycyjnym, a jednocześnie prostym i potoczystym. Czyta się to jednym tchem. Nawet więcej - jak się już zacznie, nie można przestać.
Parafrazując tekst ze skeczu mojego ulubionego kabaretu: "Dehnel powinien więcej pisać i grubiej". Niniejszym zaliczam pana Jacka do mojego prywatnego kanonu autorów obowiązkowych. I trzymam kciuki za Nike dla niego (mimo iż, biję się w piersi, nie znam całej konkurencji).

środa, 3 czerwca 2009

Wieczór z Grzesiem



Oj, rozpieszczam się ostatnio, rozpieszczam.

Czasem tak jest, że na coś długo, długo czekamy. Ja odkąd zamieszkałam przelotnie w Krakowie czekałam na to, aby zza któregoś rogu ulicy wychynął Grześ Turnau. Po migracji do Warszawy z utęsknieniem czekałam na jego koncert w stolicy.

I oto wczoraj, pamiętnego dnia 3 czerwca, ziściło się moje wielkie pragnienie posłuchania krakowskiego barda na żywo. Wieczór sowich piosenek odbył się w Teatrze Syrena.

I cóż, od tego miejsca mogę zacząć pisać nieskładnie i chaotycznie, bo tak naprawdę miałabym do napisania przede wszystkim "och" i "ach" i znów "och" i "ach". Bo taka jestem jeszcze uskrzydlona i zachwycona tymi dwoma godzinami z moim ulubionym artystą.

Grześ (fortepian i śpiew) występował z Robertem Kubiszynem (basista, znany mi już z koncertu Marka Napiórkowskiego), Leszkiem Szczerbą na saksofonie (i klarnecie).
Słuchałam jak urzeczona i jednocześnie dziwiłam się, jak inny wizerunek prezentuje artysta na scenie. Co tu dużo mówić, Turnau wydawał mi się być artystą raczej melancholijnym, poważnym, nawet uwznioślonym. A tymczasem pokazał się jako człowiek niezwykle uroczy, z niesamowitym poczuciem humoru, przytaczającym różne anegdotki związane ze swoim życiem twórczym w sposób tak zabawny, że widownia pękała ze śmiechu. Takiego Grzesia nie znałam. I w takiej wersji polubiłam go jeszcze bardziej.
Bo jest taki krakowski. Bo przemyca do mojej świadomości poezje Tuwima, Gałczyńskiego, Lipskiej, Herberta, Witkiewicza, Brzechwy. Bo często powraca do swoich guru, czyli Marka Grechuty, Kabaretu Starszych Panów. Bo tworzy piękną muzykę, której mogę słuchać bez końca. Bo ma bezbłędny warsztat artystyczny i własny, niepowtarzalny styl. Bo dwa razy wczoraj bisował, po tym, jak oklaskiwaliśmy go na stojąco. Podsumowując, koncert cudny, niesmowite przeżycie, oczywiście pod warunkiem że się Grzesia uwielbia jak ja :).

Czy muszę pisać, że wcale nie miałam ochoty opuszczać sali teatralnej??? Po powrocie do domu zapuściliśmy sobie płytę "Do zobaczenia", aby posłuchać jeszcze raz naszej ulubionej piosenki o wódce w parku.
I taka cała w skowronkach zasnęłam... i śnił mi się Grześ...

poniedziałek, 25 maja 2009

Targi Książki

54. Międzynarodowe Targi Książki już za nami. Odwiedziliśmy je z mężem w sobotę po południu. Ludzi było co niemiara, ale też i atrakcji sporo. Na stoisku Znaku na przykład można było pooglądać maleńkie słodkie myszki - oczywiście od razu chciałam jedną taką zabrać do domu - i wziąć udział w losowaniu 50 książek w konkursie z okazji 50-lecia wydawnictwa. I w Znaku, jak zwykle, mnóstwo świetnych książek, z których połowę chciałam zapakować do plecaka... A wśród nich np. Wyspa klucz Marii Szejnert, nowe wydanie Madame Antoniego Libery, książki ks. Józefa Tischnera, Junota Diaz, Erica Emmanuela-Schmitta, Eduarda Mendozy itp. itd. Ostatecznie w plecaku wylądowało Auteczko Bogumiła Hrabala. Kolejne odwiedzone stoisko to W.A.B., które w tym roku obfituje w nominacje do Nike. Tu kupiłam upatrzone wcześniej Balzakiana Jacka Dehnela i Wyjechali W.G. Sebalda. Ta ostatnia książka będzie dla mnie szczególna, ponieważ była ostatnią książką, jaką przeczytał Kapuściński (można o tym przeczytać w Zapiskach szpitalnych - Sentymentalny porter RK). Potem przyszła pora na buszowanie po nowościach Wydawnictwa Literackiego. I w końcu spotkanie z sympatycznych podróżnikiem i zdeklarowanym "katolem" Wojciechem Cejrowskim, który boso, w swojej kolorowej koszuli sprzedawał i podpisywał książki.
Na tyle starczyło mi sił w moim szczególnym obecnie stanie.
Nie byłam niestety na spotkaniu z Joanną Szczepkowską, z Jerzym Stuhrem, z Jerzym Bralczykiem, Antonim Liberą, Agatą Tuszyńską.
Lubię atmosferę targów książki. Mimo konieczności przepychania się wśród tłumów, miło jest jednak co i rusz natykać się na autora, którego się zna i ceni. No i ta wszechobecność książek...

środa, 20 maja 2009

Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego


To niewielkich rozmiarów książeczka, którą można przeczytać w ciągu godziny. Ja spędziłam nad nią znacznie więcej czasu. Po pierwsze dlatego, że czytałam ją ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach, a to, jak wiadomo, utrudnia czytanie, a po drugie dlatego, że książka wzbogacona jest o liczne fotografie z pracowni Kapuścińskiego, nad którymi warto pochylić się na dłuższą chwilę.
Jarosław Mikołajewski - autor wspomnień - poeta, tłumacz, dziennikarz, był bliskim przyjacielem pisarza w ostatnich latach jego życia. Wspomina tego "swojego Ryśka" niezwykle ciepło i w sposób bardzo osobisty buduje nam portret Kapuścińskiego. Mówi o tym, jakim był człowiekiem prywatnie, jak miewał napady śmiechu:
"Podczas całej jazdy śmiał się nieprzerwanie, z trudem łapiąc oddech, w triesteńskim barze śmiał się napadowo, w drodze powrotnej wrócił do wersji pierwotnej. Po powrocie poszedł spać, wyczerpany. Kiedy spotkaliśmy się na kolacji, śmiał się znowu, pod byle pretekstem".
Pisze o długich rozmowach albo o wspólnym milczeniu, o tym, jakie twarze przybierał pisarz w zależności od sytuacji, jak wściekł się, oglądając impresję z 11 września z obrazem wieżowców, walących się w zwolnionym tempie przy podkładzie muzycznym, w obłokach kurzu.
Z tych intymnych wspomnień, napisanych z wielką czułością i wielkim szacunkiem, wyłania się obraz podróżnika-reportera-pisarza-mędrca. Człowieka, który był jednym z głównych kandydatów do Nobla, a sam o nagrodzie nigdy nie wspominał. Który rozbrajał ludzi życzliwym zainteresowaniem dla ich małych spraw. Który był jednym z największych dziennikarzy świata, a emanował pokorą i nieśmiałością.
Książka poprzedzona jest wstępem żony pisarza, Alicji Kapuścińskiej. Wspomina ona o tym, jak zabierał on w każdą podróż klucze od mieszkania, aby mieć pewność, że ma dokąd wrócić. Pisze o długich rozłąkach i o nie do wyobrażenia dla obecnego pokolenia braku możliwości skomunikowania się z drugą osobą.
Książka zawiera też zapiski szpitalne samego Kapuścińskiego z ostatnich dni jego życia. To luźny zapis obaw związanych z chorobą, bezdradności wobec niej.
Po śmierci Kapuścińskiego ukazało się wiele publikacji na jego temat. Nie wszystkie są godne zainteresowania, powstały z potrzeby rynku, bo wiadomo, że się sprzedadzą, bez względu na treść i wartość literacką i merytoryczną.
Tę książkę mogę ze spokojnym sumieniem polecić, gdyż nie sili się ona na wymądrzanie się i epatowanie erudycją, a jedynie w sposób ciepły i wzruszający daje nam możliwość poprzebywania jeszcze przez chwilę z mistrzem Kapuścińskim.

czwartek, 14 maja 2009

Cebulka

"Żyła sobie pewna baba, zła była okropnie, aż kiedyś umarła. I nie zostawiła po sobie ani jednego dobrego uczynku. Schwycili ją diabli i wrzucili w jezioro ogniste. A jej Anioł Stróż stoi i duma: jaki by tu sobie przypomnieć jej dobry uczynek, żebym Panu Bogu powiedział. Przypomniał sobie i powiada Panu Bogu: ot, powiada, wyrwała w ogródku cebulkę i dała z miłosierdzia żebraczce. A Pan Bóg mu na to: weźże, powiada, tę samą cebulkę, podaj jej tam w jeziorze, niechże się jej uchwyci i ciągnie, jeśli zaś wyciągniesz ją z jeziora, niechże idzie do raju, a jeśli się szczypior urwie, nie baba zostanie tam, gdzie teraz. Biegnie anioł do baby, wyciągnął do niej cebulkę: naści, powiada, babo, trzymaj i ciągnij. Zaczął ci ją ostrożniutko wyciągać i już-już całą by wyciągnął, ale reszta grzeszników, jak zobaczyła, że ją wyciągają, zaraz się jej zaczęła czepiać, żeby też się razem z nią wydostać. A baba była okropnie zła, zaczęła nogami wierzgać: To mnie wyciągają, a nie was, to moja cebulka, a nie wasza. Kiedy to powiedziala, szczypior się urwał. I upadła baba w jezioro, i płonie tam po dziś dzień. A anioł zapłakał i odszedł". (F. Dostojewski, Bracia Karamazow, opowieść Gruszeńki).

