wtorek, 13 października 2009
O baby bluesie i innych myślach w mojej głowie
poniedziałek, 12 października 2009
Dni Otwarte w Trójce
Dziewiąty miesiąc dziewiątym miesiącem, ale przecież takiego wydarzenia nie mogłam sobie odpuścić. Tuż po godzinie 10 ustawiliśmy się z mężem w kolejce przed budynkiem, która jeszcze wtedy nie była zbyt długa. Dość szybko udało nam się dostać do korytarza radiowego, a tam już się działo. Z głośników nadawano archiwalne audycje, gości witała pani Magda Jethon, a przy stolikach pogawędzić można było z Wojciechem Mannem (rzeczywiście, zgodnie z tym co wcześniej słyszałam, nie należy do osób zbyt wylewnych i ciepłych), Piotrem Stelmachem (wielkie pozdrowienia dla niego - przeeeemiły redaktor, który potrafi w minutę zyskać sympatię drugiej osoby, bardzo fajnie nam się rozmawiało, gdy zaczepił nas na trójkowym korytarzu z pytaniem o dzidziusia), Marcinem Łukawskim i Krystianem Hanke (dwa przystojniaki non stop uśmiechnięci), Mają Borkowską i Beatą Michniewicz (która wcale nie wyglądała tak groźnie, jak słychać na antenie), Hirkiem Wroną, Dariuszem Rosiakiem, Dariuszem Bugalskim, Michałem Nogasiem, Michałem Olszańskim i wieloma innymi redaktorami, którzy kręcili się po korytarzach. W ramach szybkiej wycieczki zwiedziliśmy studia, w których są nagrywane poszczególne audycje. Miałam okazję przechodzić obok pokoju, z którego nadaje pan Piotr Kaczkowski (co zapewne szczególnie zainteresuje Trójkowiczkę). Oprowadzający nas Adam Sobieraj potwierdził, że redaktor choruje i nie wiadomo, jak to będzie :(((
Podsumowując - wspaniała wyprawa, po której chce się słuchać Trójki jeszcze więcej i więcej.
wtorek, 8 września 2009
13 bajek z królestwa Lailonii

13 bajek z królestwa Lailonii Leszka Kołakowskiego to zbiorek dla - jak mówi podtytuł - dużych i małych. Czytam je więc na głos, łącząc przyjemną lekturę dla siebie z bajkami w sam raz dla maluszka mieszkającego w moim brzuchu (tak naprawdę czytam mu też inne, dużo mniej odpowiednie dla dzieci książki, bo - powiedzmy sobie szczerze - jest mu wszystko jedno, co słyszy, byle by to był głos mamy).
Te bajki towarzyszą mi już od ładnych paru lat, wracam do nich regularnie, ponieważ mają jakiś charakterystyczny urok, niepowtarzalny humor i po prostu są fajne. Aż kipi w nich od ironii i absurdu, a takie zabiegi są dla mnie jak lep na muchy.
Bajki mają charakter uniwersalnych przypowiastek, w których możemy doszukiwać się odniesień do różnych dziedzin ludzkiej działalności: polityki, filozofii, czy po prostu życia i naszych słabości, ułomności.
Tę książeczkę, napisaną przez wielkiego filozofa, polecam nie tylko miłośnikom filozofii, ale tym wszystkim, którzy lubią się śmiać podczas lektury i chcą mądrze spędzić czas na poły na wesoło, na poły poważnie.
czwartek, 20 sierpnia 2009
O zmamusieniu
Oczywiście, nie ominął nas z mężem również szał na zakupy ciuszkowo-zabawkowo-łożeczkowo-wózkowe. Kupowanie słodkich, koniecznie bawełnianych ubranek w rozmiarze 56, wybór idealnego łóżeczka, pościeli - to wszystko obowiązkowe rytuały poprzedzające pojawienie się maluszka. Obowiązkowe w tym sensie, że stanowią jakby etap przygotowujący do faktu, że już wkrótce będzie ktoś jeszcze. Wraz z pojawieniem się w mieszkaniu tych wszystkich tycich rzeczy mamy w końcu namacalne dowody, że coś się zmienia. Jest to ważne szczególnie dla mężczyzn, którzy pozbawieni są naturalnych bodźców.
I tak to jest. Czytam ostatnio głównie gazety i poradniki o instrukcji obsługi noworodka, jak na skrzydłach lecę do naszej fantastycznej szkoły rodzenia (oczywiście z mężem u boku), szukam dla naszej trójki większego samochodu i każdego dnia zmagam się z dylematami, czy kupić wanienkę w komplecie z przewijakiem, czy osobno, oraz jaką matę edukacyjną wybrać.
No cóż, my, kobiety, jesteśmy widać tak skonstruowane, że wraz z ujrzeniem dwóch magicznych kresek niejako automatycznie zapala się w nas lampka "macierzyństwo" i nie gaśnie przez długie, długie lata.
wtorek, 7 lipca 2009
Auteczko

Nie znajdziecie poniżej ani słowa krytycznego pod adresem autora książki Auteczko - Bohumila Hrabala, jako że czytuję i lubię go od kilku lat i niczego złego się dotychczas w jego prozie nie dopatrzyłam. Za to dobrego... całe mnóstwo. Specyficzny, żywy i plastyczny język, czasami czeska jowialność, pijackie zwierzenia w drodze od knajpy do knajpy, bohaterowie zapadający w pamięć, jakieś ciepło bijące ze stron powieści, dowcip, przekora, autoironia - za to wszystko Hrabala cenię.
A Auteczko to książka opowiadająca o wielkiej miłości Hrabala do kotów.
W swojej wiejskiej posiadłości pod Pragą, w której zajmował się pisaniem, miał zawsze co najmniej kilku przyjaciół na czterech łapach, a zdarzało się, że i kilkunastu. W sposób rozczulający autor opisuje swoje zmagania z ulubieńcami, którzy wcale nie są pokornymi kociakami. Wręcz przeciwnie - każdy ma swój charakterek, swoje upodobania, swoje widzimisię. I każdego Hrabal lubi na swój sposób, niektóre wyróżniając szczególnie.
No tak, tylko że wśród tych kotów są i kotki. A jak są kotki, znaczy będą kocięta. I to w dużych ilościach. Wtedy żona Hrabala chodzi ze zmartwioną miną i powtarza "co my zrobimy z tyloma kotami", a Hrabal jest jeszcze bardziej zmartwiony, bo już wie - od momentu kiedy zobaczył te maleństwa o tym wiedział - że trzeba będzie się pozbyć tego nadmiaru kociaków. I wie też doskonale, że gdy już to zrobi, zwierzaczki będą mu się śniły po nocach przez długi czas.
Taka to właśnie opowiastka o kocim przywiązaniu, o ludzkich dramatach, o konieczności wyboru, o tym, że każde istnienie jest tak samo ważne. Napisana przy tym w taki sposób, że można i śmiać się, i wzruszyć.
Książka poprzedzona jest prologiem, w którym autor odpowiada na pytania o to np. którą ze swoich książek lubi najbardziej, czy czasem śmieje się z tego, co napisze, co robi, gdy nie idzie mu pisanie itp. Dla wszystkich lubicieli Hrabala - a więc i dla mnie - to ciekawe ciekawostki.
Podsumowując - bardzo bardzo bardzo mi się podobało. Lektura obowiązkowa dla wszystkich właścicieli kotów :).
I jeszcze fragment oddający troszkę klimat książki:
Kiedy przyjeżdżałem autobusem i brnąłem przez śniego, widziałem z dróżki pod pewnym katem taras, otwarty prostokąt pod podłogą altanki, gdzie podnosiły się kocie uszka, a potem wybiegały koty. Widziałem ich łapki, jak zbiegają po drewnianych schodach, jak biegną mi naprzeciw, jak się do mnie łaszą... Zawsze brałem jedno po drugim na ręce i calowałem je pod szyją, a one przytułały się do mnie. (...) A potem pisałem te swoje teksty, maszyna stukała, musiałem się spieszyć, nigdy nie miałem czasu, żeby dbać o stylistyczną poprawność tekstu, musiałem pisać szybko, żeby móc poświęcić się kotom...
sobota, 4 lipca 2009
Tabu

Aby mój mały Wojtuś dobrze się rozwijał w brzuszku, muszę teraz dużo się ruszać - oczywiście na miarę swoich możliwości. Ponieważ sportsmenka ze mnie żadna, mój ruch ograniczam do jakiejś tam mizernej gimnastyki przy muzyce i do długich spacerów po parku Morskie Oko lub Łazienkach.
I na te spacery zabieram ze sobą książki, zwykle wydrukowane na tzw. papierze dmuchanym, czyli eccobooku, co by było lżej. I najlepiej w formacie kieszonkowym. Zazwyczaj do parku wędrują ze mną dwie-trzy pozycje, bo przecież dobór lektury na dany moment zależy od tak wielu czynników... ;) Zwłaszcza jak się jest ciężarówką i miewa się zmienne nastroje.
Ale dość tych przydługich wstępów - do rzeczy. Ostatnio zabrałam ze sobą tylko jedną powieść - Tabu Kingi Dunin. Autorkę znam głównie z felietonów w Wysokich Obcasach (które swego czasu czytywałam, aby pewnego dnia dojść do wniosku, że wolę chodzić w płaskich butach) i z jej feministycznej działalności, jeśli można to tak określić.
A książkę kupiłam bynajmniej nie ze skłonności ku feminizmowi, ale z powodu korzystnej ceny w Taniej Książce - całe 4,50 zł!
Marta, licealistka, mieszka ze swoimi zakręconymi rodzicami i bratem. Ojciec, filozof i wegetarianin, próbuje odnaleźć się po stracie pracy i nieudolnie przejmuje rolę kury domowej. Matka rozwija skrzydła kariery. Brat Marty, Józio (notabene najsympatyczniejszy bohater książki), z zapałem chodzi na lekcje religii i przygotowuje się do I komunii św., choć nikt z rodziny nie raczył go uświadomić, że nawet nie jest ochrzczony.
Z kolei sama Marta czas po szkole spędza, korespondując ze swoim bliskim kuzynem z innego miasta, Markiem (o ich krewniactwie dowiadujemy się później). I są to listy jak najbardziej miłosne. Jak się rozwinie ich znajomość i co z tego wyniknie?
To książka napisana dość ciekawie, aczkolwiek przewidywalnie. Co mnie denerwowało, to liczne wtręty filozoficzne ojca, który w codziennych rozmowach z rodziną ciągle odwoływał się do Kanta, Kartezjusza i roztrząsał kwestie religii i światopoglądu, a nie potrafił zauważyć najbardziej oczywistych rzeczy czy rozwiązać najprostszych problemów.
Można powiedzieć, że Kinga Dunin stworzyła powieść o dziwnej rodzinie, takiej, jakich w dzisiejszych czasach nie brakuje. Brak porozumienia, mijanie się, obojętność, nieumiejętność okazywania uczuć, okłamywanie się to chleb powszedni bohaterów książki Tabu. I może właśnie to autorka chciała nam przekazać - że w rodzinie nie powinno być tematów tabu, że trzeba umieć ze sobą rozmawiać, a już zwłaszcza rozmawiać z własnymi dziećmi.
Ogólnie, książkę oceniam na trzy z plusem, właściwie czytałam ją z braku innej lektury, po to, aby ją jak najszybciej skończyć.
wtorek, 30 czerwca 2009
Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki

Po lekturze Ciotki Julii i skryby nie oczekiwałam dużo po Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki Mario Vargasa Llosy. Ale ponieważ od kilku miesięcy powieść stała na mojej półce i tak naprawdę miałam ochotę na coś lekkiego w te ciężkie, upalne dni - sięgnęłam po nią... i nie żałuję. Treść przedstawia się mniej więcej tak: nastoletni Ricardo poznaje dziewczynę, którą rzuca na niego urok absolutny, nieprzemijający przez kolejnych pięćdziesiąt lat. Ta dziewczynka, a później kobieta to typowa femme fatale, która niczym modliszka niszczy swojego partnera po każdym kolejnym zbliżeniu. Pojawia się w jego życiu i znika z niego tyleż regularnie, co niespodziewanie, rujnując do szczętu jego ustabilizowane, w gruncie rzeczy nudne życie.
Fabuła powieści jest bardzo przewidywalna i chyba o to autorowi chodziło. Bo przecież wiadomo, że nasz bohater Ricardo tak łatwo nie uwolni się od swojej namiętności, że będzie go ona nawiedzać nieustannie. I możemy mu współczuć, serdecznie żałować, że on - taki grzeczny i kochający - trafił na taką niegrzeczną i bezwględną. A z drugiej strony zazdrościć mu takiej wielkiej miłości, która znosi wszystko, a nawet więcej.
Akcja powieści rozgrywa się początkowo w Peru, później w Paryżu, gdzie przeprowadza się Ricardo. Nie mając tak naprawdę własnego miejsca, mężczyzna wszędzie czuje się obco - Paryż ma dla niego sens tylko wtedy, gdy dzieli go z ukochaną, poza tym nie zauważa jego piękna, zdaje się żyć jak w amoku. Peru staje mu się dalekie - gdy wybiera się do dzielnicy z dzieciństwa, ma ochotę natychmiast stamtąd uciec.
Ricardo jest człowiekiem bez korzeni, bez przyszłości, bez nadziei na spełnienie fatalnej miłości.
Polecam tę książkę wszystkim tym, którzy mają ochotę na coś nieskomplikowanego - można ją zabrać np. na plażę, w podróż pociągiem albo poczytać w senne letnie popołudnie. Jeśli jednak oczekujemy od literatury czegoś więcej niż tkliwego opowiadania o miłości - sięgnijmy po coś innego.
poniedziałek, 8 czerwca 2009
Kielonek

I oto teraz, gdy doczekałam się czasów kiedy mogę do woli czytać czytać czytać, gdy postanowiłam się w literaturze nieśpiesznie rozsmakowywać w przeciwieństwie do bylejakiego czytania w biegu - właśnie teraz w moje ręce wpadają tytuły, które pochłania się jednym tchem, właściwie bez kontroli nad czasem. Po prostu - jak się już zacznie, to jakiś demon czający się w kartkach nie pozwala się od nich oderwać. Trzeba pędzić wzrokiem po kolejnych linijkach i czytanie z jazdy osobowym zmienia się w podróż intercity.
Kolejną taką książką po Balzakianach jest Kielonek Alaina Mabanckou. To książka wydana przez nowo powstałe krakowskie wydawnictwo Karakter, którego założyciele - cała trójka zdobywała wydawnicze szlify w Znaku - zastrzegają "Wydajemy, co się nam podoba". Wśród swoich propozycji mają cztery tytuły: To oślepiające, nieobecne światło Ben Jellouna (książka zaczęta przeze mnie, ale czekająca na półce na czas, kiedy będą już mogła czytać tak przerażające powieści), Dzieci bohaterów Lyonel Trouillot, Fruwającą duszę Yoko Tawady i właśnie Kielonka.
I muszę przyznać, że Karakter mnie zainteresował, zaintrygował, patrzę na to wydawnictwo z nutką zazdrości, że ja też bym tak chciała - wyszukiwać i powoływać do polskiego życia tytuły, które mnie urzekły. Życzę powodzenia wydawnictwu na trudnym rynku wydawniczym.
Ale wracając do Kielonka. Z literaturą pijacką jestem nieco zaznajomiona. Przy okazji pisania pracy magisterskiej o języku Pilchowskich powieści przestudiowałam rozmaite artykuły o literaturze pijackiej, o etosie pijaństwa, o chorobach alkoholowych wielkich twórców. I wierzcie mi, o piciu powstały już naprawdę opasłe tomy.
Jednak książka Mabanckou to prawdziwa perełka. Nie dziwi mnie absolutnie zachwyt krytyków i moich blogowych koleżanek nad tą książką. To książka napisana po mistrzowsku, ze swadą, z zacięciem. A pomysł pominięcia kropek w całości - po prostu genialny. Bo dzięki temu powieść czyta się tak, jak zapewne życzyłby sobie autor - prześlizgując się po tekście w delirycznym drżeniu i zafascynowaniu. Słowotok narratora, tytułowego Kielonka, to właśnie takie pijackie gadanie. Rzecz dzieje się w Republice Konga. Kielonek siedzi całymi dniami w barze "Śmierć kredytom", a jego misją jest spisanie na luźnych kartkach dziejów tej spelunki. A ponieważ Kielonek właściwie nie trzeźwieje, jego pisanina jest właśnie taka gadana, z licznymi wtrąceniami w stylu "no nie?", z takim pleceniem, co ślina na język przyniesie, i licznymi dygresjami. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że to bełkot bez ładu i składu. Wręcz przeciwnie. W opowieściach Kielonka znajdziemy wiele wtrętów i sformułowań świadczących o ogromnej erudycji, o znajomości literatury (nawiązania do Marqueza, Prousta i wielu innych twórców), wiele aluzji i odwołań do symboli kulturowych. Zastosowane chwyty literackie upewniają czytelnika w przekonaniu, że oto ma do czynienia ze świetną literaturą. To język, który skrzy się i migoce, w który wpadamy niczym w otchłań; czytanie staje się dla nas nałogiem. Za tę pasję pisania i żywiołość należą się Mabanckou wyrazy najzwyższego uznania.
Gorąco zachęcam do zapoznania się z książką i całą galerią niezwykłych postaci w niej prezentowanych. Choć to ludzie przegrani, wykiwani przez los, zepchnięci na margines, przepełnieni goryczą i pełni pretensji do świata, zapewniam was, że ich losy nie znudzą was ani przez chwilę, a lekturze będzie towarzyszyć to zaduma, to znów głośny śmiech.
Jak na razie wydawcy Karakteru dotrzymują słowa - jest i niekonwencjonalność, i tajemnica, łamanie tabu i schematów, i odkrywanie nowych terytoriów. Czas spędzony z książką Kielonek to na pewno czas dobrze wykorzystany.
piątek, 5 czerwca 2009
Balzakiana absolutnie obowiązkowe!