Spodobała mi się ta historyjka, więc się nią z Wami dzielę.
Bo chyba każdy z nas ma choćby drobny powód ku temu, aby bić się w piersi. Że oto jakim społeczeństwem jesteśmy - do sąsiada się nie uśmiechniemy, wolimy wręcz go nie zauważać. Nie mamy do siebie wzajemnie zaufania, za to dużo wokół obojętności i znieczulicy. Żyjemy sobie sami, egoistycznie patrząc tylko na czubek własnego nosa. Interesuje nas tylko to, że MY mamy na chleb, na masełko, a inni niech się o siebie martwią. Nie mamy nawyku życzliwości, chęci niesienia pomocy. Oczywiście, nie wszyscy. Ale chyba jednak zdecydowana większość.

Ja sama mam sobie w tej kwestii wiele do zarzucenia, do czego przyznaję się szczerze.

Jakoś mało myślimy o tym, że przecież kiedyś zostaniemy rozliczeni z tego, jakimi ludźmi byliśmy. A to "kiedyś" może nastąpić za 30 lat, ale może też i jutro. Nie znamy dnia ani godziny.
Jakoś pesymizmem powiało, ale to wszystko wina Dostojewskiego.
Może czas przerzucić się na lżejszą literaturę? Jakieś romanse czy co?

środa, 13 maja 2009

Moja podwójność

W moim życiu rozpoczął się zupełnie nowy etap. Stałam się podwójna. Zamieszkał we mnie Mały Ludzik, który wszystko przewrócił do góry nogami. Wraz ze zmianą mojego stanu zmienił się zupełnie mój tryb życia. Nagle okazało się, że potrzebuję kilku godzin snu więcej, niż zazwyczaj. A ja z miłośniczki literatury pięknej powoli staję się namiętną czytaczką poradników ciążowych. I zaczynam się powiększać i coraz lepiej leżą na mnie te "duże" ciuchy.

To jest niesamowite. Z dnia na dzień, z ujrzeniem dwóch kresek na teście, przestajesz być właścicielem własnego ciała - „udostępniasz” je tej miniaturowej istotce, która nagle znajduje się w centrum uwagi i sprawia, że myśli zawężają się do modlitw, aby tylko było jej dobrze tam, w środku, aby sobie spokojnie i zdrowo rosła.

Z jednej strony eksplozja radości, z drugiej męczący niepokój.

Niby gwałtowne przebudzenie instynktu macierzyńskiego, ale też ociupinka strachu, co to będzie i że już nigdy nie będzie tak jak dawniej. Że nie będzie życia we dwójkę, ale już zawsze dwa plus jeden.

A jednak to niewiarygodne, jak łatwo można pogodzić się z tą utratą wolności na rzecz dziecka. Jak nagle wszystko inne przestaje być ważne, jak bez trudu można zdobyć się na wyrzeczenia, których w ciąży nie brakuje.

Wraz z zajściem w ciążę zmienia się dosłownie wszystko. Trudno to wyjaśnić - po prostu nie jestem już tamtą Anną. Jestem Anną non stop myślącą o tej kruszynce. Anną radosną, Anną niespokojną, Anną uśmiechniętą, Anną płaczącą bez powodu, Anną czytającą głośno baśnie Andersena i słuchającą Mozarta, Anną zamyśloną - Anną zupełnie nową. I lubię to swoje nowe wcielenie.

Korzystając egoistycznie z uroków wolności i nadmiaru wolnego czasu, wracam do moich ukochanych powieści, do Braci Karamazow i Mistrza i Małgorzaty przede wszystkim. Upajam się tą beztroską, nieśpieszną lekturą, już planuję doczytać te książki Kapuścińskiego, które tak tęsknie spoglądają z półki.

I staram się dużo śmiać, bo to kształtuje osobowość dziecka.

I jem mnóstwo zdrowych rzeczy, bo przecież Ono tam w brzuszku wcina to samo.

I dużo wypoczywam, nie jeżdżę na rowerze, ale za to spaceruję po Morskim Oku i Łazienkach.

Jednym słowem, wszystko przewróciło się do góry nogami. Jak fajnie...

wtorek, 28 kwietnia 2009

Fabryka muchołapek


"Nie można panować i być bez winy. Szaleństwo panowania jest zbyt oczywiste". Te słowa wypowiedziane przez Saint-Justa na procesie Ludwika XVI zostają zacytowane w powieści Fabryka muchołapek Andrzeja Barta. Osnową powieści jest fikcyjny proces, który nigdy się nie odbył. Oskarżonym jest Chaim Mordechaj Rumkowski. To postać niezwykle kontrowersyjna i niejednoznacznie oceniana przez historię. W okresie drugiej wojny światowej był zarządcą łódzkiego Judenratu, sprawował władzę w łódzkim getcie. Zorganizował w nim fabrykę, aby Żydzi zamieszkujący getto stali się tym samym przydatni Niemcom i mieli szansę na przeżycie. Nikt nie wiedział, jak długo potrwa wojna i że zamysł Rumkowskiego nie zostanie spełniony. Rumkowski otworzył też w getcie szkoły, szpitale, apteki. Z łódzkiego getta uratowało się najwięcej ludzi. Jeśli spojrzymy na fakty od tej strony - nie można Rumkowskiemu nic zarzucić, a wręcz jego postawa zasługuje na podziw. Jest jednak druga strona medalu. Przecież Rumkowski podejmuje się współpracy z hitlerowcami. Przecież z jego decyzji na śmierć idą dziesiątki ludzi. Przecież "targuje się" z Niemcami o życie swoich Żydów, aby w końcu zaproponować im oddanie dzieci do 10. roku życia i starców. Przecież molestuje dziewczynkę, której wcześniej zaoferował pomoc i opiekę (jest ona zresztą jedna z wielu). Jakim więc tak naprawdę jest człowiekiem? Czy rzeczywiście kierują nim szczytne cele? A może po prostu człowiekiem ogarniętym żądzą władzy, którego tak naprawdę los wspólnoty nic nie obchodzi? W końcowej części to sam obrońca, którego mała siostra zginęła w getcie, feruje wyrok na starca.
Książkę czyta się właściwie jednym tchem, ponieważ jest wciągająca i bardzo dobrze napisana. Fikcja miesza się tu z rzeczywistością niczym u Bułhakowa. Powieść z pewnością zasługuje na uznanie i uwagę.

wtorek, 24 marca 2009

Pochwała współczesnego kina rosyjskiego



Mam dziś do zaproponowania dwa nowe filmy, które widziałam w kinie w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
Pierwszy film to Rusałka, drugi Okrucieństwo.
Co je łączy?
W obu bohaterkami są kobiety, oba zostały wyreżyserowane przez kobiety i oba są rosyjskie.

Rusałka jest bajkową opowieścią o Alisie, dziewczynce, która zaprasza nas do swojego czarodziejskiego świata - pełnego marzeń (głównie dotyczących powrotu nigdy niewidzianego ojca). W swoim świecie Alisa posiada zdolność spełniania swoich życzeń. Mała Alisa marzy o zostaniu baletnicą. Kiedy ma 6 lat i zdaje sobie sprawę z tego, że ojciec nigdy nie wróci, przestaje mówić. Gdy dorasta i przeprowadza się do Moskwy, próbuje odnaleźć się w tym nowoczesnym, pędzącym mieście, w którym na każdym kroku atakują ją hasła reklamowe zamieszczone na billboardach. Dziewczyna pozostaje szczelnie zamknięta w swojej skorupie. W końcu spotyka Saszę, którego ratuje z nurtów rzeki. Chłopak okazuje się być snobem w depresji, który jednak z czasem zaczyna zmieniać swój sposób postrzegania Alisy...
Film jest porównywany z francuską Amelią i pewne elementy rzeczywiście są podobne. Też nie jest to prosta i wesoła historia, też jest to historia o miłości i budowaniu wzajemnego zaufania.

Okrucieństwo to z kolei pozornie film o przyjaźni i solidarności kobiet. Nastolatka Wika z dachu swojego bloku fotografuje sceny miłosne między młodą kobietą Zoją i jej kochankiem, notabene jej sąsiadem mieszkającym w tym samym wieżowcu i mającym żonę i dziecko. Gdy nie powiodą się próby szantażu kochanka, decyduje się zawrzeć sojusz z Zoją i namawia ją, aby wspólnie dały nauczkę mężczyźnie.
Zoja, elegancka, wykształcona, dobrze sytuowana prawniczka, ulega wpływowi Wiki, ponosząc wszystkie tego konsekwencje.