Dziś nie mogę uwierzyć, że zastanawiałam się nad tym, czy kupić tę książkę. Ale w końcu wpadła ona w moje chciwe czytelnicze ręce.
I już po kilkunastu przeczytanych stronach wiedziałam, że to będzie jedna z najważniejszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Pochłonęłam ją w jeden dzień i żałowałam, że to było tylko czterysta stron.
Jacek Dehnel to pisarz, poeta, tłumacz starszy ode mnie o rok. Jest znany ze swego nieco ekcentrycznego stylu bycia (frak, cylinder, laseczka), a także z otwartego przyznawania się do bycia gejem. Ale przede wszystkim, co należy pokreślić, zachwyca talentem literackim.
Jakiś czas temu miałam niewątpliwą ucztę czytelniczą podczas lektury Lali. To urokliwa powieść, nieco sentymentalna, wspomnieniowa.
Balzakiana zaś to cztery nowele (minipowieści?), w których Dehnel odwołuje się do Balzaka i jego Komedii ludzkiej po to, aby "zmierzyć się z tym, co ogólnoludzkie, w dekoracjach tego, co specyficznie polskie". I udało się autorowi świetnie. Jak słusznie zauważył Marcin Sendecki w Przekroju", "gdy się mocno natężyć, słychać, jak sam Balzak bije Dehnelowi brawo w zaświatach" (cała recenzja na stronie merlin.pl).
My, Polacy, a może po prostu my, ludzie, możemy przeglądać się w Balzakianach jak w lustrze. Mamy tu bowiem podany jak na tacy cały przekrój naszych wad, niedoskonałości, słabości. Ciasnota umysłu kupców z al. Solidarności, ich pazerność na dobra materialne, pragnienie wzniesienia się na wyższe poziomy warszawskich salonów. Brak autentycznych, szczerych relacji w rodzinie Zarębskich, w której najważniejsze są pieniądze i w której nieszczęsną bogatą ciotkę traktuje się jak worek bez dna, by worek ten przerzucać z miejsca na miejsce, gdy zachoruje. Snobizm biznesmenów Włosów, którzy dorobili się fortuny, ale nie dorobili się ogłady i intelektu. Z jednej strony naiwność, z drugiej zupełna porażka życiowa emerytowanej piosenkarki. Czyli uniwersalny model ludzkich zachowań, który nie zmienił się od czasów Balzaka. Każda z opowieści ilustruje dramat rozgrywany najczęściej wśród osób sobie najbliższych. Pokazuje piekło, jakie można sobie nawzajem urządzić. Wyrachowanie, burza charakterów, zazdrość, pogoń za mamoną, oszustwa, krzywdy, brak wyrozumiałości przewijają się przez Balzakiana, jak mówi autor "pod rozwagę i ku uciesze". Każdy z nas z lektury może wyciągnąć wnioski dla siebie. Czytając tę książkę, nie raz można pokiwać głową nad żałosnym losem jej bohaterów, ale też się nim wzruszyć, a czasem rozbawić. W dodatku autor raczy nas zaskakującym zakończeniem każdej z minipowieści.
Serdecznie zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję. Jest świetnie napisana specyficznym Dehnelowskim językiem. Błyskotliwym, erudycyjnym, a jednocześnie prostym i potoczystym. Czyta się to jednym tchem. Nawet więcej - jak się już zacznie, nie można przestać.
Parafrazując tekst ze skeczu mojego ulubionego kabaretu: "Dehnel powinien więcej pisać i grubiej". Niniejszym zaliczam pana Jacka do mojego prywatnego kanonu autorów obowiązkowych. I trzymam kciuki za Nike dla niego (mimo iż, biję się w piersi, nie znam całej konkurencji).
środa, 3 czerwca 2009
Wieczór z Grzesiem

Oj, rozpieszczam się ostatnio, rozpieszczam.
Czasem tak jest, że na coś długo, długo czekamy. Ja odkąd zamieszkałam przelotnie w Krakowie czekałam na to, aby zza któregoś rogu ulicy wychynął Grześ Turnau. Po migracji do Warszawy z utęsknieniem czekałam na jego koncert w stolicy.
I oto wczoraj, pamiętnego dnia 3 czerwca, ziściło się moje wielkie pragnienie posłuchania krakowskiego barda na żywo. Wieczór sowich piosenek odbył się w Teatrze Syrena.
I cóż, od tego miejsca mogę zacząć pisać nieskładnie i chaotycznie, bo tak naprawdę miałabym do napisania przede wszystkim "och" i "ach" i znów "och" i "ach". Bo taka jestem jeszcze uskrzydlona i zachwycona tymi dwoma godzinami z moim ulubionym artystą.
Grześ (fortepian i śpiew) występował z Robertem Kubiszynem (basista, znany mi już z koncertu Marka Napiórkowskiego), Leszkiem Szczerbą na saksofonie (i klarnecie).
Słuchałam jak urzeczona i jednocześnie dziwiłam się, jak inny wizerunek prezentuje artysta na scenie. Co tu dużo mówić, Turnau wydawał mi się być artystą raczej melancholijnym, poważnym, nawet uwznioślonym. A tymczasem pokazał się jako człowiek niezwykle uroczy, z niesamowitym poczuciem humoru, przytaczającym różne anegdotki związane ze swoim życiem twórczym w sposób tak zabawny, że widownia pękała ze śmiechu. Takiego Grzesia nie znałam. I w takiej wersji polubiłam go jeszcze bardziej.
Bo jest taki krakowski. Bo przemyca do mojej świadomości poezje Tuwima, Gałczyńskiego, Lipskiej, Herberta, Witkiewicza, Brzechwy. Bo często powraca do swoich guru, czyli Marka Grechuty, Kabaretu Starszych Panów. Bo tworzy piękną muzykę, której mogę słuchać bez końca. Bo ma bezbłędny warsztat artystyczny i własny, niepowtarzalny styl. Bo dwa razy wczoraj bisował, po tym, jak oklaskiwaliśmy go na stojąco. Podsumowując, koncert cudny, niesmowite przeżycie, oczywiście pod warunkiem że się Grzesia uwielbia jak ja :).
Czy muszę pisać, że wcale nie miałam ochoty opuszczać sali teatralnej??? Po powrocie do domu zapuściliśmy sobie płytę "Do zobaczenia", aby posłuchać jeszcze raz naszej ulubionej piosenki o wódce w parku.
I taka cała w skowronkach zasnęłam... i śnił mi się Grześ...
poniedziałek, 25 maja 2009
Targi Książki
Na tyle starczyło mi sił w moim szczególnym obecnie stanie.
Nie byłam niestety na spotkaniu z Joanną Szczepkowską, z Jerzym Stuhrem, z Jerzym Bralczykiem, Antonim Liberą, Agatą Tuszyńską.
Lubię atmosferę targów książki. Mimo konieczności przepychania się wśród tłumów, miło jest jednak co i rusz natykać się na autora, którego się zna i ceni. No i ta wszechobecność książek...
środa, 20 maja 2009
Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego

To niewielkich rozmiarów książeczka, którą można przeczytać w ciągu godziny. Ja spędziłam nad nią znacznie więcej czasu. Po pierwsze dlatego, że czytałam ją ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach, a to, jak wiadomo, utrudnia czytanie, a po drugie dlatego, że książka wzbogacona jest o liczne fotografie z pracowni Kapuścińskiego, nad którymi warto pochylić się na dłuższą chwilę.
Jarosław Mikołajewski - autor wspomnień - poeta, tłumacz, dziennikarz, był bliskim przyjacielem pisarza w ostatnich latach jego życia. Wspomina tego "swojego Ryśka" niezwykle ciepło i w sposób bardzo osobisty buduje nam portret Kapuścińskiego. Mówi o tym, jakim był człowiekiem prywatnie, jak miewał napady śmiechu:
"Podczas całej jazdy śmiał się nieprzerwanie, z trudem łapiąc oddech, w triesteńskim barze śmiał się napadowo, w drodze powrotnej wrócił do wersji pierwotnej. Po powrocie poszedł spać, wyczerpany. Kiedy spotkaliśmy się na kolacji, śmiał się znowu, pod byle pretekstem".
Pisze o długich rozmowach albo o wspólnym milczeniu, o tym, jakie twarze przybierał pisarz w zależności od sytuacji, jak wściekł się, oglądając impresję z 11 września z obrazem wieżowców, walących się w zwolnionym tempie przy podkładzie muzycznym, w obłokach kurzu.
Z tych intymnych wspomnień, napisanych z wielką czułością i wielkim szacunkiem, wyłania się obraz podróżnika-reportera-pisarza-mędrca. Człowieka, który był jednym z głównych kandydatów do Nobla, a sam o nagrodzie nigdy nie wspominał. Który rozbrajał ludzi życzliwym zainteresowaniem dla ich małych spraw. Który był jednym z największych dziennikarzy świata, a emanował pokorą i nieśmiałością.
Książka poprzedzona jest wstępem żony pisarza, Alicji Kapuścińskiej. Wspomina ona o tym, jak zabierał on w każdą podróż klucze od mieszkania, aby mieć pewność, że ma dokąd wrócić. Pisze o długich rozłąkach i o nie do wyobrażenia dla obecnego pokolenia braku możliwości skomunikowania się z drugą osobą.
Książka zawiera też zapiski szpitalne samego Kapuścińskiego z ostatnich dni jego życia. To luźny zapis obaw związanych z chorobą, bezdradności wobec niej.
Po śmierci Kapuścińskiego ukazało się wiele publikacji na jego temat. Nie wszystkie są godne zainteresowania, powstały z potrzeby rynku, bo wiadomo, że się sprzedadzą, bez względu na treść i wartość literacką i merytoryczną.
Tę książkę mogę ze spokojnym sumieniem polecić, gdyż nie sili się ona na wymądrzanie się i epatowanie erudycją, a jedynie w sposób ciepły i wzruszający daje nam możliwość poprzebywania jeszcze przez chwilę z mistrzem Kapuścińskim.
czwartek, 14 maja 2009
Cebulka
Spodobała mi się ta historyjka, więc się nią z Wami dzielę.
Bo chyba każdy z nas ma choćby drobny powód ku temu, aby bić się w piersi. Że oto jakim społeczeństwem jesteśmy - do sąsiada się nie uśmiechniemy, wolimy wręcz go nie zauważać. Nie mamy do siebie wzajemnie zaufania, za to dużo wokół obojętności i znieczulicy. Żyjemy sobie sami, egoistycznie patrząc tylko na czubek własnego nosa. Interesuje nas tylko to, że MY mamy na chleb, na masełko, a inni niech się o siebie martwią. Nie mamy nawyku życzliwości, chęci niesienia pomocy. Oczywiście, nie wszyscy. Ale chyba jednak zdecydowana większość.
Ja sama mam sobie w tej kwestii wiele do zarzucenia, do czego przyznaję się szczerze.
Jakoś mało myślimy o tym, że przecież kiedyś zostaniemy rozliczeni z tego, jakimi ludźmi byliśmy. A to "kiedyś" może nastąpić za 30 lat, ale może też i jutro. Nie znamy dnia ani godziny.
Jakoś pesymizmem powiało, ale to wszystko wina Dostojewskiego.
Może czas przerzucić się na lżejszą literaturę? Jakieś romanse czy co?
środa, 13 maja 2009
Moja podwójność
To jest niesamowite. Z dnia na dzień, z ujrzeniem dwóch kresek na teście, przestajesz być właścicielem własnego ciała - „udostępniasz” je tej miniaturowej istotce, która nagle znajduje się w centrum uwagi i sprawia, że myśli zawężają się do modlitw, aby tylko było jej dobrze tam, w środku, aby sobie spokojnie i zdrowo rosła.
Z jednej strony eksplozja radości, z drugiej męczący niepokój.
Niby gwałtowne przebudzenie instynktu macierzyńskiego, ale też ociupinka strachu, co to będzie i że już nigdy nie będzie tak jak dawniej. Że nie będzie życia we dwójkę, ale już zawsze dwa plus jeden.
A jednak to niewiarygodne, jak łatwo można pogodzić się z tą utratą wolności na rzecz dziecka. Jak nagle wszystko inne przestaje być ważne, jak bez trudu można zdobyć się na wyrzeczenia, których w ciąży nie brakuje.
Wraz z zajściem w ciążę zmienia się dosłownie wszystko. Trudno to wyjaśnić - po prostu nie jestem już tamtą Anną. Jestem Anną non stop myślącą o tej kruszynce. Anną radosną, Anną niespokojną, Anną uśmiechniętą, Anną płaczącą bez powodu, Anną czytającą głośno baśnie Andersena i słuchającą Mozarta, Anną zamyśloną - Anną zupełnie nową. I lubię to swoje nowe wcielenie.
Korzystając egoistycznie z uroków wolności i nadmiaru wolnego czasu, wracam do moich ukochanych powieści, do Braci Karamazow i Mistrza i Małgorzaty przede wszystkim. Upajam się tą beztroską, nieśpieszną lekturą, już planuję doczytać te książki Kapuścińskiego, które tak tęsknie spoglądają z półki.
I staram się dużo śmiać, bo to kształtuje osobowość dziecka.
I jem mnóstwo zdrowych rzeczy, bo przecież Ono tam w brzuszku wcina to samo.
I dużo wypoczywam, nie jeżdżę na rowerze, ale za to spaceruję po Morskim Oku i Łazienkach.
Jednym słowem, wszystko przewróciło się do góry nogami. Jak fajnie...
wtorek, 28 kwietnia 2009
Fabryka muchołapek

"Nie można panować i być bez winy. Szaleństwo panowania jest zbyt oczywiste". Te słowa wypowiedziane przez Saint-Justa na procesie Ludwika XVI zostają zacytowane w powieści Fabryka muchołapek Andrzeja Barta. Osnową powieści jest fikcyjny proces, który nigdy się nie odbył. Oskarżonym jest Chaim Mordechaj Rumkowski. To postać niezwykle kontrowersyjna i niejednoznacznie oceniana przez historię. W okresie drugiej wojny światowej był zarządcą łódzkiego Judenratu, sprawował władzę w łódzkim getcie. Zorganizował w nim fabrykę, aby Żydzi zamieszkujący getto stali się tym samym przydatni Niemcom i mieli szansę na przeżycie. Nikt nie wiedział, jak długo potrwa wojna i że zamysł Rumkowskiego nie zostanie spełniony. Rumkowski otworzył też w getcie szkoły, szpitale, apteki. Z łódzkiego getta uratowało się najwięcej ludzi. Jeśli spojrzymy na fakty od tej strony - nie można Rumkowskiemu nic zarzucić, a wręcz jego postawa zasługuje na podziw. Jest jednak druga strona medalu. Przecież Rumkowski podejmuje się współpracy z hitlerowcami. Przecież z jego decyzji na śmierć idą dziesiątki ludzi. Przecież "targuje się" z Niemcami o życie swoich Żydów, aby w końcu zaproponować im oddanie dzieci do 10. roku życia i starców. Przecież molestuje dziewczynkę, której wcześniej zaoferował pomoc i opiekę (jest ona zresztą jedna z wielu). Jakim więc tak naprawdę jest człowiekiem? Czy rzeczywiście kierują nim szczytne cele? A może po prostu człowiekiem ogarniętym żądzą władzy, którego tak naprawdę los wspólnoty nic nie obchodzi? W końcowej części to sam obrońca, którego mała siostra zginęła w getcie, feruje wyrok na starca.
Książkę czyta się właściwie jednym tchem, ponieważ jest wciągająca i bardzo dobrze napisana. Fikcja miesza się tu z rzeczywistością niczym u Bułhakowa. Powieść z pewnością zasługuje na uznanie i uwagę.
wtorek, 24 marca 2009
Pochwała współczesnego kina rosyjskiego


Mam dziś do zaproponowania dwa nowe filmy, które widziałam w kinie w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
Pierwszy film to Rusałka, drugi Okrucieństwo.
Co je łączy?
W obu bohaterkami są kobiety, oba zostały wyreżyserowane przez kobiety i oba są rosyjskie.
Rusałka jest bajkową opowieścią o Alisie, dziewczynce, która zaprasza nas do swojego czarodziejskiego świata - pełnego marzeń (głównie dotyczących powrotu nigdy niewidzianego ojca). W swoim świecie Alisa posiada zdolność spełniania swoich życzeń. Mała Alisa marzy o zostaniu baletnicą. Kiedy ma 6 lat i zdaje sobie sprawę z tego, że ojciec nigdy nie wróci, przestaje mówić. Gdy dorasta i przeprowadza się do Moskwy, próbuje odnaleźć się w tym nowoczesnym, pędzącym mieście, w którym na każdym kroku atakują ją hasła reklamowe zamieszczone na billboardach. Dziewczyna pozostaje szczelnie zamknięta w swojej skorupie. W końcu spotyka Saszę, którego ratuje z nurtów rzeki. Chłopak okazuje się być snobem w depresji, który jednak z czasem zaczyna zmieniać swój sposób postrzegania Alisy...
Film jest porównywany z francuską Amelią i pewne elementy rzeczywiście są podobne. Też nie jest to prosta i wesoła historia, też jest to historia o miłości i budowaniu wzajemnego zaufania.
Okrucieństwo to z kolei pozornie film o przyjaźni i solidarności kobiet. Nastolatka Wika z dachu swojego bloku fotografuje sceny miłosne między młodą kobietą Zoją i jej kochankiem, notabene jej sąsiadem mieszkającym w tym samym wieżowcu i mającym żonę i dziecko. Gdy nie powiodą się próby szantażu kochanka, decyduje się zawrzeć sojusz z Zoją i namawia ją, aby wspólnie dały nauczkę mężczyźnie.
Zoja, elegancka, wykształcona, dobrze sytuowana prawniczka, ulega wpływowi Wiki, ponosząc wszystkie tego konsekwencje.
Oba filmy zachwycają świetną grą aktorską, zaskakującą fabułą i niesamowitym klimatem współczesnej Moskwy.
Jednym słowem - kino rosyjskie stoi naprawdę dobrze. Polecam!
środa, 18 marca 2009
Droga do szczęścia

No i stało się. Dopadła mnie depresja, która w moim przypadku oznacza brak ochoty na cokolwiek, brak celu, brak energii. Chodzę spać o dziewiątej-dziesiątej wieczorem, co zdecydowanie nie jest ani normalne, ani zdrowe. Mam wrażenie, że każdy dzień jest dniem świstaka, nic nowego, ciągła powtórka z rozrywki.
Z tego powodu z czytaniem też ostatnio jakoś kiepsko... Ale nie beznadziejnie. Bo przecież mam za sobą lekturę świetnej powieści Droga do szczęścia Richarda Yatesa. Zapraszam do przeczytania mojej opinii o książce.
Czy mieliście kiedykolwiek przeświadczenie, że jesteście stworzeni do wyższych celów? Że codzienna żmudna praca od-do jest nie dla was, bo zamiast odbębniać nudne obowiązki powinniście zająć się wypełnianiem jakiejś ważnej misji, która jest wam przeznaczona? Czy nudzi was przebywanie wśród przeciętnych ludzi, którzy mieszkają w przeciętnych domach i mają przeciętne dzieci? Czy boli was ciągły brak czasu na rozwijanie własnych umiejętności i zainteresowań, pogłębianie wiedzy?
Jeśli tak, to moglibyście umówić się na kawę z głównym bohaterem książki Droga do szczęścia i wspólnie poroztrząsać te bolączki. Jest rok 1955, Frank Weeler wiedzie takie właśnie niespełnione życie. Choć ma śliczną żonę, dwójkę dzieci i dobrze płatną pracę w dziale sprzedaży w dużej firmie oraz uroczy dom na osiedlu Revolutionary Hill w zachodnim Connecticut, cały czas czuje, że to nie to, że się dusi. Praca strasznie go męczy, nazywa ją najnudniejszym zajęciem na świecie. Każdego dnia Frank budzi się z przeświadczeniem, że nic ciekawego go nie czeka. Drażni go przeciętność, jaka go otacza. Przeciętni sąsiedzi, przeciętna droga do pracy, przeciętni koledzy w biurze, przeciętna kochanka...
On, Frank, jest od nich wszystkich lepszy, bardziej inteligentny - tylko życie (czyli pojawienie się dzieci) zmusiło go do wpadnięcia w tek kierat mechanicznego powtarzania utartych wzorców.
Żona Franka, April Weeler, nie jest wcale od niego lepsza. Jako niedoszła aktorka teatralna czuje się niespełniona jako kobieta. Dlatego gdy nadarza się okazja zagrania w sztuce wystawianej przez osiedlowy teatr, skrzętnie z niej korzysta, choć pozornie daje wszystkim odczuć, że to takie plebejskie, płytkie. Niestety, sztuka odnosi kompletną porażkę, a April zostaje skompromitowana jako aktorka.
Ten nieudany wieczór w teatrze pociąga za sobą lawinę kłótni i wymówek w małżeństwie Weelerów.
Jak mogą wyjść z tego impasu? April w desperacji wpada na pomysł, że rozwiązaniem ich problemów będzie wyjazd do Paryża. Jest gotowa podjąć pracę jako sekretarka w ONZ i tym samym podarować mężowi wolny czas - na rozmyślanie o filozofii, na dokształcanie się, na pisanie. Ma nadzieję, że Paryż ich odmieni, że tam odnajdą prawdziwy, głęboki sens życia. I w końcu będą żyli tak, jak chcą. Oboje Weelerowie jak dzieci zapalają się do tego pomysłu. Ich życie małżeńskie nabiera kolorów, zamienia się w sielankę. Frank i April łudzą się, że wyidealizowany Paryż da im nowe życie.
Dlaczego ich plany nie zostaną zrealizowane? Jakie decyzje podejmą Weelerowie i jakie będą ich skutki? Co się stanie z tą rodziną?
Zachęcam do lektury. Książka jest wartko napisana, czyta się ją bardzo przyjemnie. Choć, nie ukrywam, bohaterowie nie należą do osób, które można polubić. Są snobami, megalomanami, a w gruncie rzeczy ludźmi głęboko nieszczęśliwymi i unieszczęśliwiającymi innych, i to w dużej mierze na własne życzenie.
Książka opatrzona jest wstępem Richarda Forda (amerykański pisarz, zdobywca nagrody Pulitzera), który jednak polecam zachować sobie na koniec, ponieważ zdradza ważne elementy fabuły.
„Droga do szczęścia” to z pewnością powieść ważna również dla czytelnika żyjącego w dwudziestym pierwszym wieku. Bo tak naprawdę niewiele się zmieniło. Niestety, myślę, że wielu z nas może w kartach książki przejrzeć się jak w zwierciadle...
Na podstawie powieści nakręcony został film z Kate Winslet i Leonardo di Caprio w rolach głównych.
poniedziałek, 23 lutego 2009
Slumdog. Milioner z ulicy