Oba filmy zachwycają świetną grą aktorską, zaskakującą fabułą i niesamowitym klimatem współczesnej Moskwy.
Jednym słowem - kino rosyjskie stoi naprawdę dobrze. Polecam!

środa, 18 marca 2009

Droga do szczęścia



No i stało się. Dopadła mnie depresja, która w moim przypadku oznacza brak ochoty na cokolwiek, brak celu, brak energii. Chodzę spać o dziewiątej-dziesiątej wieczorem, co zdecydowanie nie jest ani normalne, ani zdrowe. Mam wrażenie, że każdy dzień jest dniem świstaka, nic nowego, ciągła powtórka z rozrywki.

Z tego powodu z czytaniem też ostatnio jakoś kiepsko... Ale nie beznadziejnie. Bo przecież mam za sobą lekturę świetnej powieści Droga do szczęścia Richarda Yatesa. Zapraszam do przeczytania mojej opinii o książce.

Czy mieliście kiedykolwiek przeświadczenie, że jesteście stworzeni do wyższych celów? Że codzienna żmudna praca od-do jest nie dla was, bo zamiast odbębniać nudne obowiązki powinniście zająć się wypełnianiem jakiejś ważnej misji, która jest wam przeznaczona? Czy nudzi was przebywanie wśród przeciętnych ludzi, którzy mieszkają w przeciętnych domach i mają przeciętne dzieci? Czy boli was ciągły brak czasu na rozwijanie własnych umiejętności i zainteresowań, pogłębianie wiedzy?

Jeśli tak, to moglibyście umówić się na kawę z głównym bohaterem książki Droga do szczęścia i wspólnie poroztrząsać te bolączki. Jest rok 1955, Frank Weeler wiedzie takie właśnie niespełnione życie. Choć ma śliczną żonę, dwójkę dzieci i dobrze płatną pracę w dziale sprzedaży w dużej firmie oraz uroczy dom na osiedlu Revolutionary Hill w zachodnim Connecticut, cały czas czuje, że to nie to, że się dusi. Praca strasznie go męczy, nazywa ją najnudniejszym zajęciem na świecie. Każdego dnia Frank budzi się z przeświadczeniem, że nic ciekawego go nie czeka. Drażni go przeciętność, jaka go otacza. Przeciętni sąsiedzi, przeciętna droga do pracy, przeciętni koledzy w biurze, przeciętna kochanka...
On, Frank, jest od nich wszystkich lepszy, bardziej inteligentny - tylko życie (czyli pojawienie się dzieci) zmusiło go do wpadnięcia w tek kierat mechanicznego powtarzania utartych wzorców.

Żona Franka, April Weeler, nie jest wcale od niego lepsza. Jako niedoszła aktorka teatralna czuje się niespełniona jako kobieta. Dlatego gdy nadarza się okazja zagrania w sztuce wystawianej przez osiedlowy teatr, skrzętnie z niej korzysta, choć pozornie daje wszystkim odczuć, że to takie plebejskie, płytkie. Niestety, sztuka odnosi kompletną porażkę, a April zostaje skompromitowana jako aktorka.
Ten nieudany wieczór w teatrze pociąga za sobą lawinę kłótni i wymówek w małżeństwie Weelerów.
Jak mogą wyjść z tego impasu? April w desperacji wpada na pomysł, że rozwiązaniem ich problemów będzie wyjazd do Paryża. Jest gotowa podjąć pracę jako sekretarka w ONZ i tym samym podarować mężowi wolny czas - na rozmyślanie o filozofii, na dokształcanie się, na pisanie. Ma nadzieję, że Paryż ich odmieni, że tam odnajdą prawdziwy, głęboki sens życia. I w końcu będą żyli tak, jak chcą. Oboje Weelerowie jak dzieci zapalają się do tego pomysłu. Ich życie małżeńskie nabiera kolorów, zamienia się w sielankę. Frank i April łudzą się, że wyidealizowany Paryż da im nowe życie.

Dlaczego ich plany nie zostaną zrealizowane? Jakie decyzje podejmą Weelerowie i jakie będą ich skutki? Co się stanie z tą rodziną?

Zachęcam do lektury. Książka jest wartko napisana, czyta się ją bardzo przyjemnie. Choć, nie ukrywam, bohaterowie nie należą do osób, które można polubić. Są snobami, megalomanami, a w gruncie rzeczy ludźmi głęboko nieszczęśliwymi i unieszczęśliwiającymi innych, i to w dużej mierze na własne życzenie.

Książka opatrzona jest wstępem Richarda Forda (amerykański pisarz, zdobywca nagrody Pulitzera), który jednak polecam zachować sobie na koniec, ponieważ zdradza ważne elementy fabuły.

„Droga do szczęścia” to z pewnością powieść ważna również dla czytelnika żyjącego w dwudziestym pierwszym wieku. Bo tak naprawdę niewiele się zmieniło. Niestety, myślę, że wielu z nas może w kartach książki przejrzeć się jak w zwierciadle...

Na podstawie powieści nakręcony został film z Kate Winslet i Leonardo di Caprio w rolach głównych.

poniedziałek, 23 lutego 2009

Slumdog. Milioner z ulicy












Tak się złożyło, że miałam ostatnio okazję obejrzeć film Slumdog. Milioner z ulicy. Słyszałam ten tytuł wcześniej wielokrotnie i wydawało mi się, że jest to ten rodzaj kina, ktory mnie absolutnie nie zainteresuje. Czyli jakieś amerykańskie slumsy, muzyka hip-hopowa, dresiarze.

Ale w końcu obejrzałam... i zachwyciłam się. Miałam jeszcze żywo w pamięci lekturę Białego tygrysa Aravinda Agigi i gdy zobaczyłam pierwszych kilka scen Slumdoga, miałam wrażenie, że oglądam kadry z książki.

Indie, Bombaj. Młody chłopak, herbaciarz, bierze udział w Milionerach i dochodzi do pytania za 10 milionów rupii. Gdy rozlega się odgłos kończący program, chłopak zostaje aresztowany przez policję i jest brutalnie przesłuchiwany. Policja sądzi, że oszukiwał. Wtedy Jamal Malik zaczyna opowiadać historię swojego życia, w które, jak się okazuje, wplatają się epizody związane z pytaniami teleturnieju.

Slumdog. Milioner z ulicy to obraz absolutnie niezwykły. Pokazujący koloryt Indii, ich specyfikę - biedę, kastowość, przestępczość, walki religijne. Ot, takie Indie w pigułce.
A ponadto to piękna historia o prawdziwej, czystej, szczerej miłości, wciągający, trzymający w napięciu film.

Bardzo się ucieszyłam, gdy dziś o siódmej rano usłyszałam, że dostał 8 Oskarów.

piątek, 20 lutego 2009

Tektonika uczuć



Co prawda walentynki mamy już za sobą (na szczęście to dziwne amerykańskie święto minęło w moim przypadku prawie niezauważone), ale mam zamiar napisać o książce z uczuciem w tytule.
Autora tej książki, Erica Emmanuela Schmitta, francuskiego dramaturga, eseistę i powieściopisarza, cenię za takie tytuły jak Oskar i Pani Róża, Pan Ibrahim i kwiaty koranu, Dziecko Noego, Ewangelia według Piłata, Małe zbrodnie małżeńskie.
Trochę mniej za Kiedy byłem dziełem sztuki.

A dziś rzecz będzie o książce określanej jako "ambitna literatura nurtu lekkiego", czyli o Tektonice uczuć. Każdy, kto nie spał na lekcjach geografii, mnie więcej wie, co to tektonika - przemieszczanie się warstw skorupy ziemskiej związane z zachodzącymi procesami geologicznymi.

Skąd tektonika w tytule Schmitta? Ano stąd, że miłość jest zmienna; nawet gdy sobie tego nie uświadamiamy, w naszych uczuciach zachodzą skomplikowane procesy, przesunięcia, przewartościowania.

A już miłość w wykonaniu głównych bohaterów dramatu jest szczególnie kapryśna. Diane i Richard są w sobie zakochani. Pewnego dnia Diane, siedząc obok Richarda, zaczyna taką z pozoru niewinną konwersację. Że niby już nie tęskni tak za Richardem, gdy nie widzi go przez kilka godzin, że nie wybiega, jak kiedyś, na spotkanie z nim, że on już jej nie miażdży żeber, przytulając do siebie. Jednym słowem - zwierza się partnerowi, że jej uczucia chyba wystygły, że chyba już go nie kocha.

Z jej strona jest to gra - chodzi o to, aby wywołać w Richardzie niepewność co do uczuć ukochanej i skłonić go tym samym do oświadczyń. Dzieje się jednak coś dziwnego i zaskakującego: Richard stwierdza, że faktycznie, coś w tym jest, i że jego uczucie również nie jest już tak gorące jak kiedyś. Mówi tak, ponieważ poczuł się zraniony słowami Diane. I choć wciąż ją bardzo kocha, postanawia podejść do sprawy honorowo i podejmuje decyzję o rozstaniu.

Co z tego wyniknie? Zapraszam do lektury, książeczka niewielka, więc można jej poświęcić godzinkę-dwie. Chyba że mamy coś ciekawszego do zrobienia, bo nie jest to bynajmniej książka obowiązkowa. Nic nie stracicie, jeśli jej nie przeczytacie. Dialogi są w niej dość prymitywne, postaci bezbarwne, akcja przewidywalna. Autor nie jest zdaje się w najlepszej formie.