Tak się złożyło, że miałam ostatnio okazję obejrzeć film Slumdog. Milioner z ulicy. Słyszałam ten tytuł wcześniej wielokrotnie i wydawało mi się, że jest to ten rodzaj kina, ktory mnie absolutnie nie zainteresuje. Czyli jakieś amerykańskie slumsy, muzyka hip-hopowa, dresiarze.
Ale w końcu obejrzałam... i zachwyciłam się. Miałam jeszcze żywo w pamięci lekturę Białego tygrysa Aravinda Agigi i gdy zobaczyłam pierwszych kilka scen Slumdoga, miałam wrażenie, że oglądam kadry z książki.
Indie, Bombaj. Młody chłopak, herbaciarz, bierze udział w Milionerach i dochodzi do pytania za 10 milionów rupii. Gdy rozlega się odgłos kończący program, chłopak zostaje aresztowany przez policję i jest brutalnie przesłuchiwany. Policja sądzi, że oszukiwał. Wtedy Jamal Malik zaczyna opowiadać historię swojego życia, w które, jak się okazuje, wplatają się epizody związane z pytaniami teleturnieju.
Slumdog. Milioner z ulicy to obraz absolutnie niezwykły. Pokazujący koloryt Indii, ich specyfikę - biedę, kastowość, przestępczość, walki religijne. Ot, takie Indie w pigułce.
A ponadto to piękna historia o prawdziwej, czystej, szczerej miłości, wciągający, trzymający w napięciu film.
Bardzo się ucieszyłam, gdy dziś o siódmej rano usłyszałam, że dostał 8 Oskarów.
piątek, 20 lutego 2009
Tektonika uczuć

Co prawda walentynki mamy już za sobą (na szczęście to dziwne amerykańskie święto minęło w moim przypadku prawie niezauważone), ale mam zamiar napisać o książce z uczuciem w tytule.
Autora tej książki, Erica Emmanuela Schmitta, francuskiego dramaturga, eseistę i powieściopisarza, cenię za takie tytuły jak Oskar i Pani Róża, Pan Ibrahim i kwiaty koranu, Dziecko Noego, Ewangelia według Piłata, Małe zbrodnie małżeńskie.
Trochę mniej za Kiedy byłem dziełem sztuki.
A dziś rzecz będzie o książce określanej jako "ambitna literatura nurtu lekkiego", czyli o Tektonice uczuć. Każdy, kto nie spał na lekcjach geografii, mnie więcej wie, co to tektonika - przemieszczanie się warstw skorupy ziemskiej związane z zachodzącymi procesami geologicznymi.
Skąd tektonika w tytule Schmitta? Ano stąd, że miłość jest zmienna; nawet gdy sobie tego nie uświadamiamy, w naszych uczuciach zachodzą skomplikowane procesy, przesunięcia, przewartościowania.
A już miłość w wykonaniu głównych bohaterów dramatu jest szczególnie kapryśna. Diane i Richard są w sobie zakochani. Pewnego dnia Diane, siedząc obok Richarda, zaczyna taką z pozoru niewinną konwersację. Że niby już nie tęskni tak za Richardem, gdy nie widzi go przez kilka godzin, że nie wybiega, jak kiedyś, na spotkanie z nim, że on już jej nie miażdży żeber, przytulając do siebie. Jednym słowem - zwierza się partnerowi, że jej uczucia chyba wystygły, że chyba już go nie kocha.
Z jej strona jest to gra - chodzi o to, aby wywołać w Richardzie niepewność co do uczuć ukochanej i skłonić go tym samym do oświadczyń. Dzieje się jednak coś dziwnego i zaskakującego: Richard stwierdza, że faktycznie, coś w tym jest, i że jego uczucie również nie jest już tak gorące jak kiedyś. Mówi tak, ponieważ poczuł się zraniony słowami Diane. I choć wciąż ją bardzo kocha, postanawia podejść do sprawy honorowo i podejmuje decyzję o rozstaniu.
Co z tego wyniknie? Zapraszam do lektury, książeczka niewielka, więc można jej poświęcić godzinkę-dwie. Chyba że mamy coś ciekawszego do zrobienia, bo nie jest to bynajmniej książka obowiązkowa. Nic nie stracicie, jeśli jej nie przeczytacie. Dialogi są w niej dość prymitywne, postaci bezbarwne, akcja przewidywalna. Autor nie jest zdaje się w najlepszej formie.
Morał z niej taki: nie wolno bawić się uczuciami partnera i wystawiać go na próbę. Nie dość, że jest to zachowanie nie fair w stosunku do tej drugiej osoby, to jeszcze może być brzemienne w skutkach i możemy go gorzko żałować.
W miłości nie można niczego na zimno kalkulować, ani tym bardziej nie wolno manipulować drugą stroną dla osiągnięcia własnych celów.
A przede wszystkim nie wolno niczego udawać ani kłamać, bo jedno niewinnie rzucone słówko może za sobą pociągnąć lawinę zupełnie niespodziewanych zdarzeń. Bo miłość od nienawiści dzieli cienka granica.
Fragment:
Richard: Tektonika uczuć. Uczucia przemieszczają się jak płyty, które tworzą Ziemię. Kiedy się poruszają, kontynenty zderzają się ze sobą, powstają gwałtowne przypływy, wybuchy wulkanów, tsunami, trzęsienia ziemi...
Diane: Nie, Richard, płyty unoszą się i przemieszczają na powierzchni, ale przyczyna zderzeń wciąż istnieje: to ogień, który wydostaje się z głębin, radioaktywna lawa, nieustające wrzenie. I choćbym nie wiem jak odrzucała swoje uczucia, nigdy się ich nie pozbędę. Dopóki bije we mnie serce...
środa, 18 lutego 2009
Konstelacje

Czas płynie. Aura za oknem zmienia się jak w kalejdoskopie. I nadal ani trochę nie przypomina wiosny. W dalszym ciągu więc moim ulubionym zajęciem jest szczelne owijanie się w koc i odpływanie w literackie światy.
Ostatnio przeniosłam się do miasteczka-wioski Black Swan Green w Anglii, gdzie mieszka Jason Taylor, bohater powieści Konstelacje Davida Mitchella. To mająca akcenty autobiograficzne ponadpięciusetstronicowa książka, której akcja rozgrywa się na początku lat 80., czyli w latach angielskiej wojny o Falklandy, w czasach, gdy władzę sprawuje Margaret Tatcher.
13-letni Jason, z którego perspektywy oglądamy wydarzenia, to już nie chłopiec, ale jeszcze nie mężczyzna. Jego bolączką jest jąkanie się, czyli Kat, który blokuje mu słowa. Z tego powodu chłopak jest wyśmiewany przez swoich rówieśników, w szkolnej hierarchii znajduje się w grupie największych ciamajd.
Nie jest mu lekko w świecie szkolnym, który rządzi się twardym prawem pięści i w którym pójście do kina z rodzicem to największy obciach. Jason ma jednak swój własny świat - jest bardzo wrażliwy, pisze poezje, które pod pseudonimem ukazują się w parafialnej gazetce. Oczywiście, jego koledzy określiliby to jakie „pedalskie”.
Czytając tę powieść, mamy okazję niemal dosłownie wejść w skórę bohatera i krok w krok za nim śledzić bieg wypadków. A dzieje się w powieści sporo. Skomplikowane relacje rodzinne, niejasne konflikty między rodzicami i w końcu rozpadek ich związku, upokarzające lekcje w szkole, pierwsze doznania erotyczne. Po prostu - wchodzenie w okres dojrzewania. Szczególnie podobał mi się w powieści rozdźwięk między Jasonem-dzieckiem a Jasonem-mężczyzną. Bo oto zwiedzając jakieś miasto, Jason kupuje sobie kolorowe pocztówki z dinozaurami i cieszy się na myśl, z jaką zazdrością zareaguje na nie kolega. A z drugiej strony, mijając na ulicy ładną dziewczynę, wyobraża sobie, jak rzuca ją na łóżko i namiętnie całuje. Pocałunek to dla niego maksymalnie seksualne doznanie. Dlatego pierwszy pocałunek z koleżanką na szkolnej dyskotece to dla niego niezwykłe przeżycie i prawdziwy przełom.
Książkę oceniam bardzo wysoko. To zdecydowanie ciekawa, dobrze napisana literatura. Powieść jest wciągająca (za każdym razem żal mi było ją odkładać), momentami zabawna i dowcipna, momentami smutna i przerażająca, ma niespodziewane zwroty akcji i bohatera, do którego można w jakiś sposób się przywiązać.
Cieszę się, że trafiłam na tę książkę, zupełnie przypadkiem zresztą - po prostu podczas błądzenia po empiku intuicyjnie po nią sięgnęłam, kupiłam - i bardzo fajnie, bo świetnie spędziłam czas na lekturze świetnej książki.
Kilka fragmentów:
Jason a seksualność:
Tato wlazł po prysznic. Po bodaj minucie usłyszałem trzask, jakby coś się rozdarło: "ping, ping, ping", huk oraz warknięcie: "...jasna!".
Ciut rozchyliłem powieki i o mało nie wrzasnąłem z przerażenia.
W otwartych dniach łazienki stał tato z głową w turbanie z szamponu, dzierżąc złamaną szynę prysznicowej zasłonki. Zupełnie nagi, z tym że w tym miejscu, gdzie ja mam fiutka, tacie dynda jakby tłusty woli ogon. Niebywałe!
Włosy łonowe ma gęste jak broda bizona! (Ja mam tylko dziewięć).
W życiu nie widziałem czegoś równie paskudnego.
Zaśnięcie przy wtórze chrapnięć i bulgotania taty jest po prostu niemożliwe. Nic dziwnego, że rodzice sypiają w osobnych pokojach.
Wstrząs wywołany interesem taty pomału przechodzi. Tak jakby. Ale czy grozi mi obudzenie się pewnego ranka z taką cumą między nogami? Strach mnie ogarnia na myśl, że przed czternastoma laty plemnik, który stał się mną, wyszedł z czegoś takiego (s. 333).
Cały czas ssałem miętówki, na wypadek poznania opalonej dziewczyny, która by mnie zaprosiła na pięterko jednego z tych zapadajacych się domów, gdzie na kalenicy krzyczą mewy - i zasunąwszy story, pchnęła mnie na łóżko, aby mi pokazać, jak całuje (s. 310).
Do gładkiego jej czoła przywarł zmoczony kosmyk cudnych włosów. Z dziką rozkoszą wziałbym kosmyk w usta i wyssał tę deszczówkę do ostatniej kropli (s.300).
Jason-poeta:
Jesień coraz smutniejsza, gnije i zachodzi mgłą. Pole zaraz za naszym boiskiem zbrązowiało niczym owsiane herbatniki. A barwy pola tuż za nim zmętniały jak woda w szklance, gdy zanurza się pędzel, malując akwarelą (s. 368).
Dając komuś do przeczytania własne wypociny - człowiek tak naprawdę wręcza mu zaostrzony kołek, kładzie się w trumnie i mówi: "Jestem do usług" (s. 266).
Jason filozofujący:
Chłopak, którego się czepiają, udaje niewidzialnego, aby nie rzucać się w oczy i uniknąć napaści. Jąkała udaje niewidzialnego, aby uniknąć przymusu wypowiadania słów, które są dla niego za trudne. Dzieciak, którego rodzice się kłócą, udaje niewidzialnego, żeby ich nie prowokować do nowej utarczki. Czyli że jestem niewidzialny z trzech powodów. I ostatnio sam rzadko widuję prawdziwego Jasona Taylora, chyba że przy pisaniu wiersza albo czasem przed lustrem, albo tuż przed zaśnięciem (s. 433).
Chłopaki to dranie, ale łatwo ich przejrzeć. Co myślą dziewczyny, to niezgłębiona tajemnica. Dziewczyny są nie z tego świata (s. 317).
Jason-dziecko:
Kupiłem zestaw trzynastu pocztówek z dinozaurami. Na każdej jest inny, ale gdy ulożyć je koło siebie, od końca do końca, tło łączy się, tworząc taki jakby szlaczek. Moran na pewno będzie mi zazdrościł (s. 310).
czwartek, 5 lutego 2009
Biały Tygrys

Po kilku nietrafionych pozycjach w zeszłym roku, śpieszę donieść wszem i wobec, że 2009 jest jak na razie pod tym względem dużo bardziej pomyślny.
Bo oto mam do zaproponowania kolejną dobrą książkę. Biały Tygrys Aravinda Adigi napisany jest w formie monologu młodego Hindusa Balrama, który w ciągu kolejnych nocy pisze list do premiera Chin, mającego przyjechać z oficjalną wizytą do Chin. Cała książka utrzymana jest w ironiczno-gorzkim tonie, choć nie brak jej akcentów humorystycznych.
Nasz bohater wprowadza nas w zawikłany świat indyjskiego społeczeństwa, które podzielone jest na świat Jasności i Ciemności.
Jasność to kasta ludzi bogatych, Ciemność zaś ludzi biednych, którzy żyją w skrajnej biedzie, bez prądu i bez szans na wydostanie się z tego środowiska. Żyją zazwyczaj w skupiskach, całymi rodzinami.
Do takiej biedoty zalicza się właśnie nasz bohater. Jest on bystrym, inteligetnym chłopakiem, który skrycie buntuje się przeciwko swojemu losowi - czyli byciu kierowcą u bogatej rodziny, która traktujego jak podczłowieka. W swoich wynurzeniach Balram ukazuje nam prawdziwe oblicze Indii. Kraju, w którym ludzkie życie nic nie znaczy, w którym wybory są fałszowane, a władza i policja na wskroś skorumpowane.
Wskazuje na zakłamanie rządzących, którzy chętnie chwalą się bogatymi, rozwijającymi się miastami takimi jak Dehli czy Bengalur, a za nic mają przeciętnego obywatela wegetującego w dzielnicach skrajnej nędzy.
Chłopak w miarę upływu kolejnych dni na upokarzającej służbie staje się coraz bardziej zdesperowany i knuje w głowie coraz bardziej zbrodnicze plany, aby w końcu je zrealizować. Otwiera mu to furtkę do świata przedsiębiorców, do świata Jasności. Balram staje się tym samym niczym Biały Tygrys - niezwykle rzadkim okazem, pojawiającym się raz na pokolenie. Porównanie do białego tygrysa ma podkreślić jego wyjątkowość jako osoby, której udało się w życiu coś osiągnąć, nawet jeśli osiągnęła to, popełniając przestępstwo.
I choć chłopak jest zarozumiały i próżny, to jednak wzbudził moją sympatię i po cichu kibicowałam, aby mu się udalo. Może dlatego, że czytając tę książkę, buntowałam się przeciwko niesprawiedliwości i nierówności społecznej, przeciwko traktowaniu człowieka w sposób przedmiotowy, jak zwierzęcia tylko dlatego, że urodził się w takiej a nie innej rodzinie.
Można się zastanawiać, po co autor uczynił odbiorcą monologu Balrama premiera Chin - nie jest to w żaden sposób uzasadnione i chyba jest niezbyt udanym zabiegiem stylistycznym. Być może warstwa jezykowa też pozostawia trochę do życzenia. Ale w książce ważniejsza jest jej wartość reportażowa. Bohater niczym reprorter krąży najpierw po swoim rodzinnym miasteczku, później po New Delhi, a w końcu po Bengalurze i przedstawia nam to, co widzi. Żebraków w slumsach, wielkie malle, do których wstęp mają tylko bogaci, podobnych sobie służących, którzy całe zycie spędzają na usługiwaniu innym i nie mają żadnych innych ambicji.
Książka podobała mi się. Wciągnęła mnie na tyle, że przeczytałam ją w ciągu kilku wieczorów, odstawiając na bok inne prace. Oczami młodego Belrama miałam okazję zobaczyć prawdziwe Indie, a tym samym choć trochę poznać tę część świata. Czy warto wraz z bohaterem podążać ulicami Indii - przekonajcie się sami.
Na zachętę krótkie fragmenty:
Jak wszystkie dobre bangalurskie opowieści, moja też zaczyna się daleko od Bangaluru. Teraz otacza mnie Jasność, ale trzeba Panu wiedzieć, że urodziłem się i wychowałem w Ciemności.
Lecz nie mam na myśli pory dnia, Panie Premierze!
Mówiąc o miejscu w Indiach, o co najmniej jednej trzeciej kraju, o mijescu żyznym, pełnym pól ryżowych i pszenicznych, i leżących wśród nich stawów, pokrytych lotosami i liliami wodnymi, i brodzących w nich bawołów, które żują te lotosy i te lilie. Proszę zrozumieć, Ekscelencjo, że Indie to dwa kraje: Indie Jasności i Indie Ciemności. Jasność przynosi mojemu krajowi ocean. Każdemu miejscu na mapie Indii położonemu blisko oceanu wiedzie się dobrze. Ale rzeka przynosi Indiom ciemność - czarna rzeka.
O jakiej rzece mówię, rzece Śmierci, z brzegami pokrytymi gęstym, ciemnym mułem, który swym lepkim uściskiem chwyta jak w potrzask wszystko, co się zasieje i zasadzi, który dusi to i dławi i głuszy?
Otóż mówię o Matce Gandze, rzece iluminacji, opiekunce nas wszystkich, która przerywa łańcuch narodzin i reinkarnacji. Obszar, przez który płynie, jest Ciemnością.
Jedną z cech Indii jest to, że prawie wszystko, co się słyszy o tym kraju z ust premiera, można odwrócić do góry nogami i wtedy ma się prawdziwy obraz. Mówi się, że Ganga to rzeka wyzwolenia i ze tysiace amerykańskich turystów przyjeżdżają co roku, żeby w Hardwarze i Benaresie fotografować nagich sadhu, premier z pewnością tak ją Panu opisze i będzie namawiał, żeby się Pan w niej zanurzył.
Nie, Panie Jiabao! Nalegam, żeby się Pan w Gandze nie zanurzał, jeśli nie chce Pan mieć w ustach pełno kału, słomy, rozmieklych w wodzie kawałków ludzkiego ciała i bawolej padliny oraz siedmiu różnych kwasów przemysłowych.
Aravind Adiga, Biały Tygrys, W-wa 2008, s. 16-17.
Pragnę Pana poinformować, Ekscelencjo, że Laxmangarh to typowa indyjska, rajska wioska, gdzie nie brak elektryczności, bieżącej wody i telefonów, i jeśli zmierzyć i zważyć tamtejsze dzieci, karmione pożywnym mięsem, jajkami , warzywami i soczewicą, to się okaże, że spełniają minimalne normy wzrostu i wagi ustanowione przez ONZ i inne organizacje, których rezolucje nasz premier podpisał i w których posiedzeniach tak systematycznie i z takim namaszczeniem uczestniczy.
Ha!
Prądu nie ma.
Kran - popsuty.
Dzieci - za szczupłe i za niskie jak na swój wiek, o wielkich głowach, w których oczy błyszczą tak wyraziście, jak wyraźnie nieczyste jest sumienie rządu Indii.
Aravind Adiga, Biały Tygrys, W-wa 2008, s. 21
wtorek, 3 lutego 2009
Bracia Karamazow

W ostatni poniedziałek (czyli w Dzień Świstaka) po raz kolejny odwiedziliśmy Trójkę. Tym razem w studiu im. A. Osieckiej obejrzeliśmy film Bracia Karamazow Piotra Zelenki, a potem mieliśmy okazję zobaczyć na żywo audycję Dariusza Bugalskiego, w której o filmie rozmawiał z reżyserem.
Akcja filmu rozgrywa się we współczesnej krakowskiej Nowe Hucie, w której praska grupa teatralna ma wystawić sztukę Bracia Karamazow.
Aktorzy grają sztukę od lat - i to widać, bo grają mistrzowsko. Wielką przyjemność sprawiło mi oglądanie ich na ekranie. No właśnie - Zelenka zrobił coś bardzo ciekawego - połączył w jednym obrazie kino i teatr. Ponoć zamiarem reżysera było "zatrzymanie sztuki dla potomnych".
Uwiecznienie jej na srebrnym ekranie. Tutaj wszystko toczy się jakby na dwóch planach - zawodowym, kiedy aktorzy wcielają się w Dostojewskich bohaterów, i osobistym - kiedy kłócą się między sobą, plotkują. Ich wzajemne relacje - podobnie jak relacje bohaterów spektaklu - pełne są sprzecznych emocji, od miłości do nienawiści.
Film jest niezwykły. Losy głównych bohaterów-aktorów, którzy grają samych siebie, splatają się z losem robotnika (w tej roli Andrzej Mastalerz), którego siedmioletni synek miał dzień wcześniej wypadek - spadł z rusztowania w hucie. Akcja spektaklu pochłania go jednak do tego stopnia, że zapomina o całym świecie. Dramat rozgrywany na scenie staje się dla niego ważniejszy niż jego własna tragedia.
Aktorzy grają więc później specjalnie dla niego. Spektakl staje się spektaklem jednego widza.
Teatr przeplata się z prawdziwym życiem.
Ciekawa jest scena, w której stary Karamazow ma opluć ikonę. Rekwizyt gdzieś się zapodział, więc jeden z kolegów podaje aktorowi obrazek przedstawiający papieża Jana Pawła II, który robotnik powiesił na ścianie w jednym z pomieszczeń huty. Wtedy aktor grający starego Karamazowa na chwilę zamiera, po czym udaje, że profanuje świętość. Film trzeba oglądać bardzo uważnie, aby nie umknęły nam takie detale. Bo to wszystko jest ważne. Pokazuje, że aktorzy, choć to Czesi, a więc "ludzie bezbożni" według reżysera, mają jednak jakiś system wartości.
Bardzo mi się podobała ta ekranizacja powieści Dostojewskiego. Jest nietypowa, zaskakująca. Daje pole do rozmaitych interpretacji.
Podobnie jak u Dostojewskiego stawia pytania - czy jest Bóg, czy Boga nie ma. A jeśli nie ma, to czy wszystko jest dozwolone? Polecam zwrócić uwagę na ostatnią scenę - uważny widz zauważy wtedy, że jedna z postaci ma ogon. Czy jest diabłem?
Świetny film. Zobaczcie koniecznie, bo naprawdę warto. Nawiasem mówiąc, namawiam też do spotkania z oryginałem - czyli powieścią Bracia Karamazow, bo to rewelacyjna literatura. Dostojewski wszedł do mojego kanonu autorów absolutnie koniecznych od chwili, gdy przeczytałam pierwszą stronę Zbrodni i kary.
A wracając do Zelenki - urzekła mnie osoba tego reżysera. Człowieka świetnie mówiącego po polsku, z dużym poczuciem humoru no i, przede wszystkim, z pasją do robienia filmów. Archiwalny zapis audycji oczywiście na stronie Trójki, w Klubie Trójki. Myślę, że warto posłuchać przed obejrzeniem filmu.
Okruchy dnia

Niezwykła, dziwna i poruszająca powieść.
Książka jak marzenie: pełna uroku komedia manier, a zarazem chwytające za serce studium osobowości, podziałów klasowych i kultury.
Triumf... Na przemian śmieszna, absurdalna i wzruszająca.
Powyższe opinie pochodzą z czwartej okładki książki Okruchy dnia Kazuo Ishiguro.
Moje relacje z tym autorem są, muszę przyznać, dość skomplikowane.
Można powiedzieć, że nasza znajomość przeżyła jeden wzlot i jeden upadek.
Tym pierwszym było na pewno spotkanie z Pejzażem w kolorze sepii.
Książką trudną, dramatyczną. Rozważającą wartość ludzkiego życie i tragedię samobójstwa.
To ładne wspomnienie prozy Ishiguro nieco się zatarło podczas lektury Nie opuszczaj mnie.
Tę powieść czytało się naprawdę dobrze, była wciągająca, z dość ciekawą fabułą. Ale jednocześnie lekturze towarzyszyło przeświadczenie, że to nie jest dobra literatura. Że to nie jest literatura wielka. Ot, taka sobie lekka powieść, z dość kontrowersyjnym pomysłem na fabułę, nie do końca zresztą wyjaśnionym i niezbyt zaskakującym (albo po prostu niezbyt ciekawym) dla czytelnika.
I oto na mojej półce pojawia się ta książka - Okruchy dnia - w czarnej eleganckiej okładce z motywem pięknego staromodnego kieszonkowego zegara.
Okładka dość surowa w swej prostocie, chciałoby się powiedzieć ascetyczna. Zaczynam czytać i już po kilku stronach wiem, o co chodzi. Na mojej twarzy pojawia się uśmiech i nie schodzi z niej przez większą część stron. Choć na koniec przychodzi wniosek - że oto przeczytałam rzecz o człowieku, który mnie śmieszy, a tak naprawdę powinien budzić moją litość.
Narratorem powieści jest starszy już kamerdyner Stevens, który właściwie całe życie poświęcił na doskonalenie się w zawodzie najpierw lokaja, a potem kamerdynera. Najważniejsza była dla niego zawsze „godność licująca ze stanowiskiem”. Był przez wiele lat oddanym sługą lorda Darlingtona w typowo angielskim domu Darlington Hall. Po śmierci lorda nadal prowadził tę rezydencję na służbie u nowego właściciela, Amerykanina, pana Farradaya.
Stevens zabiera nas ze sobą na wycieczkę podczas swojego pierwszego od lat kilkudniowego urlopu. Kamerdyner, nie mając własnego życia i pomysłu na urlop, postanawia odwiedzić nieznane sobie zakątki Anglii. Jednak to tylko pretekst - tak naprawdę jego podróż zmierza ku odwiedzinom u panny Kenton, byłej gospodyni Darlington Hall, którą nasz bohater chce namówić do powrotu do pracy. Stevens nawet na urlopie nie potrafi oderwać się myślami od Darlington Hall. W opowieściach, które snuje, poznajemy go jako człowieka w stu procentach oddanego pracy. Pracy, którą traktuje jak najwyższej rangi misję, jak posłannictwo. Jest przy tym drobiazgowy do granic możliwości, sztywny, brak mu zuuuuupełnie poczucia humoru, a przy tym to człowiek zimny i nieokazujący emocji. Nawet wtedy, gdy w swoim pokoiku na piętrze umiera jego ojciec, również kamerdyner, Stevens bez mrugnięcia okiem wykonuje swoje obowiązki w czasie uczty u pana Farradaya. Praca jest u niego na pierwszym miejscu. Jest tak zaślepiony, że przez wiele lat nie zauważa zakochanej w sobie panny Kenton. I nawet gdy ona mówi mu wprost, że czasem żałuje życia, które mogła mieć u jego boku, Stevens zdaje się nie rozumieć, o co chodzi. Takie słowo jak „miłość” po prostu nie istnieje w jego słowniku.
Stara się być perfekcyjny w każdym calu, nie zdając sobie sprawy z tego, że dążąc do kamerdynerskiej doskonałości staje się po prostu śmieszny, a przy tym żałosny.
Czytelnik zaczyna rozumieć to dość szybko, sam Stevens jednak do ostatniej strony ćwiczy się w swojej specyficznie rozumianej godności.
Książkę odłożyłam na półkę z przekonaniem, że na pewno jeszcze do niej wrócę. Polecam.
Oto mała próbka:
Zeszłą noc spędziłem w gospodzie Pod Zaprzęgiem, niedaleko małego miasta o nazwie tauton w hrabstwie Somerset. Ponieważ zajazd mieści się w krytej strzechą stojacej tuż przy drodze chacie, gdy tam podjeżdżałem w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, przez okno forda wydał mi się czymś bardzo atrakcyjnym. Gospodarz wprowadził mnie po drewnianych schodach do małego pokoiku o nieco zbyt pustych ścianach, lecz bardzo porządnego. Gdy zapytał, czy jestem już po kolacji, poprosiłem, by podał mi do pokoju jakąś kanapkę, co było dla mnie w zupełności wystarczającym posiłkiem. Jednak gdy nadszedł wieczór, poczułem się w mym pokoiku trochę nieswojo, więc postanowiłem w końcu zejść do znajdującego się na parterze baru i dokonać degustacji tuutejszego jabłecznika.
Przy barze stała grupka pięciu czy sześciu klientów. Z ich wyglądu wnosiłem, że są to osoby związane z rolnictwem. Poza tym sala była pusta. Otrzymawszy od gospodarza kufel jabłecznika, zasiadłem przy stojącym nieopodal stoliku, chcąc rozluźnić się nieco i przemyśleć wszystkie wydarzenia mijającego dnia. Wkrótce jednak okazało się, że moja obecność ściągnęła na mnie uwagę miejscowych, którzy uznali widać za swój obowiązek okazać mi gościnność. Gdy przerywali rozmowę, ten czy ów ukradkiem spoglądał w moją stronę, jakby zbierając się na odwagę, by podejść do mnie. Wreszcie jeden z nich przemówił donośnym głosem:
- A więc będzie pan tu dziś spał, sir?
Gdy potwierdziłem, mówiący pokręcił z powątpiewaniem głową i zauważył:
- Nie wyśpi się pan tutaj, sir. No, chyba że spodoba się panu, jak stary Bob - tu wskazał na gospodarza - tłucze się przez całą noc. A potem obudzi pana jego kobita, jak będzie na niego wrzeszczała od samego rana.
Wywołało to głośny wybuch śmiechu, pomimo protestów wspomnianego dżentelmena.
- Doprawdy - zapytałem?
Gdy to wypowiedziałem, przyszło mi na myśl - podobnie jak ostatnio w wielu sytuacjach w obecności pana Farradaya (chlebodawca Stevensa, przyp. AO) - że wymaga się ode mnie jakiejś dowcipnej odpowiedzi. Jakby na potwierdzenie tych przypuszczeń rozmówcy przyglądali mi się w milczeniu i czekali na moje słowa. Wysiliwszy więc całą wyobraźnię, oznajmiłem wreszcie:
- To na pewno tutejsza wersja piania koguta.
Miejscowi zdawali się czekać na dalszy ciąg. Potem, zauważywszy rozbawiony wyraz mej twarzy, parsknęli śmiechem, w którym wyczuć można było jednak pewną nutkę zdziwienia. Po czym powrócili do przerwanej rozmowy i nie zamieniliśmy już ani słowa aż do chwili, gdy życzyliśmy sobie dobrej nocy.
Ten dowcip bardzo mi się spodobał, gdy przyszedł mi do głowy, więc muszę przyznać, że byłem nieco rozczarowany jego nie najlepszym przyjęciem. Przypuszczam, że moje rozczarowanie było tym większe, że przez ostatnie miesiące wiele czasu i wysiłku poświęciłem przecież doskonaleniu umiejętności w tej dziedzinie. A umiejętność tę musiałem w sobie wykształcić, jeżeli chciałem bez obawy spełniać wszystkie oczekiwania pana Farradaya dotyczące żartów.
I tak na przykład ostatnio w każdej wolnej chwili - gdy, powiedzmy, pan Farraday spędzał wieczór poza domem - starałem się słuchać radia. Jednym z programów, których najchętniej słucham, jest Dwa razy na tydzień albo częściej, w rzeczywistości nadawany trzy razy w tygodniu; polega głównie na tym, że dwie osoby w sposób zabawny komentują przeróżne tematy z listów słuchaczy. Programem tym zająłem się dlatego, że prezentowane tam żarty są zawsze w najlepszym guście - według mnie - w stylu takiego właśnie przekomarzania się, jakiego może ode mnie oczekiwać pan Farraday. Opierając się na tym programie, wymyśliłem sobie proste ćwiczenie, które staram się wykonywać przynajmniej raz dziennie; gdy tylko nadarzy się wolna chwila, staram się sformułować trzy dowcipne uwagi na temat sytuacji, w jakiej w tym momencie się znajduję. Albo dla odmiany staram się wymyślić trzy żarty oparte na zdarzeniach ostatniej godziny.
Zrozumieją więc Państwo na pewno moje rozczarowanie w związku z mym wczorajszym dowcipem. Myślałem z początku, że może moja wymowa była niezbyt wyraźna. Potem jednak, gdy już leżałem w łóżku, przyszło mi do głowy, że być może powiedziałem coś niestosownego. Przecież mogli zrozumieć, że według mnie żona gospodarza przypomina koguta - o co bynajmniej mi nie chodziło. Wątpliwość ta zaczęła mnie mocno dręczyć tuż przed snem, tak że niemal postanowiłem z samego rana wystąpić z przeprosinami; jednak gospodarz odnosił się do mnie bardzo miło, więc zrezygnowałem w końcu z poruszania tego tematu.
To drobne wydarzenie jest bardzo dobrym przykładem, jak niebezpieczne bywa mówienie dowcipów. Z samej ich natury wynika, że mówi się je bardzo szybko, bez zastanowienia nad wszystkimi możliwymi ich konsekwencjami, więc przy braku koniecznego doświadczenia istnieje poważne ryzyko wygłoszenia rzeczy bardzo niestosownych. Nie ma powodu przypuszczać, że jest to dziedzina, w której nie mógłbym dojść do wprawy przy dostatecznej ilości czasu i praktyki, lecz związane z tym niebezpieczeństwa są tak wielkie, że postanowiłem nie starać się spełniać tego obowiązku w obecności pana Farradaya, przynajmniej chwilowo, póki nie będę miał okazji trochę poćwiczyć.
K. Ishiguro, Okruchy dnia, Wyd. Albatros A. Kuryłowicz, s. 160-163.
czwartek, 29 stycznia 2009
Hurtownia książek
Zupełnie przypadkiem odkryłam ostatnio ciekawy program o książkach. Nazywa się Hurtownia książek, a prowadzą go Agnieszka Wolny-Hamkało (poetka, znana mi z bloga w "Polityce") oraz Bill Jonston (Amerykanin, profesor literatury, tłumacz polskiej literatury na angielski).Program podoba mi się z kilku powodów. Po pierwsze, nie jest prowadzony w sposób sztampowy (czyli dwie osoby siedzą przy stoliku i wysoce naukowym językiem wykłócają się o jakość danego tytułu). Tutaj wszystko dzieje się spontanicznie - Agnieszka i Bill pakują prezenty świąteczne dla widzów i "przy okazji" omawiają premiery książkowe. Albo ubierają choinkę, a potem układają pod nią książki, które, ich zdaniem, nadają się na prezent. Przypomina to luźną rozmowę dwóch znajomych, którzy wymieniają się poglądami na temat przeczytanych książek. Mnie to przekonuje. Prowadzący są uśmiechnięci, otwarci. I jeśli jakąś książkę oceniają nie najlepiej, to prosto z mostu mówią, że jest słaba, kiepsko napisana, że nie ma w niej treści. Potrafią też zachęcić do książki według nich bardzo dobrej.
Ponadto w programie, oprócz nieco słabszych tytułów, pojawia się sporo literatury "w moim stylu", czyli takiej, która teoretycznie wcześniej czy później mogłaby pojawić się na mojej półce. A dzięki rekomendacjom Hurtowni prawdopodobieństwo, że się na niej pojawią, wzrasta.
Brakowało mi takiego programu. Teraz oglądam wszystkie archiwalne odcinki w itvp.pl. Program w TVP leci w sobotę rano.
Tutaj

Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. Powiedziałabym nawet, że istniejecałe mnóstwo rzeczy, których nie powinno się robić zbyt wcześnie. Jednąz nich jest CZYTANIE POEZJI.
A konkretnie czytanie wielkiejpoezji, gdy nie jest się na to przygotowanym. Z wierszami WisławySzymborskiej zetknęłam się po raz pierwszy przelotnie w późnejpodstawówce, a potem w liceum omawialiśmy takie utwory jak np. Cebula,Kot w pustym mieszkaniu, Pierwsza fotografia Hitlera, Dwie małpyBruegla, Sto pociech.
I niestety, sztampowe, mechaniczne podejście do tematu, sztywne "coautor miał na myśli" i "jaka jest konstrukcja wiersza" spowodowało, żepoezję Szymborskiej odebrałam podobnie jak wszystkie inne rzeczy "doprzerobienia" (nigdy nie byłam fanką lektur obowiązkowych).
I gdyby nie to, że podczas przerzucania kolejnych książek w jednym zantykwariatów wpadł mi w ręce tomik DWUKROPEK, pewnie nadal żyłabym wnieuświadomieniu.
Booto otworzyłam książkę na przypadkowej stronie, przeczytałam jeden z utworów, nie pamiętam już który, i pomyślałam sobie "WOW, aleniesamowite".
I tak zaczęła się moja miłość do naszej noblistki. Dwukropek zabrałamze sobą wtedy do domu, podobnie jak WIDOK Z ZIARNKIEM PIASKU. Potem nakomputerze przepisałam sobie cały tomik CHWILA wypożyczony zbiblioteki. I po dziś dzień lubię urządzać sobie poetycko-filozoficznewieczorki z wierszami Szymborskiej w roli głównej.
Bo ta poezja przesycona jest filozofią, chwilowością, przypadkowością,przemijalnością. Nie ma w niej zbędnych słów, są za to słowa, o którychmożna myśleć potem przez całą noc.
A dlaczego akurat teraz o tym piszę? Ano dlatego, że lada dzień będzie miało miejsce ważne wydarzenie literackie - ukaże się nowy tom, a właściwie też tomik - TUTAJ. A dziś w Krakowie na ul.Lubicz spotkanie z Poetką! Żałuję, że nie mogę się tam teleportować.
PS Na zakończenie przytoczę jeszcze anegdotkę z recenzji Jarosława Mikołajewskiego (GW z 2005-11-27):
Kiedy dwa lata temu prosiłem o rozmowę Ferzana Ozpetka, który pochodziz Turcji, od lat mieszka w Rzymie i jest dziś jednym z najciekawszychreżyserów (w Polsce oglądaliśmy m.in. jego "Łaźnię turecką" i "Okno"),oświadczył: "Co prawda nie mam czasu, ale z tobą porozmawiam, bo jesteśPolakiem, a Polką jest również Szymborska". I opowiedział, jak idąc narzymską premierę swojego pierwszego filmu, wszedł do księgarniFahrenheit przy Campo di Fiori, otworzył przypadkiem książkę nieznanejsobie "poetki o dziwnym nazwisku", jak nie mógł się od niej oderwać,więc ją kupił, zabrał na premierę i na początku spotkania oświadczył,że ten wieczór nie będzie poświęcony filmowi, lecz książce. Iprzeczytał zebranym wiersze polskiej poetki.
Opowieśćturecko-włoskiego reżysera jest czymś więcej niż anegdotą z życiawyższych sfer kulturalnych Rzymu. Ozpetek mimowolnie utrafił w istotęoddziaływania wierszy Wisławy Szymborskiej, które rodząc się z chwiliżycia i pokazując jej wątpliwe zaistnienie, przypadkowy bieg i niepewnykierunek, ofiarowują czytelnikowi chwilę zrozumiałej lektury świata.
PS 2 I jeszcze mój ulubiony wiersz
Rozmowa z kamieniem
Pukam do drzwi kamienia.
- to ja wpuść mnie.
Chcę wejść do twojego wnętrza,
Rozejrzeć się dokoła,
Nabrać ciebie jak tchu.
- odejdź- mówi kamień.-
jestem szczelnie zamknięty.
Nawet rozbite na części
Będziemy szczelnie zamknięte.
Nawet starte na piasek
Nie wpuścimy nikogo.
Pukam do drzwi kamienia.
- to ja wpuść mnie
przychodzę z ciekawości czystej.
Życie jest dla niej jedyna okazją.
Zamierzam przejść się po twoim placu,
A potem jeszcze zwiedzić liść i kroplę wody.
Niewiele czasu na to wszystko mam.
Moja śmiertelność powinna cię wzruszyć.
jestem z kamienia - mówi kamień-
i z konieczności musze zachować powagę.
Odejdź stąd.
Nie mam mięsni śmiechu.
Pukam do drzwi kamienia.
-to ja wpuść mnie.
Słyszałam, że są w tobie wielkie puste sale,
Nie oglądane, piękne nadaremnie,
Głuche, bez echa czyichkolwiek kroków.
Przyznaj, że sam niedużo o tym wiesz.
-wielkie i puste sale- mówi kamień-
ale w nich miejsca nie ma.
Piękne, być może, ale poza gustem
Twoich ubogich zmysłów.
ożesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy.
Całą powierzchnią zwracam się ku tobie,
A całym wnętrzem leżę odwrócony.
Pukam do drzwi kamienia.
-twoja wpuść mnie.
Nie szukam w tobie przytułku na wieczność.
Nie jestem nieszczęśliwa.
Nie jestem bezdomna.
Mój świat jest wart powrotu.
Wejdę i wyjdę z pustymi rękami.
A na dowód, że byłam prawdziwie obecna,
Nie przedstawię niczego prócz słów,
Którym nikt nie da wiary.
-nie wejdziesz- mówi kamień.-
brak ci zmysłu udziału.
Żaden zmysł nie zastąpi ci zmysłu udziału.
Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia
Nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału.
Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu,
Ledwie jego zawiązek, wyobraźnie.
Pukam do drzwi kamienia.
-to ja wpuść mnie.
Nie mogę czekać dwóch tysięcy wieków
Na wejście pod twój dach.
-jeżeli mi nie wierzysz- mówi kamień-
zwróć się do liścia powie to, co ja.
Do kropli wody, powie to, co liść.
Na koniec spytaj włosa z własnej głowy.
Śmiech mnie rozpiera, śmiech, olbrzymi śmiech,
Którym śmiać się nie umiem.
Pukam do drzwi kamienia.
-to ja wpuść mnie.
-nie mam drzwi- mówi kamień.
Mała księżniczka, czyli aż łza się w oku kręci