Morał z niej taki: nie wolno bawić się uczuciami partnera i wystawiać go na próbę. Nie dość, że jest to zachowanie nie fair w stosunku do tej drugiej osoby, to jeszcze może być brzemienne w skutkach i możemy go gorzko żałować.
W miłości nie można niczego na zimno kalkulować, ani tym bardziej nie wolno manipulować drugą stroną dla osiągnięcia własnych celów.
A przede wszystkim nie wolno niczego udawać ani kłamać, bo jedno niewinnie rzucone słówko może za sobą pociągnąć lawinę zupełnie niespodziewanych zdarzeń. Bo miłość od nienawiści dzieli cienka granica.

Fragment:
Richard: Tektonika uczuć. Uczucia przemieszczają się jak płyty, które tworzą Ziemię. Kiedy się poruszają, kontynenty zderzają się ze sobą, powstają gwałtowne przypływy, wybuchy wulkanów, tsunami, trzęsienia ziemi...
Diane: Nie, Richard, płyty unoszą się i przemieszczają na powierzchni, ale przyczyna zderzeń wciąż istnieje: to ogień, który wydostaje się z głębin, radioaktywna lawa, nieustające wrzenie. I choćbym nie wiem jak odrzucała swoje uczucia, nigdy się ich nie pozbędę. Dopóki bije we mnie serce...

środa, 18 lutego 2009

Konstelacje



Czas płynie. Aura za oknem zmienia się jak w kalejdoskopie. I nadal ani trochę nie przypomina wiosny. W dalszym ciągu więc moim ulubionym zajęciem jest szczelne owijanie się w koc i odpływanie w literackie światy.

Ostatnio przeniosłam się do miasteczka-wioski Black Swan Green w Anglii, gdzie mieszka Jason Taylor, bohater powieści Konstelacje Davida Mitchella. To mająca akcenty autobiograficzne ponadpięciusetstronicowa książka, której akcja rozgrywa się na początku lat 80., czyli w latach angielskiej wojny o Falklandy, w czasach, gdy władzę sprawuje Margaret Tatcher.
13-letni Jason, z którego perspektywy oglądamy wydarzenia, to już nie chłopiec, ale jeszcze nie mężczyzna. Jego bolączką jest jąkanie się, czyli Kat, który blokuje mu słowa. Z tego powodu chłopak jest wyśmiewany przez swoich rówieśników, w szkolnej hierarchii znajduje się w grupie największych ciamajd.
Nie jest mu lekko w świecie szkolnym, który rządzi się twardym prawem pięści i w którym pójście do kina z rodzicem to największy obciach. Jason ma jednak swój własny świat - jest bardzo wrażliwy, pisze poezje, które pod pseudonimem ukazują się w parafialnej gazetce. Oczywiście, jego koledzy określiliby to jakie „pedalskie”.
Czytając tę powieść, mamy okazję niemal dosłownie wejść w skórę bohatera i krok w krok za nim śledzić bieg wypadków. A dzieje się w powieści sporo. Skomplikowane relacje rodzinne, niejasne konflikty między rodzicami i w końcu rozpadek ich związku, upokarzające lekcje w szkole, pierwsze doznania erotyczne. Po prostu - wchodzenie w okres dojrzewania. Szczególnie podobał mi się w powieści rozdźwięk między Jasonem-dzieckiem a Jasonem-mężczyzną. Bo oto zwiedzając jakieś miasto, Jason kupuje sobie kolorowe pocztówki z dinozaurami i cieszy się na myśl, z jaką zazdrością zareaguje na nie kolega. A z drugiej strony, mijając na ulicy ładną dziewczynę, wyobraża sobie, jak rzuca ją na łóżko i namiętnie całuje. Pocałunek to dla niego maksymalnie seksualne doznanie. Dlatego pierwszy pocałunek z koleżanką na szkolnej dyskotece to dla niego niezwykłe przeżycie i prawdziwy przełom.

Książkę oceniam bardzo wysoko. To zdecydowanie ciekawa, dobrze napisana literatura. Powieść jest wciągająca (za każdym razem żal mi było ją odkładać), momentami zabawna i dowcipna, momentami smutna i przerażająca, ma niespodziewane zwroty akcji i bohatera, do którego można w jakiś sposób się przywiązać.

Cieszę się, że trafiłam na tę książkę, zupełnie przypadkiem zresztą - po prostu podczas błądzenia po empiku intuicyjnie po nią sięgnęłam, kupiłam - i bardzo fajnie, bo świetnie spędziłam czas na lekturze świetnej książki.

Kilka fragmentów:

Jason a seksualność:
Tato wlazł po prysznic. Po bodaj minucie usłyszałem trzask, jakby coś się rozdarło: "ping, ping, ping", huk oraz warknięcie: "...jasna!".
Ciut rozchyliłem powieki i o mało nie wrzasnąłem z przerażenia.
W otwartych dniach łazienki stał tato z głową w turbanie z szamponu, dzierżąc złamaną szynę prysznicowej zasłonki. Zupełnie nagi, z tym że w tym miejscu, gdzie ja mam fiutka, tacie dynda jakby tłusty woli ogon. Niebywałe!
Włosy łonowe ma gęste jak broda bizona! (Ja mam tylko dziewięć).
W życiu nie widziałem czegoś równie paskudnego.
Zaśnięcie przy wtórze chrapnięć i bulgotania taty jest po prostu niemożliwe. Nic dziwnego, że rodzice sypiają w osobnych pokojach.
Wstrząs wywołany interesem taty pomału przechodzi. Tak jakby. Ale czy grozi mi obudzenie się pewnego ranka z taką cumą między nogami? Strach mnie ogarnia na myśl, że przed czternastoma laty plemnik, który stał się mną, wyszedł z czegoś takiego (s. 333).

Cały czas ssałem miętówki, na wypadek poznania opalonej dziewczyny, która by mnie zaprosiła na pięterko jednego z tych zapadajacych się domów, gdzie na kalenicy krzyczą mewy - i zasunąwszy story, pchnęła mnie na łóżko, aby mi pokazać, jak całuje (s. 310).

Do gładkiego jej czoła przywarł zmoczony kosmyk cudnych włosów. Z dziką rozkoszą wziałbym kosmyk w usta i wyssał tę deszczówkę do ostatniej kropli (s.300).

Jason-poeta:
Jesień coraz smutniejsza, gnije i zachodzi mgłą. Pole zaraz za naszym boiskiem zbrązowiało niczym owsiane herbatniki. A barwy pola tuż za nim zmętniały jak woda w szklance, gdy zanurza się pędzel, malując akwarelą (s. 368).

Dając komuś do przeczytania własne wypociny - człowiek tak naprawdę wręcza mu zaostrzony kołek, kładzie się w trumnie i mówi: "Jestem do usług" (s. 266).

Jason filozofujący:
Chłopak, którego się czepiają, udaje niewidzialnego, aby nie rzucać się w oczy i uniknąć napaści. Jąkała udaje niewidzialnego, aby uniknąć przymusu wypowiadania słów, które są dla niego za trudne. Dzieciak, którego rodzice się kłócą, udaje niewidzialnego, żeby ich nie prowokować do nowej utarczki. Czyli że jestem niewidzialny z trzech powodów. I ostatnio sam rzadko widuję prawdziwego Jasona Taylora, chyba że przy pisaniu wiersza albo czasem przed lustrem, albo tuż przed zaśnięciem (s. 433).

Chłopaki to dranie, ale łatwo ich przejrzeć. Co myślą dziewczyny, to niezgłębiona tajemnica. Dziewczyny są nie z tego świata (s. 317).

Jason-dziecko:
Kupiłem zestaw trzynastu pocztówek z dinozaurami. Na każdej jest inny, ale gdy ulożyć je koło siebie, od końca do końca, tło łączy się, tworząc taki jakby szlaczek. Moran na pewno będzie mi zazdrościł (s. 310).

czwartek, 5 lutego 2009

Biały Tygrys


Po kilku nietrafionych pozycjach w zeszłym roku, śpieszę donieść wszem i wobec, że 2009 jest jak na razie pod tym względem dużo bardziej pomyślny.
Bo oto mam do zaproponowania kolejną dobrą książkę. Biały Tygrys Aravinda Adigi napisany jest w formie monologu młodego Hindusa Balrama, który w ciągu kolejnych nocy pisze list do premiera Chin, mającego przyjechać z oficjalną wizytą do Chin. Cała książka utrzymana jest w ironiczno-gorzkim tonie, choć nie brak jej akcentów humorystycznych.

Nasz bohater wprowadza nas w zawikłany świat indyjskiego społeczeństwa, które podzielone jest na świat Jasności i Ciemności.
Jasność to kasta ludzi bogatych, Ciemność zaś ludzi biednych, którzy żyją w skrajnej biedzie, bez prądu i bez szans na wydostanie się z tego środowiska. Żyją zazwyczaj w skupiskach, całymi rodzinami.