Mam za sobą weekend u rodziców. Weekend spędzony na plotkach, plotkach i jeszcze raz plotkach. Weekend niesamowicie relaksujący i ciepły. Bardzo mi było potrzebne oderwanie się od Warszawy, od spraw codziennych, od myślenia o rzeczach nie zawsze wesołych.
Spędziłam czas z rodzicami i siostrami, mąż był 40 km ode mnie, u swoich rodziców. Była więc okazja, aby od siebie odpocząć, a jednocześnie stęsknić się za sobą.
Uwielbiam przebywać w moim pokoju w domu rodziców. Siadam na kanapie i znów zamieniam się w małą dziewczynkę. Tym razem fala wspomnień zalała mnie z tym większą siłą, że odtworzyliśmy starą kasetę sprzed 15 lat z jednej z imprez rodzinnych. Kaseta leżała przez kilka lat bezużytecznie, jako że era wideo minęła bezpowrotnie. Nośnik udało się ją jednak przekonwertować na DVD i tym sposobem zrobiliśmy sobie niezłą powtórkę z rozrywki. Jakie to uczucie zobaczyć siebie jako 12-letnie dziecko? Niesamowite, a jednocześnie dające do myślenia. Patrzyłam na ekran i byłam coraz bardziej zdumiona, jakim byłam rozbieganym łobuzem, jak nie potrafiłam nawet pięć minut usiedzieć na miejscu? Gdzie z biegiem lat znika ta energia??? Ech, gdybym dziś miała w sobie tyle życia, tyle zapału do ruszania się. Dorosłość zabija w nas spontaniczność. Choć nie powiem, i dziś potrafię z mężem wygłupiać się, skakać i śmiać się, aż nas brzuchy bolą. To już jednak nie to samo, co kiedyś, kiedy nie było żadnych zmartwień, kiedy skok franka szwajcarskiego obchodził nas tyle co dziury w szwajcarskim serze.
Przy okazji pobytu u rodziców wydarzyła się jeszcze jedna rzecz, która skłoniła mnie do takich wynurzeń. Przeglądając biblioteczkę w domu rodziców odkryłam MÓJ SKARB z dzieciństwa. "Mała księżniczka" Frances Hodgson Burnett - książka z wytartą okładką, zagiętymi rogami, przybrudzonymi brzegami, zczytana do granic możliwości. Moja ulubiona książka z dzieciństwa. Znałam ją niemalże na pamięć.
Dla tych, którzy jej nie czytali, krótkie streszczenie fabuły. Mała Sara jest uroczym dzieckiem wychowywanym przez nieprzyzwoicie bogatego ojca, który rozpieszcza ją na wszelkie możliwe sposoby. Ojciec zapisuje córkę na elitarną pensję panny Munchen, gdzie dziewczynka jest dalej utwierdzana przez wszystkich, a zwłaszcza przez żądną pieniędzy właścicielkę pensji, w swojej wyjątkowości. Sara pozostaje jednak skromna i życzliwa. Mimo specjalnego traktowania, mimo posiadania kucyka i ogromnej garderoby dla siebie i swojej lalki. Wszystko zmienia się, gdy ojciec dziewczynki umiera jako bankrut. Z dnia na dzień Sara zostaje służącą panny Munchen, ponieważ musi odpracować dług zaciągnięty przez jej ojca. Upokarzana, głodzona, zachowuje dawną pogodę ducha. Zaprzyjaźnia się ze szczurem zamieszkującym jej izdebkę na zimnych strychu. Książka ma oczywiście happy end.
Nie umiem znaleźć słów, które oddałyby, co czułam wtedy, będąc kilkuletnią dziewczynką czytającą o losach biednej Sary. Potrafiłam wtedy maksymalnie wczuć się w rolę tej małej bogaczki wystawionej na tak ciężką próbę. Wchodziłam w jej świat, na czas lektury przenosiłam się w książkowy świat. Stawałam się małą księżniczką. Zastanawiam się, jaki wpływ miały na mnie te "moje" lektury. Właśnie "Mała księżniczka", obowiązkowa seria "Ani z Zielonego Wzgórza", "Jana ze wzgórza latarni", uroczy "Plastusiowy pamiętnik" , wyuczone na pamięć wiersze Tuwima i Brzechwy wiele, wiele innych nieco naiwnych, dziecinnych książeczek.
Wiem jedno - dzięki tym książkom miałam wybujałą wyobraźnię, z której chyba do dziś co nieco pozostało. Moje ukochane lektury nauczyły mnie wrażliwości, a po trosze chyba też trochę miłości. Po prostu - w jakimś stopniu mnie ukształtowały. To, że sięgnęłam, po takie, a nie inne, zaważyło być może na dalszych wyborach życiowym (jak choćby wybór kierunku studiów), jednym słowem dziecięce lektury - "zrobiły" ze mnie humanistkę.
Zastanawiam się, czy dziś, po około dwudziestu latach, które minęły od czasu, gdy z wypiekami na twarzy zaczytywałam się w "Małej księżniczce", nadal potrafię tak empatycznie podchodzić do "moich" bohaterów? Czy i teraz mam jakiegoś, który jest mi tak bliski? Może staruszek z Traktatu o łuskaniu fasoli? Eberhard Mock z mrocznej serii Krajewskiego? Jurek z Pilchowskich powieści? Anna In z książki Tokarczuk? To może któryś z braci Karamazow? Niestety, nie umiem takiego znaleźć.
No, może ewentualnie Katarzyna Earnshaw z "Wichrowych wzgórz" wzbudzała we mnie podobne uczucia, choć akurat w tym wypadku bardziej zafascynował mnie film niż książka.
Dzieciństwo to czas magiczny. Cieszę się, że spędziłam go wśród pól i lasów, że mogłam wybiegać się do woli, powygrzewać na słońcu nad pobliskim stawem, wyszaleć na rowerze na polnych drogach. I podczas takich wzruszających momentów, jak ten, kiedy znalazłam na półce "Małą księżniczkę", odczuwam ogromną tęsknotę za tym czasem sielskim anielskim. Czy tylko ja tak mam?
Czeski sen, czyli w poszukiwaniu...
Główny pomysł filmu polega na tym, że ten supermarket nie istnieje, a tysiące osób, które naprawdę zgromadzą się na placu w dniu otwarcia, przy próbie zrobienia zakupów w tym Czeskim śnie... zderzy się z płócienną fasadą.
Film daję do myślenia, obnaża pęd do nieograniczonego konsumpcjonizmu Prażan, a w domyśle każdego z nas.
Mnie skłonił do postanowienia, że oto kończę z comiesięcznym kupowaniem "Twojego Stylu", w większości nafaszerowanego reklamami perfum i ciuchów, na które i tak mnie nie stać.
Muszę znaleźć sobie jakąś alternatywę, myślałam o czymś z dziedziny literacko-kulturalnej. Hm, i tu pojawia się problem. Nigdy nie byłam wielbicielką stricte literackich czasopism. Są dla mnie zbyt trudne, przeintelektualizowane. Ale czy jest na rynku pismo dla osób zafascynowanych literaturą, które przedstawiałoby książki z wyższej, aczkolwiek nie najwyższej półki. Chodziłoby mi głównie o propozycje nowowści książkowych, recenzje, wywiady z autorami, wiadomości z rynku wydawniczego.
Wiem, że wznowił się "Bluszcz", niegdyś pismo ambitne, do którego pisali autorzy pokroju Tuwima. Dzisiejszy "Bluszcz" jest typowo kobiecym pisemkiem, w którym znajdziemy nazwiska pani Kalicińskiej, Brodzik i Grocholi. No i oczywiście obowiązkowo Janusz Wiśniewski.
Przejrzałam gazetę dwa razy, to nie dla mnie.
Więc co? Może Nowe Książki albo Kurier Czytelniczy? No cóż, mam nadzieję, że znajdę dla siebie coś wartościowego w tych stertach dostępnych tytułów.
Onitsza i Heban, czyli dwie różne Afryki


Podługiej leniuchowatej przerwie jestem. Ja Anna, ja, która przez dwa tygodniepławiłam się w luksusie posiadania wolnego czasu.
Był topiękny czas. Pełen wzruszeń. Dobrych rozmów. Nieustannego przytulania się domęża i cieszenia się z tych kolejnych wspólnych świąt.
Dni tzw.pozaświąteczne spędziłam w klimatach afrykańskich.
Przysiadłampo raz drugi nad Wojną futbolową i Hebanem Kapuścińskiego oraz nad OnitsząJ.M.G. Le Clezio. Wiem, że to dwie zupełnie różne konwencje, bo tu reportaż, atu powieść. Ale czytałam, czytałam i czytałam i wyjść ze zdziwienia nie mogłam,jak to się stało, że Le Clezio dostał Nobla, a nasz Kapuściński nie. Cóż to zamiernota i ubogość ta pisanina Le Clezio w porównaniu ze skrzącym językiemnaszego cesarza raportażu. Cóż za brak umiejętności wpisania się w pamięćczytelnika. Choć być może zbyt ostro go oceniam, bo w końcu przeczytałamzaledwie jedną książkę. I moją opinię wyrażam bez wcześniejszego zapoznania się z jakimikolwiek recenzjami w prasie, więc może się okazać, że się nie znam i że ten Le Clezio to geniusz.
Ale do rzeczy...
W HebanieKapuściński zamieścił fragment dotyczący właśnie Onitszy. I wiecie co? Bardziejcenię sobie tych kilka stron jego reportażu niż ponad dwieście stron Onitszy LeClezio. Bo tekst Dziura w Onitszy przenosi nas niemal namacalnie do tejspecyficznej krainy, gdzie handlarki siedzą przez cały dzień na targu z kilkomakolbami kukurydzy na sprzedaż i gdzie nienaprawiana dziura w drodzeuniemożliwia wjazd do miasta, bo „w Onitszy zawsze tak było” i nikt nie mazamiaru niczego z tym zrobić. I już czujemy ten klimat, już widzimy oczymawyobraźni Ryśka, który stoi bezradnie przed tą dziurą swoim steranym peugotem.
„Le Clézio snuje piękną opowieść o prawdziwej fascynacjiAfryką, jej kulturą, wierzeniami; o powolnym roztapianiu się w afrykańskiejprzyrodzie”. To z opisu na stronie wydawcy Onitszy. I może rzeczywiściezamiarem autora było roztopić czytelnika w opisach przyrody, w które obfitujepowieść. Zabrakło mi za to wyrazistych sylwetek bohaterów i zarysowaniastosunków między nimi. Wszystkie postaci są bezbarwne, akcja szczątkowa - cowięc w tej powieści jest? Nie wiem, cokolwiek to jest, mnie nie przekonuje.
Może jednak jestem niesprawiedliwa, może po prostu dwaj ludzie zobaczyli w kontynecie afrykańskim zupełnie różne rzeczy. Może każdy miał inną wrażliwość, może zmysły wystrzone na inne sprawy. Może...
Kapuścińskiw 2006 roku przegrał w rywalizacji do Nobla z Orhanem Pamukiem (swoje zdanie natemat tego pisarza już wyraziłam). Jakże niesłusznie. Choć sam autor nigdy oNoblu nie wspominał. Bo był skromnym człowiekiem niezainteresowanym nagrodami.
Tejskromności i wielkiej ciekawości świata chcę się od niego uczyć poprzez coraz lepszepoznawanie jego twórczości. Taki jest mój plan na 2009 rok, więc Kapuściński jeszcze nie raz zagości na kartach mojego bloga.
Co doinnych postanowień noworocznych, to nie mam zamiaru się takowymi katować.
Poprostu, jak co roku, planuję być lepszym człowiekiem.
Aha, no iodnowiłam prenumeratę poradni językowej PWN.
I postanowiłam nie czytać noblistów.
Angielski pacjent



Po raz kolejny obejrzeliśmy ostatnio Angielskiego pacjenta. To jeden z tych filmów, które lubię mieć pod ręką, aby móc w każdej chwili sobie go odświeżyć.
Uwielbiam ten film za piękne zdjęcia, za cudowną Juliette Binoche, za rewelacyjnego Ralpha Fiennesa.
A najbardziej w tym obrazie podoba mi się to, że wyciska łzy z oczu mojego męża. Bo za każdym razem upewniam się wtedy, że nadal jest moim wrażliwym, uczuciowym, dobrym P.
Dlatego lubię z nim oglądać smutne filmy...
O rety, kabarety!
Obejrzeliśmy Jerzego Kryszaka, kabarety Słuchajcie, Świerszczychrząszcz, Czesuaf, Łowcy.B i... Kabaret Moralnego Niepokoju.
Mile zaskoczyli nas Łowcy.B. Widzieliśmy ich któregoś roku w Krakowie na juwenaliach i wtedy mieliśmy co do nich mieszane uczucia. A w sumie oni ubawili nas najbardziej. Humor zdecydowanie abstrakcyjny, nie dla każdego, ale ja polecam jak najbardziej. KMN był oczywiście super, ale ich skecze oglądamy z mężem do bólu na you tube, więc kilka widzieliśmy po raz drugi (a nawet trzeci). Ale cieszę się, że zobaczyłam ich na żywo. No i trochę smutno, że nie było z nimi Kasi Pakosińskiej, która chyba zaczyna robić coś na własne konto. Szkoda, bo bez Pakosy, to już nie to samo. Ale może się mylę i skład pozostaje bez zmian. Oby.
Polecam też uwadze prześmieszne skecze Świerszczychrząszcza. To grupa pantonimiczna - po prostu rewelacyjna.
Terapia śmiechem jest mi ostatnio bardzo potrzebna, przy tym nawale obowiązków, które mnie czekają jeszcze przed świętami.
Ale na pocieszenie zamówiłam sobie kilka książek: Biografia pisarza. Ryszard Kapuściński(B. Nowacka, Z. Ziętek); Sentymentalny portret Kapuścińskiego, Onitsza (Le Clezio), Między aktami (W. Woolf), Obrona szaleństwa (W. Allen), Tektonika uczuć (E.E. Schmitt), Okruchy dnia (K. Ishiguro). Taki mój prezent dla siebie na święta :). Bo pewnie wcześniej nie będę miała czasu do nich zajrzeć.
Powrót

Rozpoczął się kolejny już SPUTNIK, czyli Festiwal Filmów Rosyjskich. I już zdążyliśmy obejrzeć film Powrót w reż. Andrieja Zwiagincewa.
Film opowiada o dwóch chłopcach. Mieszkają z matką i babcią, całymi dniami wałęsają się z równieśnikami, takie ot nastoletnie życie.
Które zmienia się w momencie, gdy po dwunastoletniej nieobecności wraca ich ojciec. Chłopcy po raz pierwszy po powrocie widzą ojca śpiącego na łóżku. Obraz ten ma przywołać w pamięci widza martwego Chrystusa z obrazu Mantegni. Skąd ten motyw, wyjaśnia się po obejrzeniu całości. Na początku pierwszej od lat wspólnej kolacji ojciec mówi po prostu "Witajcie". Niczego nie tłumaczy - ani tego, dlaczego tak długo go nie było, ani tego, co robił przez te lata, ani dlaczego tak nagle powrócił. Chłopcy cieszą się i z zapałem szykują na wyprawę na ryby, którą obiecał im ojciec. Szybko jednak okazuje się, że nie jest to tato, którego by sobie wymarzyli, a wręcz przeciwnie. W czasie wycieczki ojciec usiłuje w kilka dni zrobić z chłopców prawdziwych mężczyzn. I o ile starszy syn, złakniony męskiego autorytetu, podporządkowuje się szorskiej woli ojca, o tyle młodszy, Iwan, ma coraz więcej wątpliwości i coraz głośniej się buntuje przeciwko twardej dyscyplinie i brutalności. Coraz uporczywiej zadaje ojcu pytanie "po co wróciłeś" - w domyśle "mogłeś w ogóle nie wracać, skoro jesteś taki, jaki jesteś".
Do czego ich to doprowadzi?
I jak po obejrzeniu filmu zmienia się postrzeganie postaci ojca?
Film ten zaliczam do kanonu "koniecznie trzeba obejrzeć". To kino niezwykłe, zrobione w sposób mistrzowski. To obraz, który na pewno nie da o sobie zapomnieć. To jedna z tych historii, które coś zmieniają w człowieku. Nielekka, dołująca, wstrząsająca, niedopowiedziana, zaskakująca, a przez to taka fenomenalna.
Przede mną dalsze dni sputnikowe...
Do mojej wielkiej miłości do literatury rosyjskiej zaczyna dołączać fascynacja kinem rosyjskim.
A tak na marginesie i zupełnie z innej beczki - w sobotę mieliśmy okazję być na kolejnym już trójkowym koncercie w ramach offensywy. Tym razem słuchaliśmy Pawilonu. Świetny koncert.
O skuteczności śmiechoterapii

Lubię się śmiać. Jestem z natury optymistką. Nigdy nie zabieram ze sobą parasola, bo głęboko wierzę, że przecież padać nie będzie, te czarne chmury na niebie to nic... A nawet jeśli moknę, to z klasą. Idę dumnie wyprostowana i nic a nic nie przejmuję się, że zaraz suchej nitki na mnie nie będzie. Przecież z cukru nie jestem. A ponieważ nie noszę parasola, mam w mojej przepastnej, choć niedużej torbie miejsce na książki. Zawsze mam jakąś ze sobą, no bo przecież autobus może się spóźnić albo w sklepie długa kolejka.
Ale miało być o śmiechu. Czasem, właściwie często, a nawet wręcz codziennie rano jadąc windą, uśmiecham się do mojego odbicia w dużym lustrze i myślę sobie, że jestem całkiem fajna. Ostatnio, o zgrozo, przy okazji uśmiechania się, zauważyłam zmarszczki wokoł oczu, ale co tam. Jako optymistka wierzę, że mój nowy krem pod oczy je rozprostuje, szast prast i nie będzie po nich śladu.
Zdarza mi się śmiać w głos z mojego męża. On po prostu czasami jest pocieszny, wystarczy, że coś powie, a ja już się zwijam ze śmiechu. Bywa, że on nie kuma, z czego się śmieję, i wtedy trochę się denerwuje na mnie. Ale najczęściej śmiejemy się razem, uwielbiam te nasze wspólne wygłupy.
A już szczególnym powodem do głośnego śmiechu są dla mnie skecze Kabaretu Moralnego Niepokoju. Uwielbiam ich poczucie humoru i szczerze podziwiam pomysłowość i płodność artystyczną. Uważam, że dresiarz w wykonaniu Roberta Górskiego jest rewelacyjny, a już Bożydar w wykonaniu Mikołaja Cieślaka... sssuper.
Ostatnio wieczorami, korzystając z dobrodziejstw you tube'a lub itvp.pl (jako że z posiadania telewizora z rozmysłem i świadomie zrezygnowaliśmy już na dobre), fundujemy sobie z mężem śmiechoterapię z KMN. Dobrze działa na mięśnie brzucha, poprawia ogólne samopoczucie, podnosi poziom serotoniny w organizmie... same dobrodziejstwa.
Kiedyś śmiałam się z tego, co dzieje się na polskiej scenie politycznej, ale już od dawna uważam, że to raczej tragiczne niż wesołe.
A więc doktor Anna zapisuje receptę na jesiennie słoty - 20 minut śmiechu dziennie codziennie!
I żadne przeziębienie ani tym bardziej depresja nie grozi.
A u mnie znów pada, a ja zaraz wychodzę z pracy i znów nie mam parasola...
Nazywam się Czerwień

W sobotę dotarliśmy z mężem na koncert Budynia w Studiu im. Agnieszki Osieckiej w Trójce. I nie żałujemy, choć bardziej emocjonujący niż sam koncert okazał się sam fakt przebywania pod dachem TEGO radia. Sam artysta nas absolutnie nie zachwycił, stwierdziliśmy, że to zupełnie nie nasza bajka i że zdecydowanie nie lubimy takiego pozerstwa na scenie.
Ale jakże miło być pod tym dachem, gdzie powstają te wszystkie audycje...
A teraz o wrażeniach z najnowszej lektury. Ostatnimi czasy kilkukrotnie spotkałam się z terminem "snobizm literacki", który odnosił się do osób czytających noblistów, bo tak wypada, bo to wstyd nie znać dzieł noblisty. I cóż, obawiam się, że i ja muszę się zaliczyć do tego grona tzw. snobów literackich. Z tym że ja padłam niestety ofiarą tej mody na czytanie pisarzy nagrodzonych statuetką noblowską.
Od kilku miesięcy na mojej półce stała książka Nazywam się Czerwień Orhana Pamuka. A ja patrzyłam na nią chciwie i wyczekiwałam momentu, kiedy będę mogła wygospodarować kilka dni na lekturę.
Książka ma prawie 600 stron. Oczywiście nie boję się takich tomisk, bo czytałam grubsze. Choćby 916 stron Braci Karamazow w nowym, rewelacyjnym przekładzie
Adama Pomorskiego - i każda strona, ba! każde zdanie w niej było potrzebne, aby powstało to wielkie, fascynujące dzieło. To tak samo jak z poezją Szymborskiej - tam po prostu nie ma zbędnych słów.
I oto mam za sobą lekturę książki opiewanej jako wspaniała powieść wszech czasów, wychwalanej pod niebiosa przez krytyków. Może to rzeczywiście tak jest, że jak się na coś długo czeka i naczyta sie wcześniej recenzji, to ma się wygórowane wymagania, może to kwestia nastawienia.
Nazywam się Czerwień klasyfikowane jest jako powieść kryminalna. Według mnie jest bardziej powieścią obyczajową. Akcja rozgrywa się w XVI-wiecznym Stambule i obraca się wokół tematu tworzenia tajemniczej księgi, nad którą pracuje zespół wybitnie uzdolnionych miniaturzystów. Powieść zaczyna się w momencie, gdy jeden z nich, Elegent, zostaje zamordowany.
Pierwszy rozdział książki to monolog trupa-miniaturzysty, którego ciało spoczywa już na dnie studni. A on sam snuje rozważania o tym, jak mu się żyło i co czuje jako nieboszczyk. Jego ciało czeka teraz na pochówek, aby jego dusza mogła ulecieć do przedstawionego w Koranie raju.
I tu muszę autora docenić za ciekawe rozwiązanie, jeśli chodzi o budowę książki. Okazuje się, że wydarzenia w każdym kolejnym rozdziale opowiadane są z punktu widzenia innego bohatera (nieco podobnie jak w Czarownicy z Portobello P. Coelho). Bohaterowie czasem prowadzą dialog bezpośrednio z czytelnikiem, co również mi się bardzo podobało.
Książkę oceniłabym pozytywnie, bo w jakiś sposób mnie wciągnęła. Ale... autor wplótł w powieść wiele, naprawdę wiele szczegółów dotyczących pracy miniaturzystów i iluminatorów oraz historii uprawianej przez nich sztuki. Jako czytelnik zostałam więc zmuszona do przeczytania wplatanych w tekst przypowieści, anegdot, legend dotyczących sztuki zdobienia ksiąg i wielkich mistrzów tego rzemiosła. Bohaterowie snują rozważania na temat piękna, barw, a przede wszystkim o tym, jakie jest posłannictwo współczesnego miniaturzysty. Czy powinien on, tak jak każe religia, wiernie naśladować warsztat dawnych mistrzów, czy też powinni zwrócić się ku Zachodowi i iść w kierunku wskazywanym przez twórców weneckich, czyli zdradzić ideały i tworzyć wbrew woli Allaha. Morderca miniaturzysty mówi w pewnym momencie wyzywająco do czytelnika "spróbuj z koloru moich słów odgadnąć, kim jestem". Z tym że ja, niestety, nie miałam tyle cierpliwości, aby z mnogości nic niemówiących mi szczegółów wyłapać te, które mogłyby mi podpowiedzieć, kim jest morderca. Ominęła mnie więc zabawa w detektywa. I nie żałuję, bo tak naprawdę było mi wszystko jedno, który z trzech pozostałych miniaturzystów jest mordercą. Co więcej, postaci trzech miniaturzystów zlewały mi się w jedno, więc tym bardziej trudno byłoby mi odnaleźć wśród nich winowajcę. I tu kolejny minus dla Pamuka - jego bohaterowie są mdli, niewyraźni, podobni do siebie. Nie mają cech wyróżniających na tle pozostałych.
Z premedytacją omiatałam wzrokiem długie dywagacje na tematy specjalistyczne, a skupiałam się na warstwie obyczajowej. A tu nieszczęśliwa, niespełniona miłość. On, przystojny i mądry, od 12 lat wzdychający do swej ukochanej. I ona, wdowa z dwójką dzieci. I zawiedzie się ten, kto będzie oczekiwał romantycznych uniesień dwojga zakochanych. Przypomnijmy, że jesteśmy w XVI-wiecznym Stambule, kobiety muszą zakrywać swoje twarze, a wszyscy żyją w bojaźni przed Allahem.
I co dzieje się, gdy on i ona w końcu, po tylu latach spotykają się w ukryciu? W pierwszej chwili oczywiście szepczą sobie do ucha czułości. Ale już za chwilę luby wyciąga to, co ma w spodniach, i sugeruje ukochanej, że powinna go zaspokoić. No mój Boże! Bez komentarza. Miłość w powieści ma czysto fizyczne podłoże. Nawet wtedy, gdy dochodzi do ślubu, szczęśliwy małżonek skupia swoje myśli tylko wokół dzielenia łoża z żoną. Zupełnie jakby seks był jedynym celem i pragnieniem jego życia.
Mimo tych powyższych narzekań, napiszę jeszcze raz, że książka mnie wciągnęła. I gdyby nie te dłużyzny, moim zdaniem zupełnie niepotrzebne, a jeśli już to nie w takiej ilości, uznałabym powieść za ciekawą i wnoszącą coś nowego (ze względu na konstrukcję powieści i niepowtarzalny klimat XVI-wiecznego miasta).
A tak, przyznaję aż 6 punktów na 10 możliwych. Bo to w końcu noblista i może ja się nie znam...
Fragment powieści NAZYWAM SIĘ CZERWIEŃ:
Jestem trupem
Jestem trupem. Nieruchomym ciałem na dnie studni. Choć ostatnie tchnienie wydałem z siebie wiele godzin temu, choć moje serce dawno przestało bić, nikt oprócz nikczemnego mordercy nie wie, co mi się przydarzyło. Skoro już o tym wspomniałem, łajdak ów sprawdził mój oddech i puls, aby się upenić, że nie żyję, po czym wymierzył mi kopniaka w bok, zawlókł mnie pod studnię i wrzucił w jej czeluść. Zderzywszy się z dnem, moja czaszka, wcześniej rozbita kamieniem, rozpadła się na kawałki; z twarzy, czoła i policzków została krwawa miazga, kości połamały się, a usta wypełniła krew.
Nie wracam do domu już od czterech dni. Żona i dzieci pewnie mnie szukają. Córka zalewa się łzami, wpatrując się w bramę ogrodu; wszyscy wyczekują, licząc na mój powrót.
Ale czy rzeczywiście czekają? PewnoÄšďż˝ci nie mam. Może przywykli do mojej nieobecności, to byłoby straszne! Bo tu, po drugiej stronie, człowiekowi się wydaje, że życie, w którym już nie uczestniczymy, toczy się jak dawniej. Lecz czym jest życie? Przed moim narodzeniem istniał czas niezmierzony. Po mojej śmierci, czas bezkresny! Przedtem nigdy o tym nie myślałem; po prostu egzystowałem sobie pomiędzy mrokami nieskończoności.
Byłem szczęśliwy, tak, szczęśliwy, teraz zdaję sobie z tego sprawę. W pracowni naszego sułtana uchodziłem za najlepszego pozłotnika i żaden miniaturzysta nie mógł dorównać mojemu mistrzostwu. Za prace wykonywane poza pałacem dostawałem miesięcznie dziewięcset akcze. To, rzecz jasna, czyni moją śmierć jeszcze trudniejszą do zniesienia. [...]
Jeśli jakimś cudem słyszycie mój głos, myślicie sobie zapewne: Kogóż obchodzi, ile zarabiałeś za życia? Lepiej opowiedz nam, co widzisz. Czy jest jakieś życie po śmierci? Gdzie przebywa twoja dusza? Jak wygląda raj, a jak piekło? Jak to jest umrzeć? Czy towarzyszy temu ból? Nie dziwię się wam. Żyjących zżera ciekawość, by dowiedzieć się, jak to jest po drugiej stronie. Słyszałem historię o człowieku, który z powodu owje ciekawości krążył między trupami na polach bitew... Szukał wśród rannych wojowników, walczących o życie w kałużach krwi, takiego, który wrócił z krainy zmarłych, aby poznać dzięki niemu tajemnice zaświatów. Żołnierze Timura uznali ciekawskiego za wroga i jeden z nich przeciął go mieczem na pół. Nieszczęśnik w chwili śmierci uznał, że tak się właśnie dzieje na tamtym świecie: człowiek dzieli się na połowy.
Nic z tych rzeczy. Rzekłbym nawet, iż dusze rozdzielone za życia tutaj łączą się w całość. W przeciwieństwie do tego, co twierdzą giaurzy, pozostający pod wpływem szatana, zaświaty, dzięki Bogu, naprawdę istnieją. Najlepszym dowodem jest to, że stamtąd właśnie do was przemawiam. Umarłem, ale, jak widzicie, nie przestałem istnieć. Muszę jednak przyznać, że nie zauważyłem tu opisywanych w Koranie złotych i srebrnych pałaców ani wijących się między nimi rzek. Nie dojrzałem drzew o wielkich liściach, obwieszonych dojrzałymi owocami, ani pięknych dziewic, choć doskonale pamiętam, jak często z przyjemnością szkicowałem te rajskie hurysy o wielkich oczach, które wspomina sura Wydarzenie. Niestety, nie natknąłem się też na owe cztery rzeki mlekiem, winem, słodką wodą i miodem płynące, opisywane kwieciście nie przez Koran akurat, lecz przez takich mistyków jak Ibn Arabi. Ponieważ jednak nie mam zamiaru podważać wiary tych, którzy karmią się nadzieją i marzeniami o tamtym świecie, do czego zresztą mają prawo, chciałbym podkreślić, iż moje obserwacje wynikacją z mego specyficznego położenia. Każdy wierny muzułmanin, choć trochę zorientowany w kwestii życia po śmierci, przyzna, że taki niespokojny duch jak ja, w dodatku znajdujący się w podobnej do mojej sytuacji, może mieć trudności ze znalezieniem rajskich rzek. Nie owijając w bawełnę: ja, Elegant, sławny w środowisku ilustratorów i mistrzów, umarłem, lecz nie zostałem pogrzebany, dlatego też moja dusza nie opuściła całkowicie ciała. I póki się owych nieczystych zwłok nie uwolni, póty nie będę mógł wstąpić ani do raju, ani do piekła (w zależności od tego, co mi przeznaczone). Owa wyjątkowa sytuacja, choć oczywiście mój przypadek nie jest pierwszy, sprawia, że nieśmiertelna cząstka mnie cierpi straszliwe katusze. Nie czuję, co prawda, ani roztrzaskanej czaszki, ani połamanych kości i gnijącego, pokrytego ranami ciała, zanurzonego w lodowatej wodzie, ale boli mnie przeżywająca męki dusza, która rozpaczliwie pragnie uwolnić się z cielesnej powłoki. Czuję się tak, jakby cały świat, łącznie z moimi członkami, skurczył się nagle do zwykłej grudki bólu.
Wrażenie mógłbym porównać tylko do zdumiewającego poczucia wolności, jakie ogarnęło mnie w chwili śmierci. Owszem, natychmiast zrozumiałem, że ten drań chce mnie zabić, gdy nagle uderzył mnie kamieniem i roztrzaskał mi czaszkę, lecz nie wierzyłem, że posunie się tak daleko. Okazało się, jak drogie jest mi życie, z czego nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, prowadząc monotonną egzystencję, dzieloną między dom i pracownię. Broniłem więc tego życia rękami, nogami i zębami, które zacisnąłem na ciele mordercy... Ale nie zamierzam zanudzać was wstrząsającymi opisami jego kolejnych ciosów.
Gdy uświadomiłem sobie ze smutkiem, że umieram, wypełniło mnie zdumiewające poczucie ulgi. Chwila przejścia na drugą stronę była łagodna, płynna, zupełnie jakbym podczas snu obserwował siebie, pogrążonego we śnie. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałem, były ośnieżone buty mojego nikczemnego kata. Zamknąłem oczy, jakbym zasypiał, i w ten sposób znalazłem się pod drugiej stronie.
O. Pamuk, Nazywam się Czerwień, WL 2007, s. 7-10.
Wspomnienie o Marku Grechucie

Wszyscy już zapewne wiedzą, kto dostał Nobla, więc nie będę się o tym rozpisywać. Zresztą nie miałabym nic do napisania, bo nazwisko Jean-Marie Gustave Le Clézio usłyszałam po raz pierwszy.
Po powrocie z pracy wysłuchałam w trójeczce ładnego reportażu o Marku Grechucie w 2. rocznicę jego śmierci. Artystę wspominali mój ukochany Grześ Turnau i Jan Kanty Pawluśkiewicz. Miło było posłuchać o Grechucie-człowieku, o Grechucie-artyście, o krakowskim światku artystycznym...
Dzięki usłyszanej w trójce zapowiedzi znalazłam się wieczorem na koncercie T-Love, którzy zagrali na 60-lecie Wydziału Malarstwa ASP. Przypomniały nam się z mężem stare, studenckie czasy. Ech, milusio...
A po 21. wysłuchałam Klubu Trójki z Krakowa, oczywiście również poświęconego mistrzowi Grechucie. Audycję przeplataną utworami Grechuty prowadził Dariusz Bugalski, a gośćmi byli Danuta Grechuta i Jan Kanty Pawluśkiewicz.
Przed snem zaczęłam jeszcze odrabiać dawną zadaną "pracę domową", czyli poczytałam "Ostatni zlot aniołów" M. Pankowskiego. Oczywiście pamiętając o sugestii Trójkowiczki, że trzeba być otwartym, aby czytać tę prozę. I na razie nie wiem, co o tym myśleć. Bo w sensie dosłownym powiedzmy, że wiadomo, o co chodzi. Ale co można wyczytać spomiędzy wierszy??? To już wymaga głębszej refleksji, na którą wczoraj nie miałam już sił. Jeszcze więc tylko kilka skeczy KMNu i błogi sen.
PS Wczoraj byłam na profilaktycznym badaniu USG piersi. Moje piersi mają się dobrze. Ale dobrze wiedzieć, po prostu dobrze mieć pewność, że jest OK.
PS 2 Lubię Warszawę za jej szeroką ofertę kulturalną. Oczywiście nie korzystam z niej w takim stopniu, jak bym chciała. Ale w okresie wakacyjnym zaliczyłam kilka koncertów jazzowych na Starówce (w tym świetny koncert Andrzeja Jagodzińskiego), obejrzałam kilka filmów w kinie plenerowym, wysłuchałam kilku Koncertów Chopinowskich w Łazienkach (leżąc na kocyku na trawie w pełnym letnim słońcu). A już jutro koncert Budynia na Myśliwieckiej.
A na koniec tekst Czechowicza, który Marek Grechuta tak wspaniale zinterpretował (a po nim, równie wspaniale Grzegorz Turnau):
Żyjesz i jesteś meteorem lata całe tętni ciepła krew rytm wystukuje maleńki w piersiach motorek od mózgu do ręki biegnie drucik nie nerw jak na mechanizm przystało myśli masz ryte w metalu krążą po dziwnych kółkach nigdy nie wyjdą z tych kółek jesteś system mechanicznie doskonały jesteś system mechanicznie doskonały i nagle coś się zepsuło oto płaczesz po kątach trudno znaleźć przeszły tydzień linie proste falują zamiast kwadratów , rombów w każdym głosie słychać w całym bezwstydzie ostatecznego dnia trąby otworzyły się oczy niebieskie widzą razem witrynę sklepową i sąd przenika się nawzajem tłum Archanioły i ludzie Archanioły i ludzie chmurne morze faluje przez ląd ulicami wskroś , tramwaje w poprzek suną mgliste rydwany suną mgliste rydwany pod wieczorem różowe błyskawice choć grudzień otworzyły się oczy niebieskie otworzyły się oczy niebieskie widzisz siebie , marynarza w Azji a zarazem trzyletniego , pięcioletniego chłopca na warszawskim podwórku na warszawskim podwórku i siebie przed maturą w gimnazjum namnożyło się tych postaci namnożyło sie tych postaci stoją ogromnym tłumem a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty a wszystko to ty nie możesz tego objąć w szlifowanym żelazie rozumem
Cieszę się z panią, pani Olgo!