Do takiej biedoty zalicza się właśnie nasz bohater. Jest on bystrym, inteligetnym chłopakiem, który skrycie buntuje się przeciwko swojemu losowi - czyli byciu kierowcą u bogatej rodziny, która traktujego jak podczłowieka. W swoich wynurzeniach Balram ukazuje nam prawdziwe oblicze Indii. Kraju, w którym ludzkie życie nic nie znaczy, w którym wybory są fałszowane, a władza i policja na wskroś skorumpowane.
Wskazuje na zakłamanie rządzących, którzy chętnie chwalą się bogatymi, rozwijającymi się miastami takimi jak Dehli czy Bengalur, a za nic mają przeciętnego obywatela wegetującego w dzielnicach skrajnej nędzy.

Chłopak w miarę upływu kolejnych dni na upokarzającej służbie staje się coraz bardziej zdesperowany i knuje w głowie coraz bardziej zbrodnicze plany, aby w końcu je zrealizować. Otwiera mu to furtkę do świata przedsiębiorców, do świata Jasności. Balram staje się tym samym niczym Biały Tygrys - niezwykle rzadkim okazem, pojawiającym się raz na pokolenie. Porównanie do białego tygrysa ma podkreślić jego wyjątkowość jako osoby, której udało się w życiu coś osiągnąć, nawet jeśli osiągnęła to, popełniając przestępstwo.
I choć chłopak jest zarozumiały i próżny, to jednak wzbudził moją sympatię i po cichu kibicowałam, aby mu się udalo. Może dlatego, że czytając tę książkę, buntowałam się przeciwko niesprawiedliwości i nierówności społecznej, przeciwko traktowaniu człowieka w sposób przedmiotowy, jak zwierzęcia tylko dlatego, że urodził się w takiej a nie innej rodzinie.

Można się zastanawiać, po co autor uczynił odbiorcą monologu Balrama premiera Chin - nie jest to w żaden sposób uzasadnione i chyba jest niezbyt udanym zabiegiem stylistycznym. Być może warstwa jezykowa też pozostawia trochę do życzenia. Ale w książce ważniejsza jest jej wartość reportażowa. Bohater niczym reprorter krąży najpierw po swoim rodzinnym miasteczku, później po New Delhi, a w końcu po Bengalurze i przedstawia nam to, co widzi. Żebraków w slumsach, wielkie malle, do których wstęp mają tylko bogaci, podobnych sobie służących, którzy całe zycie spędzają na usługiwaniu innym i nie mają żadnych innych ambicji.

Książka podobała mi się. Wciągnęła mnie na tyle, że przeczytałam ją w ciągu kilku wieczorów, odstawiając na bok inne prace. Oczami młodego Belrama miałam okazję zobaczyć prawdziwe Indie, a tym samym choć trochę poznać tę część świata. Czy warto wraz z bohaterem podążać ulicami Indii - przekonajcie się sami.

Na zachętę krótkie fragmenty:
Jak wszystkie dobre bangalurskie opowieści, moja też zaczyna się daleko od Bangaluru. Teraz otacza mnie Jasność, ale trzeba Panu wiedzieć, że urodziłem się i wychowałem w Ciemności.
Lecz nie mam na myśli pory dnia, Panie Premierze!
Mówiąc o miejscu w Indiach, o co najmniej jednej trzeciej kraju, o mijescu żyznym, pełnym pól ryżowych i pszenicznych, i leżących wśród nich stawów, pokrytych lotosami i liliami wodnymi, i brodzących w nich bawołów, które żują te lotosy i te lilie. Proszę zrozumieć, Ekscelencjo, że Indie to dwa kraje: Indie Jasności i Indie Ciemności. Jasność przynosi mojemu krajowi ocean. Każdemu miejscu na mapie Indii położonemu blisko oceanu wiedzie się dobrze. Ale rzeka przynosi Indiom ciemność - czarna rzeka.
O jakiej rzece mówię, rzece Śmierci, z brzegami pokrytymi gęstym, ciemnym mułem, który swym lepkim uściskiem chwyta jak w potrzask wszystko, co się zasieje i zasadzi, który dusi to i dławi i głuszy?
Otóż mówię o Matce Gandze, rzece iluminacji, opiekunce nas wszystkich, która przerywa łańcuch narodzin i reinkarnacji. Obszar, przez który płynie, jest Ciemnością.
Jedną z cech Indii jest to, że prawie wszystko, co się słyszy o tym kraju z ust premiera, można odwrócić do góry nogami i wtedy ma się prawdziwy obraz. Mówi się, że Ganga to rzeka wyzwolenia i ze tysiace amerykańskich turystów przyjeżdżają co roku, żeby w Hardwarze i Benaresie fotografować nagich sadhu, premier z pewnością tak ją Panu opisze i będzie namawiał, żeby się Pan w niej zanurzył.
Nie, Panie Jiabao! Nalegam, żeby się Pan w Gandze nie zanurzał, jeśli nie chce Pan mieć w ustach pełno kału, słomy, rozmieklych w wodzie kawałków ludzkiego ciała i bawolej padliny oraz siedmiu różnych kwasów przemysłowych.
Aravind Adiga, Biały Tygrys, W-wa 2008, s. 16-17.

Pragnę Pana poinformować, Ekscelencjo, że Laxmangarh to typowa indyjska, rajska wioska, gdzie nie brak elektryczności, bieżącej wody i telefonów, i jeśli zmierzyć i zważyć tamtejsze dzieci, karmione pożywnym mięsem, jajkami , warzywami i soczewicą, to się okaże, że spełniają minimalne normy wzrostu i wagi ustanowione przez ONZ i inne organizacje, których rezolucje nasz premier podpisał i w których posiedzeniach tak systematycznie i z takim namaszczeniem uczestniczy.
Ha!
Prądu nie ma.
Kran - popsuty.
Dzieci - za szczupłe i za niskie jak na swój wiek, o wielkich głowach, w których oczy błyszczą tak wyraziście, jak wyraźnie nieczyste jest sumienie rządu Indii.
Aravind Adiga, Biały Tygrys, W-wa 2008, s. 21

wtorek, 3 lutego 2009

Bracia Karamazow



W ostatni poniedziałek (czyli w Dzień Świstaka) po raz kolejny odwiedziliśmy Trójkę. Tym razem w studiu im. A. Osieckiej obejrzeliśmy film Bracia Karamazow Piotra Zelenki, a potem mieliśmy okazję zobaczyć na żywo audycję Dariusza Bugalskiego, w której o filmie rozmawiał z reżyserem.

Akcja filmu rozgrywa się we współczesnej krakowskiej Nowe Hucie, w której praska grupa teatralna ma wystawić sztukę Bracia Karamazow.
Aktorzy grają sztukę od lat - i to widać, bo grają mistrzowsko. Wielką przyjemność sprawiło mi oglądanie ich na ekranie. No właśnie - Zelenka zrobił coś bardzo ciekawego - połączył w jednym obrazie kino i teatr. Ponoć zamiarem reżysera było "zatrzymanie sztuki dla potomnych".
Uwiecznienie jej na srebrnym ekranie. Tutaj wszystko toczy się jakby na dwóch planach - zawodowym, kiedy aktorzy wcielają się w Dostojewskich bohaterów, i osobistym - kiedy kłócą się między sobą, plotkują. Ich wzajemne relacje - podobnie jak relacje bohaterów spektaklu - pełne są sprzecznych emocji, od miłości do nienawiści.

Film jest niezwykły. Losy głównych bohaterów-aktorów, którzy grają samych siebie, splatają się z losem robotnika (w tej roli Andrzej Mastalerz), którego siedmioletni synek miał dzień wcześniej wypadek - spadł z rusztowania w hucie. Akcja spektaklu pochłania go jednak do tego stopnia, że zapomina o całym świecie. Dramat rozgrywany na scenie staje się dla niego ważniejszy niż jego własna tragedia.
Aktorzy grają więc później specjalnie dla niego. Spektakl staje się spektaklem jednego widza.
Teatr przeplata się z prawdziwym życiem.

Ciekawa jest scena, w której stary Karamazow ma opluć ikonę. Rekwizyt gdzieś się zapodział, więc jeden z kolegów podaje aktorowi obrazek przedstawiający papieża Jana Pawła II, który robotnik powiesił na ścianie w jednym z pomieszczeń huty. Wtedy aktor grający starego Karamazowa na chwilę zamiera, po czym udaje, że profanuje świętość. Film trzeba oglądać bardzo uważnie, aby nie umknęły nam takie detale. Bo to wszystko jest ważne. Pokazuje, że aktorzy, choć to Czesi, a więc "ludzie bezbożni" według reżysera, mają jednak jakiś system wartości.

Bardzo mi się podobała ta ekranizacja powieści Dostojewskiego. Jest nietypowa, zaskakująca. Daje pole do rozmaitych interpretacji.
Podobnie jak u Dostojewskiego stawia pytania - czy jest Bóg, czy Boga nie ma. A jeśli nie ma, to czy wszystko jest dozwolone? Polecam zwrócić uwagę na ostatnią scenę - uważny widz zauważy wtedy, że jedna z postaci ma ogon. Czy jest diabłem?

Świetny film. Zobaczcie koniecznie, bo naprawdę warto. Nawiasem mówiąc, namawiam też do spotkania z oryginałem - czyli powieścią Bracia Karamazow, bo to rewelacyjna literatura. Dostojewski wszedł do mojego kanonu autorów absolutnie koniecznych od chwili, gdy przeczytałam pierwszą stronę Zbrodni i kary.