Nie byłabym sobą, gdybym o tym nie napisała.
Abstrahując od tego, co myślę o GW i Michniku, zwyczajnie ucieszyłam się,
słysząc w radiu, że NIKE przyznano w tym roku mojej ulubionej polskiej pisarce
Oldze Tokarczuk za książkę Bieguni.
Pojawienie się książki na rynku było dla mnie ważnym wydarzeniem. Nie mogę
powiedzieć, że przeczytałam ją z zapartym tchem, bo absolutnie nie jest to tego
typu literatura. Tak naprawdę "Biegunów" trzeba studiować zdanie po zdaniu
(głównie fragmenty luźno wplecione w powieść). Ale czego się nie robi dla
ukochanej pisarki... Przebrnęłam przez tę powieść może bez jakiejś wielkiej
przyjemności w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale z poczuciem, że zapoznałam
się z książką otwierającą niektóre nieco przymknięte ostatnio klapki mojego
umysłu. Już wyjaśniam: w Biegunach miałam okazję po raz kolejny przekonać się
o wielkiej erudycji autorki, o jej ciągłym poszukiwaniu ciekawszej formy i lepszej
treści.
Spotkanie z mądrym człowiekiem jest dla mnie zawsze swego rodzaju zimnym
prysznicem - oto ja, Anna, uświadamiam sobie, jak zaniedbuję się intelektualnie i
duchowo, jak porastam chwastami i zielskiem, choćby spędzając wolne chwile w
pracy na czytaniu onetu (!).
Jak już pisałam, nad książką Bieguni jeszcze spędzę trochę czasu i wtedy może
napiszę, jak ja rozumiem tę powieść. Na razie nie wiem, nie mam zdania. Książka jest tak wieloaspektowa, tak pocięta na rozmaite fragmenty, że nie wystarczy ją tak po prostu raz przeczytać i odstawić na półkę. O nie, z Tokarczuk nie można iść na łatwiznę. Jak do tej pory interpretacji powieści jest mnóstwo. A opinii o powieści i samej autorce jeszcze więcej.
I zastanawiam się tylko - Pani Olgo, dla kogo tak naprawdę napisała Pani książkę?
Jakiego czytelnika miała Pani przed oczami, stukając w klawisze klawiatury?
Moje podróże z Kapuścińskim

Podróże z Herodotem. Ta przeciekawa i przeniezwykła książka towarzyszyła mi podczas mojej wycieczki na Kretę.
Autor, wybierając się w pierwszą swoją zagraniczną podróż do Chin, dostaje w
prezencie na drogę opasłe tomisko - "Dzieje Herodota".
I tak się zaczyna ich wspólne podróżowanie. Ryszard Kapuściński i Herodot ramię
w ramię przemierzają kolejne kraje. Łączy ich wiele - obaj są reporterami,
świadkami historii zmieniającej się na ich oczach, relacjonują na żywo zdarzenia,
o których przeciętny człowiek boi się czytać. W "Podróżach z Herodotem" autor
funduje nam dodatkową atrakcję podróży w czasie i przestrzeni, ponieważ jego
relacje przeplatają się z opowieściami jego "współtowarzysza" Herodota, którego
"Dzieje" wozi ze sobą w walizce.
I tak jak Herodot, starożytny historyk żyjący jeszcze przed naszą erą, z
niezwykłą przenikliwością, ale i humorem opisywał sławnych bohaterów, bitwy,
rzucając co i rusz ciekawe anegdoty, tak teraz Kapuściński daje nam obraz
wydarzeń, które obserwuje w swoich podróżach po Chinach, Indiach, Azji i Afryce.
Każdy kto zna choć trochę twórczość Kapuścińskiego, wie, że potrafi on w sposób
niezwykły przemawiać do wyobraźni widza. Tak, widza - bo przewracając kolejne
kartki czujemy się jakby naocznymi świadkami opisywanych sytuacji.
Sugestywność, empatia, wrażliwość, odwaga, ciekawość, upór - te słowa
przychodziły mi na myśl, gdy z zapartym tchem śledziłam za "Ricardo" relacje z
wojen domowych i zamieszek na ulicach w Afryce, z komunistycznych Chin ze
"Stoma kwiatami Mao", siedząc sobie na wygodnym leżaku nad basenem hotelowym.
W "Podróżach z Herodotem" autor funduje nam dodatkową atrakcję podróży w
czasie i przestrzeni, ponieważ jego relacje przeplatają się z opowieściami jego
"współtowarzysza" Herodota, którego wozi ze sobą w walizce.
Chylę tutaj czoła przed wielkim kunsztem literackim tego człowieka-wiecznego
wędrowca, niejako skazanego na trudny reporterski los gdzieś w objętej
rozruchami i wojnami Afryce. Zarówno w Hebanie, który uważam za jego
najlepszą książkę, jak i w Jeszcze jednym dniu życia, Imperium i Cesarzu oraz w
Podróżach z Herodotem ujął mnie prostotą, a jednocześnie głęboką wymową
swoich wypowiedzi.
Z opowieści, rozmów z przypadkowymi ludźmi tworzy się obraz Kapuścińskiego,
który jest zwyczajnym facetem, dobrym kumplem, bardzo towarzyskim i łatwo
nawiązującym kontakty człowiekiem. Współczującym, wesołym, zmęczonym, ale
ani na chwilę nieprzestającym komentować zastanej rzeczywistości. Często z
narażeniem życia, co najlepiej oddaje Jeszcze dzień życia.
No cóż, żal, że zabrakło już pana Kapuścińskiego wśród nas.
Chociaż tak naprawdę codziennie mamy okazję go spotkać, gdzieś wśród lwów na
pustyni lub w samym środku krwawych zamieszek - wystarczy otworzyć jedną z
jego książek i czytać, czytać, czytać.
Na pewno sięgnę po nieczytane jeszcze: Szachinszacha, Wojnę futbolową, Lapidaria.
I na pewno nie raz będę wracać do tej fascynującej literatury.
Ciotka Julia i Skryba

Ciotkę Julię i Skrybę zaczęłam poczytywać sobie tuż po powrocie z pracy, kiedy to nie miałam jeszcze sił i ochoty, aby brać się za przygotowanie obiadu i inne obowiązki kury domowej, a zdecydowanie potrzebowałam chwili relaksu.
I tak, dzień po dniu, serwowałam sobie kolejne odcinki tej telenoweli i "wyłączałam" książkę zazwyczaj w najciekawszym momencie, bo akurat wtedy, gdy akcja się wyjątkowo zapętlała, rozlegał się dzwonek do drzwi i do domu wkraczał mój mąż, głodny i zmęczony.
To książka oparta ponoć na wątkach autobiograficznych autora. Reklamowana jako powieść pełna rozpusty. To ja jestem chyba bezwstydna, bo rozpusty się w niej nie dopatrzyłam. A fabuła jest banalna: oto 18-letni Mario, student prawa z dobrej rodziny, redaktor serwisów w radiu zakochuje się na zabój w swojej starej (!!!) 32-letniej ciotce Julii. I co teraz? Jak rodzina przyjmie wieść o romansie?
Powieść przeplatana jest fragmentami powieści radiowych (jako że telewizji w tamtych czasach nie uświadczysz) tworzonych przez niezwykle płodnego twórczo skrybę Pedra Camacho, który z czasem sam zaczyna się gubić w mnogości epizodów i postaci.
Przeczytałam tę opowieść w przeciągu kilku zaledwie dni, bo zwyczajnie mnie wciągnęła i trudno mi było się od niej oderwać. I tu czas na wnioski. Czy po prostu jest to dobrze napisana porządna literatura, czy może powieść stworzona dla takich trochę znudzonych kur domowych, które mają upodobania do literatury w stylu telenowel brazylijskich. Czy czytając tę książkę, rekompensowałam sobie brak telewizora i seriali??? Czy zaczyna się u mnie, tak częsty u absolwentów polonistyki, spadek zainteresowania kulturą wysoką na rzecz chłamu rodem z krainy harlekinów??? Może to, co wydaje mi się być wartościowe, wcale takie nie jest? Wszak w rekomendacji książka polecana jest jako majstersztyk nurtu lekkiego. Hmm, tak sobie stukam chaotycznie, co mi ślina na palec przyniesie. Jeszcze o tym pomyślę i coś skrobnę już na spokojnie.
PS Jakoś mnie ostatnio zainteresowała nowa płyta Marii Peszek. Po prostu o niej myślę. Płycie, oczywiście. Równolegle ukazuje się też książka, określona jako dziennik intymny, Bezwstydnik. Czytałam wywiad z artystką w ostatnim "Twoim Stylu" i tylko się zdenerwowałam. Stwierdziłam, że to bardzo dziwna osoba. No bo, pierwszy z brzegu przykład, jak można mieszkać z ukochaną osobą w jednym mieszkaniu i mieć osobne sypialnie? Ponoć odwiedzają się w swoich sypialniach, jak się stęsknią za sobą. No cóż, co związek, to obyczaj. Może i to dobrze wpływa na relacje. Ja bym - po pierwsze uschnęła z tej tęsknoty po pierwszej samotnej nocy, po drugie, czułabym, że się z mężem od siebie oddalamy, śpiąc osobno, przez ścianę. Ale może tak można. Ja się nie wtrącam.
A ta płyta, hmm, ciekawe?
Ja, ocean niespokojny, w mojej głowie gwiezdne wojny.
Murakami i muzyka słów, Tańcz, tańcz, tańcz


Przez ostatni weekend mieliśmy gości - odwiedzili nas rodzice męża i jego brat z żoną i dzieckiem.
Była góra jedzenia i góra stresu (bo to pierwsza ich wizyta w naszym nowym domu). Wstałam więc skoro świt w sobotę i kilka godzin spędziłam w kuchni. I, o dziwo, nic mi się nie przypaliło i nawet szarlotka wyszła bez zakalca. Wszystko odbyło się bez zarzutu, a mój mężuś był wniebowzięty, że ma taką gospodarną, miłą, uśmiechniętą żonę.
A w niedzielę po południu, już po odjeździe rodzinki, wybraliśmy się na Targi Książki. I oczywiście, jak co roku, miałam ochotę wykupić co najmniej pół niektórych stoisk.
Nabyłam jednak tylko planowaną i długo oczekiwaną nowość wyd. Muza - Murakami i muzyka słów Jaya Rubina, oraz nadprogramowo jeszcze Tańcz, tańcz, tańcz Haruki Murakami i Opowiadania Mrożka.
I już się nie mogę doczekać wolnego czwartku, bo dopiero wtedy będę mogła zabrać się za czytanie. Pogoda zapowiada się nie najlepsza, więc będzie okazja, aby zaszyć się w kąciku z książką.
...
...
...
Tańcz, tańcz, tańcz to świetna książka. Trochę jak kryminał, wciągająca. Tajemnice, niedopowiedzenia, zawikłana, pokręcona fabuła, dużo niesamowitych wydarzeń i dziwnych postaci - to właśnie uwielbiam u Murakamiego.
Kafka nad morzem

Czasami, wchodząc do księgarni, mam wrażenie, że czeka tam na mnie jakaś książka, a ja po prostu muszę ją wyłowić wśród stosów innych pozycji.
W pewnej chwili doznaję jakby olśnienia i już wiem, że to ONA.
Ostatnio przydarzyło mi się to w księgarni z tanią książką przy ul. Koszykowej.
Błądząc między półkami, nieco już zrezygnowana, nagle widzę książkę Murakamiego Kafka nad morzem - trochę zniszczoną, ale przecenioną ponad 10 zł.
Tup tup do kasy.
Przeczytałam tę powieść w dwa dni. Wciągnęła mnie, wchłonęła niczym czarna dziura.
Oczywiście, jak to u Murakamiego, na kartach powieści spotykamy wiele zakręconych,
nierzeczywistych postaci. Każda z nich jest wyrazista i dziwna, można powiedzieć ułomna, na
swój sposób.
Zupełnie zwyczajny wydaje się być główny bohater, choć, jak się dowiadujemy, ciąży nad nim
tajemnicza klątwa ojca, przed którą ucieka.
Książce towarzyszą niedopowiedzenie, niewyjaśnienie. Aż chciałoby się zapytać, ale dlaczego,
ale co z tego wynika, po co te wszystkie koty??? Autor dręczy nas, wymyślając
baśniowo-poetycko-niezrozumiałe historie. I pozostawiając nas często bez odpowiedzi. Na
ostatnich stronach pada zdanie z ust jednej z bohaterek: "Na to pytanie już powinieneś znać
odpowiedź". Jest ono skierowanego do tytułowego Kafki, choć może i do każdego czytelnika,
który, chcąc nie chcąc, wkracza w ten nieodgadniony świat i próbuje jakoś go rozłożyć na
czynniki pierwsze.
Uwielbiam książki Murakamiego. Mają niepowtarzalny klimat, trzymają w napięciu i zdają się
czynić czytelnikowi wyrzut - a twoje życie jest takie szare, zwyczajne, zrób coś z tym.
Mały problem ma Murakami z zakończeniami. Wydaje się, że czasami brakuje mu już "pary", aby jakoś sensownie zapiąć w całość swój twór, a przy tym zaskoczyć czytającego. U Murakamiego zakończenie cieknie powoli, aż w końcu okazuje się, że już niejako przeciekło między palcami i rozlało się w niewiadomoco. I tak, przelatując wzrokiem (z pałającymi policzkami) kolejne sześćset dwadzieścia stron, czujemy się trochę oszukani, że oto wprowadzono nas w nastrój niesamowitości, uraczono smakowitymi kąskami, a na koniec podano zwykłą bułkę z masłem.
Duży plus za wszechobecną w książce muzykę i literaturę.
A co z tego wynika?
Otóż po przeczytaniu ostatniego zdania ja, Anna, ja, która piszę, stałam się innym człowiekiem. Lektura wstrząsnęła mną - już mówię dlaczego. Uświadomiłam sobie, jak zmieniło się moje życie w ciągu ostatnich paru lat. Jaka stałam się prozaiczna, bez polotu, bez pasji życia.
I płakać mi się zachciało.
Przypomniało mi się, jak swego czasu, na studiach, żyłam wśród filozofów, ludzi zakręconych na punkcie literatury i jak niesamowity był wtedy każdy dzień.
Moje obecne życie jest miłe, spokojne, urokliwe, z ukochanym u boku, a jednak nieco przyszarzałe z powodu ogromu obowiązków zawodowych, z codziennym gotowaniem obiadów i sprzątaniem.
I co mogę zrobić? Na początek - powrót do jednego z chętniej kiedyś czytanych autorów - Emila Ciorana. Kiedyś zasypiałam ze Szczytami rozpaczy w ręku... Miewa się wtedy dziwne sny.
Poniżej kilka na szybko znalezionych cytatów.
Jeśli chce się być szczęśliwym, nie wolno gmerać w pamięci.
Muszę zmajstrować sobie uśmiech, uzbroić się weń, schronić się pod jego opieką, mieć czym
odgrodzić się od świata, zamaskować swe rany, wreszcie wyćwiczyć się w noszeniu maski.
Po co nosić maskę, gdy nie ma się już twarzy?
Nigdy nie trzeba zgadzać się z tłumem, nawet jeśli ma rację.
Przez kogo zaznałeś szczęścia, przez tego też zaznasz nieszczęścia.
Błogosławiony przez bogów, kto nie przywiązuje się do nikogo.
Co pan robi? - Czekam na siebie.
Każdy ból się zapomina, upokorzenia - żadnego.
Gdy ktoś mnie zapewnia, że obca jest mu uraza, zawsze mnie kusi, by dać mu w twarz, żeby mu
pokazać, iż się myli.
(...) ach! jak ludzie mnie bolą!
Kilka mądrych słów
Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot, żyje, musijakoś się z tym faktem uporać, im będzie to kosztowało mniej wysiłku -tym lepiej. A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki,pochłaniający człowieka. Większość ludzi raczej rozwija w sobiezdolności przeciwne, zdolność, aby patrząc - nie widzieć, aby słuchając- nie słyszeć.
Z Mini wykładów o maxi sprawach:
Czym innym jest zdolność do śmiechu, czym innym poczucie humoru.Zdolność do śmiechu jest powszechną i wyróżniającą cechą człowieka(...). Poczucie humoru natomiast jest rzadkie, zakłada bowiemumiejętność osiągnięcia przez człowieka dystansu względem samegosiebie, dystansu ironicznego.
Z braku czasu tylko dwa cytaty z dwóch mądrych książek.
Mężczyzna
"(...) kocha bez przerwy, pieprzy często i solidnie, uwielbia i podziwia, godzien zaufania, jednocześnie ekscytujący - Adonis, który zszedł na ziemię, ... ale też ojcowski typ, wspaniały syn i oddany ojciec, kochanek o dzikim wejrzeniu, łagodny, rozsądny i jednocześnie zabawny (...) piękny, nie bez pewnych niedoskonałości w rysach. Nadzwyczaj inteligentny, jego inteligencja skrzy się od humoru. W łóżku potrafi się śmiać. I chociaż niezmordowany na tym polu, nie ma fioła na punkcie seksu. Nie biczuje się, gdy nie stoi mu bez przerwy. Nie pyta: Jak wypadłem ? Jeśli raz się nie uda nie wpada w nerwowe załamanie, wie, że jest lubiany nie tylko za to, co nosi w spodniach, ale też za umysł i poczucie humoru.
Zapach owocu guawy

Wiem, wiem, miałam nie kupować żadnych książek.
Ale nie mogłam się oprzeć pokusie, aby poszerzyć moje zbiory o cieniutką (150 stron) książeczkę z zapisem rozmów Plinio Apuleyo Mendozy z Gabrielem Garcią Marquezem - Zapach owocu guawy.
I dobrze, że mam taką słabą wolę, bo dzięki temu w moich rękach znalazła się rewelacyjna książka, dzięki której powróciły dawne myśli o pisarstwie i dziennikarstwie.
Przygodę z Marquezem zaczęłam od Stu lat samotności, które mnie absolutnie zachwyciły. Potem nadszedł czas na Miłość w czasach zarazy, Złą godzinę, Kronikę zapowiedzianej śmierci, O miłości i innych demonach, Jesień patriarchy (jak na razie we fragmentach).
I tak Marquez znalazł się w moim osobistym kanonie autorów absolutnie koniecznych.
W Zapachu owocu guawy w rozmowie ze swoim przyjacielem, również pisarzem, Marquez odkrywa arkana swojego pisarskiego warsztatu, opowiada o tym, jak wyrozumiała jest dla niego jego żona Mercedes i co myśli o krytykach, którzy w jego książkach doszukują się niezrozumiałych dla niego samego sensów.
Najbardziej urzekło mnie jego wyznanie, że płakał przez dwie godziny po tym, jak na kartach powieści uśmiercił swojego bohatera Aureliano Buendię.
W książce jest też kilka innych anegdot, jak to poszczególne postaci wymknęły się spod kontroli autora i zaczęły żyć własnym życiem.
Być może jednak ma rację Cezary Polak, który w artykule o Zapachu owocu guawy twierdzi, że „Gabriel Garcia Márquez jest wielkim pisarzem, a Mendoza średnim dziennikarzem” (GW, 20.10.2003.).
Książka sprawiać może wrażenie mało obiektywnej, choćby dlatego, że Mendoza, jako stary przyjaciel autora, nie chce go urazić niewygodnymi pytaniami, albo też dlatego, że sam Marquez próbuje ich uniknąć i spycha rozmowę na dogodne tory. Na przykład temat socjalizmu zostaje potraktowany bardzo marginalnie. Co mi akurat nie robi różnicy, bo i tak z największym zainteresowaniem śledziłam rozdziały o procesie tworzenia, zmaganiach z trudami pisarskiego życia (o życiu na kredyt i żebraniu na ulicach), inspiracjach oraz wpływie wydarzeń i osób z dzieciństwa na kształt Stu lat samotności.
Niezależnie od wskazywanych przez krytyków ułomności książki, ja jako czytelniczka Marqueza przeczytałam ją niemal jednym tchem. I już wiem, że kupię też wszystkie inne publikacje na temat życia tego niezwykłego pisarza. Po prostu bardzo spodobały mi się jego opowieści o szalonych krewniakach, o nieco nawiedzonej babce, która rozmawiała z duchami, o barwnym dziadku, który był dla autora tak ważny.
Realizm magiczny, nic dodać, nic ująć.
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75517,1732737.html
Miasteczko, w którym czas się zatrzymał