A wracając do Zelenki - urzekła mnie osoba tego reżysera. Człowieka świetnie mówiącego po polsku, z dużym poczuciem humoru no i, przede wszystkim, z pasją do robienia filmów. Archiwalny zapis audycji oczywiście na stronie Trójki, w Klubie Trójki. Myślę, że warto posłuchać przed obejrzeniem filmu.

Okruchy dnia


Niezwykła, dziwna i poruszająca powieść.

Książka jak marzenie: pełna uroku komedia manier, a zarazem chwytające za serce studium osobowości, podziałów klasowych i kultury.

Triumf... Na przemian śmieszna, absurdalna i wzruszająca.

Powyższe opinie pochodzą z czwartej okładki książki Okruchy dnia Kazuo Ishiguro.
Moje relacje z tym autorem są, muszę przyznać, dość skomplikowane.
Można powiedzieć, że nasza znajomość przeżyła jeden wzlot i jeden upadek.
Tym pierwszym było na pewno spotkanie z Pejzażem w kolorze sepii.
Książką trudną, dramatyczną. Rozważającą wartość ludzkiego życie i tragedię samobójstwa.

To ładne wspomnienie prozy Ishiguro nieco się zatarło podczas lektury Nie opuszczaj mnie.
Tę powieść czytało się naprawdę dobrze, była wciągająca, z dość ciekawą fabułą. Ale jednocześnie lekturze towarzyszyło przeświadczenie, że to nie jest dobra literatura. Że to nie jest literatura wielka. Ot, taka sobie lekka powieść, z dość kontrowersyjnym pomysłem na fabułę, nie do końca zresztą wyjaśnionym i niezbyt zaskakującym (albo po prostu niezbyt ciekawym) dla czytelnika.

I oto na mojej półce pojawia się ta książka - Okruchy dnia - w czarnej eleganckiej okładce z motywem pięknego staromodnego kieszonkowego zegara.
Okładka dość surowa w swej prostocie, chciałoby się powiedzieć ascetyczna. Zaczynam czytać i już po kilku stronach wiem, o co chodzi. Na mojej twarzy pojawia się uśmiech i nie schodzi z niej przez większą część stron. Choć na koniec przychodzi wniosek - że oto przeczytałam rzecz o człowieku, który mnie śmieszy, a tak naprawdę powinien budzić moją litość.

Narratorem powieści jest starszy już kamerdyner Stevens, który właściwie całe życie poświęcił na doskonalenie się w zawodzie najpierw lokaja, a potem kamerdynera. Najważniejsza była dla niego zawsze „godność licująca ze stanowiskiem”. Był przez wiele lat oddanym sługą lorda Darlingtona w typowo angielskim domu Darlington Hall. Po śmierci lorda nadal prowadził tę rezydencję na służbie u nowego właściciela, Amerykanina, pana Farradaya.
Stevens zabiera nas ze sobą na wycieczkę podczas swojego pierwszego od lat kilkudniowego urlopu. Kamerdyner, nie mając własnego życia i pomysłu na urlop, postanawia odwiedzić nieznane sobie zakątki Anglii. Jednak to tylko pretekst - tak naprawdę jego podróż zmierza ku odwiedzinom u panny Kenton, byłej gospodyni Darlington Hall, którą nasz bohater chce namówić do powrotu do pracy. Stevens nawet na urlopie nie potrafi oderwać się myślami od Darlington Hall. W opowieściach, które snuje, poznajemy go jako człowieka w stu procentach oddanego pracy. Pracy, którą traktuje jak najwyższej rangi misję, jak posłannictwo. Jest przy tym drobiazgowy do granic możliwości, sztywny, brak mu zuuuuupełnie poczucia humoru, a przy tym to człowiek zimny i nieokazujący emocji. Nawet wtedy, gdy w swoim pokoiku na piętrze umiera jego ojciec, również kamerdyner, Stevens bez mrugnięcia okiem wykonuje swoje obowiązki w czasie uczty u pana Farradaya. Praca jest u niego na pierwszym miejscu. Jest tak zaślepiony, że przez wiele lat nie zauważa zakochanej w sobie panny Kenton. I nawet gdy ona mówi mu wprost, że czasem żałuje życia, które mogła mieć u jego boku, Stevens zdaje się nie rozumieć, o co chodzi. Takie słowo jak „miłość” po prostu nie istnieje w jego słowniku.
Stara się być perfekcyjny w każdym calu, nie zdając sobie sprawy z tego, że dążąc do kamerdynerskiej doskonałości staje się po prostu śmieszny, a przy tym żałosny.
Czytelnik zaczyna rozumieć to dość szybko, sam Stevens jednak do ostatniej strony ćwiczy się w swojej specyficznie rozumianej godności.

Książkę odłożyłam na półkę z przekonaniem, że na pewno jeszcze do niej wrócę. Polecam.

Oto mała próbka:

Zeszłą noc spędziłem w gospodzie Pod Zaprzęgiem, niedaleko małego miasta o nazwie tauton w hrabstwie Somerset. Ponieważ zajazd mieści się w krytej strzechą stojacej tuż przy drodze chacie, gdy tam podjeżdżałem w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, przez okno forda wydał mi się czymś bardzo atrakcyjnym. Gospodarz wprowadził mnie po drewnianych schodach do małego pokoiku o nieco zbyt pustych ścianach, lecz bardzo porządnego. Gdy zapytał, czy jestem już po kolacji, poprosiłem, by podał mi do pokoju jakąś kanapkę, co było dla mnie w zupełności wystarczającym posiłkiem. Jednak gdy nadszedł wieczór, poczułem się w mym pokoiku trochę nieswojo, więc postanowiłem w końcu zejść do znajdującego się na parterze baru i dokonać degustacji tuutejszego jabłecznika.
Przy barze stała grupka pięciu czy sześciu klientów. Z ich wyglądu wnosiłem, że są to osoby związane z rolnictwem. Poza tym sala była pusta. Otrzymawszy od gospodarza kufel jabłecznika, zasiadłem przy stojącym nieopodal stoliku, chcąc rozluźnić się nieco i przemyśleć wszystkie wydarzenia mijającego dnia. Wkrótce jednak okazało się, że moja obecność ściągnęła na mnie uwagę miejscowych, którzy uznali widać za swój obowiązek okazać mi gościnność. Gdy przerywali rozmowę, ten czy ów ukradkiem spoglądał w moją stronę, jakby zbierając się na odwagę, by podejść do mnie. Wreszcie jeden z nich przemówił donośnym głosem:
- A więc będzie pan tu dziś spał, sir?
Gdy potwierdziłem, mówiący pokręcił z powątpiewaniem głową i zauważył:
- Nie wyśpi się pan tutaj, sir. No, chyba że spodoba się panu, jak stary Bob - tu wskazał na gospodarza - tłucze się przez całą noc. A potem obudzi pana jego kobita, jak będzie na niego wrzeszczała od samego rana.
Wywołało to głośny wybuch śmiechu, pomimo protestów wspomnianego dżentelmena.
- Doprawdy - zapytałem?
Gdy to wypowiedziałem, przyszło mi na myśl - podobnie jak ostatnio w wielu sytuacjach w obecności pana Farradaya (chlebodawca Stevensa, przyp. AO) - że wymaga się ode mnie jakiejś dowcipnej odpowiedzi. Jakby na potwierdzenie tych przypuszczeń rozmówcy przyglądali mi się w milczeniu i czekali na moje słowa. Wysiliwszy więc całą wyobraźnię, oznajmiłem wreszcie:
- To na pewno tutejsza wersja piania koguta.
Miejscowi zdawali się czekać na dalszy ciąg. Potem, zauważywszy rozbawiony wyraz mej twarzy, parsknęli śmiechem, w którym wyczuć można było jednak pewną nutkę zdziwienia. Po czym powrócili do przerwanej rozmowy i nie zamieniliśmy już ani słowa aż do chwili, gdy życzyliśmy sobie dobrej nocy.
Ten dowcip bardzo mi się spodobał, gdy przyszedł mi do głowy, więc muszę przyznać, że byłem nieco rozczarowany jego nie najlepszym przyjęciem. Przypuszczam, że moje rozczarowanie było tym większe, że przez ostatnie miesiące wiele czasu i wysiłku poświęciłem przecież doskonaleniu umiejętności w tej dziedzinie. A umiejętność tę musiałem w sobie wykształcić, jeżeli chciałem bez obawy spełniać wszystkie oczekiwania pana Farradaya dotyczące żartów.
I tak na przykład ostatnio w każdej wolnej chwili - gdy, powiedzmy, pan Farraday spędzał wieczór poza domem - starałem się słuchać radia. Jednym z programów, których najchętniej słucham, jest Dwa razy na tydzień albo częściej, w rzeczywistości nadawany trzy razy w tygodniu; polega głównie na tym, że dwie osoby w sposób zabawny komentują przeróżne tematy z listów słuchaczy. Programem tym zająłem się dlatego, że prezentowane tam żarty są zawsze w najlepszym guście - według mnie - w stylu takiego właśnie przekomarzania się, jakiego może ode mnie oczekiwać pan Farraday. Opierając się na tym programie, wymyśliłem sobie proste ćwiczenie, które staram się wykonywać przynajmniej raz dziennie; gdy tylko nadarzy się wolna chwila, staram się sformułować trzy dowcipne uwagi na temat sytuacji, w jakiej w tym momencie się znajduję. Albo dla odmiany staram się wymyślić trzy żarty oparte na zdarzeniach ostatniej godziny.
Zrozumieją więc Państwo na pewno moje rozczarowanie w związku z mym wczorajszym dowcipem. Myślałem z początku, że może moja wymowa była niezbyt wyraźna. Potem jednak, gdy już leżałem w łóżku, przyszło mi do głowy, że być może powiedziałem coś niestosownego. Przecież mogli zrozumieć, że według mnie żona gospodarza przypomina koguta - o co bynajmniej mi nie chodziło. Wątpliwość ta zaczęła mnie mocno dręczyć tuż przed snem, tak że niemal postanowiłem z samego rana wystąpić z przeprosinami; jednak gospodarz odnosił się do mnie bardzo miło, więc zrezygnowałem w końcu z poruszania tego tematu.
To drobne wydarzenie jest bardzo dobrym przykładem, jak niebezpieczne bywa mówienie dowcipów. Z samej ich natury wynika, że mówi się je bardzo szybko, bez zastanowienia nad wszystkimi możliwymi ich konsekwencjami, więc przy braku koniecznego doświadczenia istnieje poważne ryzyko wygłoszenia rzeczy bardzo niestosownych. Nie ma powodu przypuszczać, że jest to dziedzina, w której nie mógłbym dojść do wprawy przy dostatecznej ilości czasu i praktyki, lecz związane z tym niebezpieczeństwa są tak wielkie, że postanowiłem nie starać się spełniać tego obowiązku w obecności pana Farradaya, przynajmniej chwilowo, póki nie będę miał okazji trochę poćwiczyć.
K. Ishiguro, Okruchy dnia, Wyd. Albatros A. Kuryłowicz, s. 160-163.

czwartek, 29 stycznia 2009

Hurtownia książek

Zupełnie przypadkiem odkryłam ostatnio ciekawy program o książkach. Nazywa się Hurtownia książek, a prowadzą go Agnieszka Wolny-Hamkało (poetka, znana mi z bloga w "Polityce") oraz Bill Jonston (Amerykanin, profesor literatury, tłumacz polskiej literatury na angielski).
Program podoba mi się z kilku powodów. Po pierwsze, nie jest prowadzony w sposób sztampowy (czyli dwie osoby siedzą przy stoliku i wysoce naukowym językiem wykłócają się o jakość danego tytułu). Tutaj wszystko dzieje się spontanicznie - Agnieszka i Bill pakują prezenty świąteczne dla widzów i "przy okazji" omawiają premiery książkowe. Albo ubierają choinkę, a potem układają pod nią książki, które, ich zdaniem, nadają się na prezent. Przypomina to luźną rozmowę dwóch znajomych, którzy wymieniają się poglądami na temat przeczytanych książek. Mnie to przekonuje. Prowadzący są uśmiechnięci, otwarci. I jeśli jakąś książkę oceniają nie najlepiej, to prosto z mostu mówią, że jest słaba, kiepsko napisana, że nie ma w niej treści. Potrafią też zachęcić do książki według nich bardzo dobrej.
Ponadto w programie, oprócz nieco słabszych tytułów, pojawia się sporo literatury "w moim stylu", czyli takiej, która teoretycznie wcześniej czy później mogłaby pojawić się na mojej półce. A dzięki rekomendacjom Hurtowni prawdopodobieństwo, że się na niej pojawią, wzrasta.
Brakowało mi takiego programu. Teraz oglądam wszystkie archiwalne odcinki w itvp.pl. Program w TVP leci w sobotę rano.

Tutaj


Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. Powiedziałabym nawet, że istniejecałe mnóstwo rzeczy, których nie powinno się robić zbyt wcześnie. Jednąz nich jest CZYTANIE POEZJI.
A konkretnie czytanie wielkiejpoezji, gdy nie jest się na to przygotowanym. Z wierszami WisławySzymborskiej zetknęłam się po raz pierwszy przelotnie w późnejpodstawówce, a potem w liceum omawialiśmy takie utwory jak np. Cebula,Kot w pustym mieszkaniu, Pierwsza fotografia Hitlera, Dwie małpyBruegla, Sto pociech.
I niestety, sztampowe, mechaniczne podejście do tematu, sztywne "coautor miał na myśli" i "jaka jest konstrukcja wiersza" spowodowało, żepoezję Szymborskiej odebrałam podobnie jak wszystkie inne rzeczy "doprzerobienia" (nigdy nie byłam fanką lektur obowiązkowych).
I gdyby nie to, że podczas przerzucania kolejnych książek w jednym zantykwariatów wpadł mi w ręce tomik DWUKROPEK, pewnie nadal żyłabym wnieuświadomieniu.
Booto otworzyłam książkę na przypadkowej stronie, przeczytałam jeden z utworów, nie pamiętam już który, i pomyślałam sobie "WOW, aleniesamowite".
I tak zaczęła się moja miłość do naszej noblistki. Dwukropek zabrałamze sobą wtedy do domu, podobnie jak WIDOK Z ZIARNKIEM PIASKU. Potem nakomputerze przepisałam sobie cały tomik CHWILA wypożyczony zbiblioteki. I po dziś dzień lubię urządzać sobie poetycko-filozoficznewieczorki z wierszami Szymborskiej w roli głównej.
Bo ta poezja przesycona jest filozofią, chwilowością, przypadkowością,przemijalnością. Nie ma w niej zbędnych słów, są za to słowa, o którychmożna myśleć potem przez całą noc.

A dlaczego akurat teraz o tym piszę? Ano dlatego, że lada dzień będzie miało miejsce ważne wydarzenie literackie - ukaże się nowy tom, a właściwie też tomik - TUTAJ. A dziś w Krakowie na ul.Lubicz spotkanie z Poetką! Żałuję, że nie mogę się tam teleportować.

PS Na zakończenie przytoczę jeszcze anegdotkę z recenzji Jarosława Mikołajewskiego (GW z 2005-11-27):
Kiedy dwa lata temu prosiłem o rozmowę Ferzana Ozpetka, który pochodziz Turcji, od lat mieszka w Rzymie i jest dziś jednym z najciekawszychreżyserów (w Polsce oglądaliśmy m.in. jego "Łaźnię turecką" i "Okno"),oświadczył: "Co prawda nie mam czasu, ale z tobą porozmawiam, bo jesteśPolakiem, a Polką jest również Szymborska". I opowiedział, jak idąc narzymską premierę swojego pierwszego filmu, wszedł do księgarniFahrenheit przy Campo di Fiori, otworzył przypadkiem książkę nieznanejsobie "poetki o dziwnym nazwisku", jak nie mógł się od niej oderwać,więc ją kupił, zabrał na premierę i na początku spotkania oświadczył,że ten wieczór nie będzie poświęcony filmowi, lecz książce. Iprzeczytał zebranym wiersze polskiej poetki.

Opowieśćturecko-włoskiego reżysera jest czymś więcej niż anegdotą z życiawyższych sfer kulturalnych Rzymu. Ozpetek mimowolnie utrafił w istotęoddziaływania wierszy Wisławy Szymborskiej, które rodząc się z chwiliżycia i pokazując jej wątpliwe zaistnienie, przypadkowy bieg i niepewnykierunek, ofiarowują czytelnikowi chwilę zrozumiałej lektury świata.

PS 2 I jeszcze mój ulubiony wiersz

Rozmowa z kamieniem

Pukam do drzwi kamienia.

- to ja wpuść mnie.

Chcę wejść do twojego wnętrza,

Rozejrzeć się dokoła,

Nabrać ciebie jak tchu.

- odejdź- mówi kamień.-

jestem szczelnie zamknięty.

Nawet rozbite na części

Będziemy szczelnie zamknięte.

Nawet starte na piasek

Nie wpuścimy nikogo.

Pukam do drzwi kamienia.

- to ja wpuść mnie

przychodzę z ciekawości czystej.

Życie jest dla niej jedyna okazją.

Zamierzam przejść się po twoim placu,

A potem jeszcze zwiedzić liść i kroplę wody.

Niewiele czasu na to wszystko mam.

Moja śmiertelność powinna cię wzruszyć.

jestem z kamienia - mówi kamień-

i z konieczności musze zachować powagę.

Odejdź stąd.

Nie mam mięsni śmiechu.

Pukam do drzwi kamienia.

-to ja wpuść mnie.

Słyszałam, że są w tobie wielkie puste sale,

Nie oglądane, piękne nadaremnie,

Głuche, bez echa czyichkolwiek kroków.

Przyznaj, że sam niedużo o tym wiesz.

-wielkie i puste sale- mówi kamień-

ale w nich miejsca nie ma.

Piękne, być może, ale poza gustem

Twoich ubogich zmysłów.

ożesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy.

Całą powierzchnią zwracam się ku tobie,

A całym wnętrzem leżę odwrócony.

Pukam do drzwi kamienia.

-twoja wpuść mnie.

Nie szukam w tobie przytułku na wieczność.

Nie jestem nieszczęśliwa.

Nie jestem bezdomna.

Mój świat jest wart powrotu.

Wejdę i wyjdę z pustymi rękami.

A na dowód, że byłam prawdziwie obecna,

Nie przedstawię niczego prócz słów,

Którym nikt nie da wiary.

-nie wejdziesz- mówi kamień.-

brak ci zmysłu udziału.

Żaden zmysł nie zastąpi ci zmysłu udziału.

Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia

Nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału.

Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu,

Ledwie jego zawiązek, wyobraźnie.

Pukam do drzwi kamienia.

-to ja wpuść mnie.

Nie mogę czekać dwóch tysięcy wieków

Na wejście pod twój dach.

-jeżeli mi nie wierzysz- mówi kamień-

zwróć się do liścia powie to, co ja.

Do kropli wody, powie to, co liść.

Na koniec spytaj włosa z własnej głowy.

Śmiech mnie rozpiera, śmiech, olbrzymi śmiech,

Którym śmiać się nie umiem.

Pukam do drzwi kamienia.

-to ja wpuść mnie.

-nie mam drzwi- mówi kamień.

Mała księżniczka, czyli aż łza się w oku kręci


Mam za sobą weekend u rodziców. Weekend spędzony na plotkach, plotkach i jeszcze raz plotkach. Weekend niesamowicie relaksujący i ciepły. Bardzo mi było potrzebne oderwanie się od Warszawy, od spraw codziennych, od myślenia o rzeczach nie zawsze wesołych.
Spędziłam czas z rodzicami i siostrami, mąż był 40 km ode mnie, u swoich rodziców. Była więc okazja, aby od siebie odpocząć, a jednocześnie stęsknić się za sobą.

Uwielbiam przebywać w moim pokoju w domu rodziców. Siadam na kanapie i znów zamieniam się w małą dziewczynkę. Tym razem fala wspomnień zalała mnie z tym większą siłą, że odtworzyliśmy starą kasetę sprzed 15 lat z jednej z imprez rodzinnych. Kaseta leżała przez kilka lat bezużytecznie, jako że era wideo minęła bezpowrotnie. Nośnik udało się ją jednak przekonwertować na DVD i tym sposobem zrobiliśmy sobie niezłą powtórkę z rozrywki. Jakie to uczucie zobaczyć siebie jako 12-letnie dziecko? Niesamowite, a jednocześnie dające do myślenia. Patrzyłam na ekran i byłam coraz bardziej zdumiona, jakim byłam rozbieganym łobuzem, jak nie potrafiłam nawet pięć minut usiedzieć na miejscu? Gdzie z biegiem lat znika ta energia??? Ech, gdybym dziś miała w sobie tyle życia, tyle zapału do ruszania się. Dorosłość zabija w nas spontaniczność. Choć nie powiem, i dziś potrafię z mężem wygłupiać się, skakać i śmiać się, aż nas brzuchy bolą. To już jednak nie to samo, co kiedyś, kiedy nie było żadnych zmartwień, kiedy skok franka szwajcarskiego obchodził nas tyle co dziury w szwajcarskim serze.

Przy okazji pobytu u rodziców wydarzyła się jeszcze jedna rzecz, która skłoniła mnie do takich wynurzeń. Przeglądając biblioteczkę w domu rodziców odkryłam MÓJ SKARB z dzieciństwa. "Mała księżniczka" Frances Hodgson Burnett - książka z wytartą okładką, zagiętymi rogami, przybrudzonymi brzegami, zczytana do granic możliwości. Moja ulubiona książka z dzieciństwa. Znałam ją niemalże na pamięć.
Dla tych, którzy jej nie czytali, krótkie streszczenie fabuły. Mała Sara jest uroczym dzieckiem wychowywanym przez nieprzyzwoicie bogatego ojca, który rozpieszcza ją na wszelkie możliwe sposoby. Ojciec zapisuje córkę na elitarną pensję panny Munchen, gdzie dziewczynka jest dalej utwierdzana przez wszystkich, a zwłaszcza przez żądną pieniędzy właścicielkę pensji, w swojej wyjątkowości. Sara pozostaje jednak skromna i życzliwa. Mimo specjalnego traktowania, mimo posiadania kucyka i ogromnej garderoby dla siebie i swojej lalki. Wszystko zmienia się, gdy ojciec dziewczynki umiera jako bankrut. Z dnia na dzień Sara zostaje służącą panny Munchen, ponieważ musi odpracować dług zaciągnięty przez jej ojca. Upokarzana, głodzona, zachowuje dawną pogodę ducha. Zaprzyjaźnia się ze szczurem zamieszkującym jej izdebkę na zimnych strychu. Książka ma oczywiście happy end.

Nie umiem znaleźć słów, które oddałyby, co czułam wtedy, będąc kilkuletnią dziewczynką czytającą o losach biednej Sary. Potrafiłam wtedy maksymalnie wczuć się w rolę tej małej bogaczki wystawionej na tak ciężką próbę. Wchodziłam w jej świat, na czas lektury przenosiłam się w książkowy świat. Stawałam się małą księżniczką. Zastanawiam się, jaki wpływ miały na mnie te "moje" lektury. Właśnie "Mała księżniczka", obowiązkowa seria "Ani z Zielonego Wzgórza", "Jana ze wzgórza latarni", uroczy "Plastusiowy pamiętnik" , wyuczone na pamięć wiersze Tuwima i Brzechwy wiele, wiele innych nieco naiwnych, dziecinnych książeczek.
Wiem jedno - dzięki tym książkom miałam wybujałą wyobraźnię, z której chyba do dziś co nieco pozostało. Moje ukochane lektury nauczyły mnie wrażliwości, a po trosze chyba też trochę miłości. Po prostu - w jakimś stopniu mnie ukształtowały. To, że sięgnęłam, po takie, a nie inne, zaważyło być może na dalszych wyborach życiowym (jak choćby wybór kierunku studiów), jednym słowem dziecięce lektury - "zrobiły" ze mnie humanistkę.

Zastanawiam się, czy dziś, po około dwudziestu latach, które minęły od czasu, gdy z wypiekami na twarzy zaczytywałam się w "Małej księżniczce", nadal potrafię tak empatycznie podchodzić do "moich" bohaterów? Czy i teraz mam jakiegoś, który jest mi tak bliski? Może staruszek z Traktatu o łuskaniu fasoli? Eberhard Mock z mrocznej serii Krajewskiego? Jurek z Pilchowskich powieści? Anna In z książki Tokarczuk? To może któryś z braci Karamazow? Niestety, nie umiem takiego znaleźć.
No, może ewentualnie Katarzyna Earnshaw z "Wichrowych wzgórz" wzbudzała we mnie podobne uczucia, choć akurat w tym wypadku bardziej zafascynował mnie film niż książka.

Dzieciństwo to czas magiczny. Cieszę się, że spędziłam go wśród pól i lasów, że mogłam wybiegać się do woli, powygrzewać na słońcu nad pobliskim stawem, wyszaleć na rowerze na polnych drogach. I podczas takich wzruszających momentów, jak ten, kiedy znalazłam na półce "Małą księżniczkę", odczuwam ogromną tęsknotę za tym czasem sielskim anielskim. Czy tylko ja tak mam?

Czeski sen, czyli w poszukiwaniu...

Miałam ostatnio okazję obejrzeć film Czeski sen. To ciekawie nakręcony obraz, bardziej w formie dokumentu. Ogólnikowo mówiąc: dwóch studentów czeskiej filmówki ma nietypowy pomysł na pracę dyplowową. Postanawiają stworzyć film o otwarciu Czeskiego snu - supermarketu, który będzie miał swoją reklamę na bilboardach w całej Pradze, spoty w radiu i telewizji - jednym słowem zakrojoną na bardzo szeroką skalę kampanię reklamową, a właściwie antyreklamową. Na bilboardach pojawiają się bowiem antyzachęty: Nie jeźdzcie tam, Nie wydawajcie pieniędzy itp.
Główny pomysł filmu polega na tym, że ten supermarket nie istnieje, a tysiące osób, które naprawdę zgromadzą się na placu w dniu otwarcia, przy próbie zrobienia zakupów w tym Czeskim śnie... zderzy się z płócienną fasadą.
Film daję do myślenia, obnaża pęd do nieograniczonego konsumpcjonizmu Prażan, a w domyśle każdego z nas.

Mnie skłonił do postanowienia, że oto kończę z comiesięcznym kupowaniem "Twojego Stylu", w większości nafaszerowanego reklamami perfum i ciuchów, na które i tak mnie nie stać.

Muszę znaleźć sobie jakąś alternatywę, myślałam o czymś z dziedziny literacko-kulturalnej. Hm, i tu pojawia się problem. Nigdy nie byłam wielbicielką stricte literackich czasopism. Są dla mnie zbyt trudne, przeintelektualizowane. Ale czy jest na rynku pismo dla osób zafascynowanych literaturą, które przedstawiałoby książki z wyższej, aczkolwiek nie najwyższej półki. Chodziłoby mi głównie o propozycje nowowści książkowych, recenzje, wywiady z autorami, wiadomości z rynku wydawniczego.

Wiem, że wznowił się "Bluszcz", niegdyś pismo ambitne, do którego pisali autorzy pokroju Tuwima. Dzisiejszy "Bluszcz" jest typowo kobiecym pisemkiem, w którym znajdziemy nazwiska pani Kalicińskiej, Brodzik i Grocholi. No i oczywiście obowiązkowo Janusz Wiśniewski.
Przejrzałam gazetę dwa razy, to nie dla mnie.

Więc co? Może Nowe Książki albo Kurier Czytelniczy? No cóż, mam nadzieję, że znajdę dla siebie coś wartościowego w tych stertach dostępnych tytułów.