Obiecywałam sobie, że omijam księgarnie z daleka do czasu zamieszkania w nowym mieszkaniu, ale stało się...
I tak na mojej półce pojawiło się Miasteczko, w którym czas się zatrzymał.
W książeczce niewielkich rozmiarów, jak wszystkie Hrabalowskie, narratorem jest chłopiec w wieku szkolnym, wtajemniczeni wiedzą już, że to mały Hrabal. Wszelkie wątpliwości co do tego zostają rozwiane, gdy okazuje się, że akcja rozgrywa się w Nymburku, a rodzicami chłopca są Francin i Maria (znani już dobrze z Postrzyżyn).
Chłopiec snuje swoje kolejne opowieści o życiu w nieco sennym, nieco Schulzowskim (Hrabal ponoć inspirował się twórczością autora Sklepów cynamonowych) miasteczku. A zaczyna od zabawnej, choć nie dla niego, historii, jak to zamarzył mu się tatuaż, a konkretnie mała łódeczka. A co wytatuował mu na piersiach pan Lojza? Powiem tylko, że z łódką niewiele miało to wspólnego.
Żywa akcja, z pewną dziecięcą naiwnością potraktowane niektóre tematy. Co ciekawe jednak, chłopiec ze swobodą mówi o tym, że jego dziadek nazywał babcię kurwą i w złości rąbał meble; nie gorszy się na widok księdza zabawiającego się ze swoimi młodziutkimi kucharkami; dokonale wie też, po co stryj Pepin chodzi do panienek. Zresztą Pepin jest ulubieńcem chłopca. Ma on dużo więcej sympatii dla postrzelonego i nieodpowiedzialnego stryja, niż dla nieco flegmatycznego i śmiertelnie nudnego ojca Francina (znający biografię Hrabala wiedzą, że Frantisek Hrabal był ojczymem autora, w powieści jednak jest nazywany nie inaczej jak tylko tatusiem). Pepinowi nasz bohater chyba trochę zazdrości dystansu do świata, radości życia, czerpania z niego pełnymi garściami. Nawet wtedy gdy widzi, jak z głodu wyjada kartofle kurom. Nawet gdy słyszy niemające nic wspólnego z prawdą przechwałki o dokonaniach na polu walki.
Nie czytałam wcześniej Skarbów świata całego ani Takiej pięknej żałoby. Ponoć duże fragmenty Miasteczka są powtórzone w tych dwóch utwórach, które, wraz z Postrzyżynami, należą do nymburskiej trylogii. I może dlatego nie mam pretensji do autora o tę wtórność. Tak samo jak nigdy nie miałam pretensji do Pilcha o to, że w każdej powieści powraca do rodzinnej Wisły, wskrzesza wciąż tych samych przodków i uwodzi wciąż te same brunetki w żółtych sukienkach (notabene "warszawskie" Miasto utrapienia zupełnie mnie nie porwało).
Książkę polecam wielbicielom Hrabala i czeskiego humoru, bo tu go pod dostatkiem. Typowo Hrabalowska atmosfera barwnego opowiadania, ciepły stosunek do świata - to sprawia, że w Hrabalowskiej czujemy się dobrze i chcemy tam wracać, no, przynajmniej ja :)
Poniżej link do artykułu o Miasteczku
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75517,2456892.html
PS Zupełnie z innej beczki. Ostatnio przypadkiem odkryłam sposób na ładną, puszystą panierkę do kotletów schabowych. Miałam mało bułki tartej, nie chciało mi się schodzić do sklepu. Zmieszałam więc bułkę z tym, co miałam w szafce, czyli płatkami owsianymi błyskawicznymi. Polecam, ładnie wygląda na talerzu.
Gra w życie

To jedna z książek, które dostaliśmy w dniu ślubu - wpadłam na taki pomysł, aby nasi najbliżsi goście zamiast kwiatów przynieśli nam wybrane przez nas (choć były i niespodzianki) tytuły.
Grę w życie napisał człowiek, który Hrabalem fascynuje się od 15 lat. Jest tłumaczem jego utworów i, jak mówi w jedym z wywiadów (GW Kraków, 22.06.2004.), stworzona przez niego biografia autora Postrzyżyn nie jest długa, bo "nie było rzeczą dobrą pisać o Hrabalu książki dłuższej od tych, które on sam pisał". Kaczorowskiemu zależało głownie na odnalezieniu tych motywów, które sprawiły, że stał się pisarzem.
Książka zaczyna się od pytania - jak to właściwie było ze śmiercią Hrabala? Powszechnie wiadomym jest, że zakończył życie, wypadając z piątego piętra szpitala. No ale właśnie - wypadł czy sam wyskoczył??? Autor miał 83 lata, był schorowanym staruszkiem, niemogącym samodzielnie się poruszać. Oficjalna wersja głosi, że wypadek miał miejsce, gdy Hrabal karmił gołębie. Kaczorowski zadaje jednak pytanie, jak to możliwe, że unieruchomiony dał radę wdrapać się na wysoki parapet. Jego zdaniem, na taki wyczyn stać tylko osobę, która ma poważniejsze powody do wchodzenia na okno niż karmienie gołębi. Tym bardziej, że przez prozę Hrabala przeplatał się wątek takiej właśnie śmierci:
„tyle razy chciałem wyskoczyć z piątego piętra, gdzie mieszkam[ponieważ] widziałem, jak długo umierała moja Pipsi, moja żona, alekiedy przeczytałem, że Kafka chciał również wyskoczyć z piątego piętra,na którym mieszkał w Maison Oppelt, znanej hurtowni win składującej wpiwnicach pod Starorynkiem siedemset tysięcy butelek supergatunków, kiedy przeczytałem, że Malte-Laurids Brigge również mieszkał w Paryżuna piątym piętrze, kiedy się o tych piątych piętrach dowiedziałem, odechciało mi się wyskakiwania z okna”.
W książce Hrabal przedstawiony jest jako człowiek zwyczajny, z niełatwym dzieciństwem, do którego powraca w wielu swoich utworach, m.in. Postrzyżynach i Miasteczku, w którym czas się zatrzymał. Z barwnym stryjem Pepinem, którego opowieści Hrabal rzekomo zapisywał, aby potem wklejać je na karty swoich powieści i opowiadań. Zresztą, sam Hrabal przyznawał z przekorą, że jego twórczość to nic innego, jak wysłuchane w podrzędnych gospodach opowieści podchmielonych biesiadników odpowiednio ze sobą połączone.
Kaczorowski przedstawia i ciemniejsze strony życia Hrabala - czyli kolejne śmierci jego przyjaciół i bliskich, które bardzo przeżywał. A także jego zgodę na cenzurowanie swoich utworów i wydawanie ich w reżimowych wydawnictwach.
To wszystko składa się na obraz pisarza, którego podziwiam.
Za przedstawianie w powieściach zwyczajnych, przeciętnych ludzi, którzy jednak zapadają w pamięć na dobre.
Za urzekającą historię o Marii i Francinie. Jak mówił Jirzi Menzel (reżyser ekranizacji Hrabalowskich powieści, wieloletni przyjaciel autora, którego ten ponoć się wstydził, bo nie pił piwa i w knajpach zamawiał herbatę): „Jest wiele książek o miłości. Ale nich mi pan pokażeksiążkę o miłości między małżonkami. A Postrzyżyny są właśnie o tym”.
Za stworzenie postaci maleńkiego kelnera.
Powtórzę za Kaczorowskim: "Hrabal to w ogóle fajny przewodnik, nauczyciel, dzięki jego książkom jest mi przyjemniej żyć".
Drobne przyjemności
Skorzystaj z siły, jaką dają miłe chwile, Codziennie zaplanuj ich kilka. Spotkaj się z przyjaciółką, kup nową torebkę, albo idź do wróżki. Nie żałuj czasu na to, co sprawi Ci radość, a poradzisz sobie z każdym stresem i chandrą. Odzyskasz radość życia bez wprowadzania rewolucyjnych zmian w swojej pracy i domu.
To fragment artykułu, jaki wczoraj znalazłam, przeglądając jakiś stary numer Twojego Stylu. I co? Okazuje się, że na ponure, deszczowe, ciemne początki zimy jak znalazł.
Uświadomiłam sobie, że i mnie przydałoby się więcej radości życia. Że kiedyś potrafiliśmy przegadać z Piotrem cały wieczór (wczoraj rozmawialiśmy przed zaśnięciem chyba z godzinę :)). Że czasem zjadam śniadanie w pośpiechu i nawet słowa nie zamienię z moim mężem, bo za rozmowę wystarcza nam dźwięk radia. Dziś wyłączyłam radio i wcinając kanapkę zaczęłam rzucać w mojego P. ziarenkami słonecznika z chleba. Poczułam się znów jak mała niegrzeczna dziewczynka. I to była moja mała przyjemność dzisiejszego dnia, mam nadzieję, że nie ostatnia :)
Odnajdźmy w sobie więcej kobiecości, bądźmy bardziej jak niesforna Pippi, która potrafiła być nieprzewidywalna, odrzucała wszystko, co utarte, kwestionowała to, co wolno i czego nie wolno. Po prostu - bądźmy ciekawe siebie i świata. Czujmy się dobrze w swoim towarzystwie, a wtedy i inni będą lubili z nami przebywać. A jeśli nie zależy nam na opinii innych, to jeszcze lepiej, po co przejmować się tym, co inni myślą :)
Chwila dla siebie w ciągu dnia - i świat wydaje nam się ładniejszy. Brzmi niczym hasło reklamowe proszku do prania ;)
Trzeba codziennie posłuchać choćby jednej ładnej piosenki, przeczytać choćby jeden dobry wiersz, porozmawiać z choćby jedną miłą osobą. I nie śpieszmy się tak.
I już. Żegnaj, depresjo. Żegnaj, kiepski humorze.
Bieguni, Ćwiczenia z utraty


Już 11 października premiera najnowszej książki Olgi Tokarczuk - BIEGUNI!
Cieszę się jak dziecko na tę nową przygodę z tą wspaniałą pisarką. Szczerze jej zazdroszczę wyobraźni i staram się od niej uczyć postrzegania świata.
A więc pędem do Empiku. Tym bardziej, że w ten sam dzień w Empiku przy Marszałkowskiej spotkanie z Markiem Krajewskim, moim ulubionym autorem kryminałów ;)
Również połączone z premierą jego najnowszej książki. Tytuł i tematyka na razie owiane tajemnicą.
PS Dziękuję, Aniu, za ĆWICZENIA Z UTRATY. Gdy zaczęłam je czytać, miałam mieszane uczucia. Z dystansem podchodzę do tego typu literatury, tak skrajnie osobistej, a z drugiej strony tak mocno oddziałującej na czytelnika. Nie chciałabym zostać źle zrozumiana. Po prostu myślę o motywach - które pewnie wynikały z potrzeby serca i chęci podzielenia się z innymi swoimi przeżyciami, z chęci ukazania im, jak trudne wyzwania rzuca nam czasem życie. Ale z drugiej strony... Hm..., chciałam napisać coś głupiego, ale się powstrzymałam. Czasem dziwne myśli mi chodzą po głowie, gdy czytam taką literaturę. Może jeszcze o tym napiszę, jak skończę książkę, już jestem za połową :)
...
...
...
Nowa,bardzo oczekiwana powieść, której pisarka poświęciła ostatnie trzy lata pracy. Bieguni to książka odważna, w której Olga Tokarczuk opowiada o sobie i o swoim widzeniu świata.
***************************************
"Bieguni"Olgi Tokarczuk o nomadach i podróżowaniu
/PAP/
Najnowsza książka Olgi Tokarczuk trafi do księgarń 11 października. "Bieguni" to analiza fenomenu ludzkiej skłonności do podróżowania, opis świata współczesnych nomadów.
Tokarczuk pracowała nad "Biegunami" przez trzy lata. Wspomina, że większość notatek robiła w podróży. "Ale nie jest to książka o podróży.Nie ma w niej opisów zabytków i miejsc. Nie jest to dziennik podróży ani reportaż. Chciałam raczej przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy" - pisze we wstępie autorka.
c.d. http://wakacje.wp.pl/title,Bieguni-Olgi-Tokarczuk-o-nomadach-i-
podrozowaniu,tkat,37476,wid,9199579,wiadomosc.html?ticaid=14d63
***************************************
W połowie października pojawi się najnowsza książka Olgi Tokarczuk zatytułowana"Bieguni”. To próba odpowiedzi na pytanie, co to znaczy podróżować i jaki w tym jest sens.
c.d http://cooltura.korba.pl/ksiazki/do_czytania/1,51407,2661,art.html
***************************************
Małgorzata I. Niemczyńska
Dzięki tej książce do Olgi Tokarczuk powinni przekonać się wszyscy nastawieni dotąd sceptycznie. Ale uwaga - ci, którzy przekonani już byli, mogą się zrazić.
c.d http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,35817,4562835.html
***************************************
Czarodziejskie historie Olgi Tokarczuk - recenzja M. Miecznickiej
"Bieguni" Tokarczuk mają świetne fragmenty, które świadczą o wielkiej wrażliwości i talencie autorki. To wszystko znika, kiedy Tokarczuk zaczyna filozofować. Wtedy robi się z tego jakiś papierowy Calvinoczy Tabucchi, podlany sosem egzystencjalnych wynurzeń a la Paolo Coelho. Ludzie to lubią, ale ludzie lubią również hamburgery i gumę do żucia - czytamy wD ZIENNIKU.
***************************************
Opowieści znikniętych
c.d http://wolnyhamkalo.blog.polityka.pl/?p=53
Kronika Ptaka Nakręcacza

KRONIKA PTAKA NAKRĘCACZA - kolejna książka Murakamiego. Jego pisarstwo niby jest całkiem zwyczajne (niektórzy pewnie się na mnie oburzą za te słowa), ale pozostawia całkiem niezwyczajne wrażenie. Po prostu o jego książkach myśli się długo po ich przeczytaniu. Klimat opowieści pozostaje w nas na długo. Autor ten jest bardzo promowany obecnie w Polsce, co mnie początkowo trochę do niego zniechęciło. Często tak jest, że im większa reklama, tym większy chłam, niestety. A tu miła niespodzianka. Literacko porządna robota, chciałoby się powiedzieć. Ładne tłumaczenie. Na pewno spróbuję kolekcjonować kolejne książki. Do tej pory przeczytałam PRZYGODĘ Z OWCĄ i NORWEGIAN WOOD. KRONIKĘ... zostawiam na jakiś specjalny dzień, wolny od innych myśli i codziennych problemów (czy taki dzień nastąpi???). Czyli pewnie na jakiś urlopowy dzień. Mam ochotę na prawdziwą ucztę z Murakamim.
...
...
...
Wczoraj skończyłam KRONIKĘ PTAKA NAKRĘCACZA. I po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że to świetna literatura, wciągająca, trzymająca w napięciu, fascynująca, wymagająca nieustannego myślenia, snucia domysłów.
Tytułowy ptak nakręcacz to ptak, który kryje się gdzieś w drzewach; jego odgłosy brzmią niczym nakręcanie sprężyny. Okazuje się, że tajemniczy ptak nakręca w ten sposób czas. Gdy tego nie zrobi, czas się zatrzymuje.
W momencie gdy główny bohater Toru Okada przybiera przezwisko Ptak nakręcacz, bieg wydarzeń zależy od niego.
Wielowarstwowa rzeczywistość, wiele symbolicznych postaci,zaburzenie chronologii, fragmentaryczność. Autor skacze sobie dowolnie po czasie i przestrzeni, co nie oznacza, że staje się ona dla czytelnika niezrozumiała. Choć czasami musiałam zatrzymać się na moment i pozastanawiać -zaraz zaraz, co właściwie się wydarzyło? Czytając, trzeba czytać dokładnie i z uwagą każde zdanie, w przeciwnym wypadku może nam umknąć coś istotnego. Nie ma w tej powieści niepotrzebnych zdań, ba, chyba nawet słów. Z drugiej strony,trójwymiarowa fabuła jest tak ciekawa, że chciałoby się popędzić do przodu, aby się dowiedzieć, co będzie dalej.
Powieść można porównać do wielkiej szafy, w której mieści się wiele szufladek z poszczególnymi opowieściami i listami. Myślę, że zamiarem autora było uświadomienie nam, jak absurdalne bywa życie, jak bardzo rządzą nim rozmaite koincydencje,
To taka napisana na szybko minirecenzja książki. Aż trochę żałuję, że już ją skończyłam (na szczęście na półce czekają dwie kolejne).Czytywałam ją wieczorami na plaży w Chorwacji i dlatego już zawsze będzie mi się kojarzyła z naszą podróżą poślubną. Książka wprowadzała mnie w ciekawy nastrój,po części uświadamiała mi, że moje życie jest trochę szare i czas to zmienić. Abym tylko nie zapomniała o tym zbyt szybko.
Fragment KRONIKI PTAKA NAKRĘCACZA:
1. O wtorkowym ptaku nakręcaczu, sześciu palcach i czterech piersiach
Telefon zadzwonił, gdy gotowałem w kuchni makaron. Pogwizdywałem uwerturę do Sroki złodziejki Rossiniego, wtórując stacji radiowej FM. Była to idealna muzyka do gotowania makaronu.
Usłyszałem dzwonek telefonu i najpierw pomyślałem, że go zignoruję. Makaron dochodził, a Claudio Abado właśnie w tej chwili doprowadzał Londyńską Orkiestrę Symfoniczną do muzycznej doskonałości. W końcu jednak zmniejszyłem płomień, poszedłem do pokoju i podniosłem słuchawkę. Może postanowiłem odebrać, myśląc, że któryś ze znajomych dzwoni w sprawie nowej pracy.
- Proszę o dziesięć minut - powiedział nieoczekiwanie kobiecy głos. Mam dość dobrą pamięć do głosów, lecz tego głosu nie znałem.
- Przepraszam, pod jaki numer pani dzwoni? - zapytałem uprzejmie.
- Dzwonię do pana. Potrzebne mi tylko dziesięć minut. To wystarczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli - powiedziała kobieta. Jej głos był niski, miękki, mało charakterystyczny.
- Żebyśmy się zrozumieli?
- Tak. Zrozumieli, co czujemy.
Wychyliłem się w stronę drzwi i zajrzałem do kuchni. Nad garnkiem z makaronem unosiła się para, a Abado dalej dyrygował Sroką złodziejką.
- Przepraszam panią, ale teraz gotuję makaron. Czy mogłaby pani zaÂdzwonić później?
- Makaron? - zapytała zrezygnowana. - Gotuje pan makaron o pół do jedenastej rano?
- A co to panią obchodzi? Mogę sobie jeść, co chcę i kiedy chcę - poÂwiedziałem trochę urażony.
- To prawda - odrzekła kobieta suchym, pozbawionym wyrazu tonem. Jej głos zupełnie się zmieniał pod wpływem najmniejszego wahania naÂstroju. - Wszystko jedno. Zadzwonię później.
- Chwileczkę - powiedziałem pospiesznie. - Jeśli próbuje pani coś sprzeÂdać, nic z tego nie będzie, choćby nie wiem, ile razy pani dzwoniła. Jestem teraz bezrobotny i nic stać mnie na żadne zakupy.
- Wiem, niech się pan nie martwi.
- Co pani wie?
- Że jest pan bezrobotny. Wiem o tym. Więc niech pan lepiej szybko dogotuje ten swój drogocenny makaron.
- A pani właściwie... - zacząłem, ale kobieta się rozłączyła, nagle i bez uprzedzenia.
Stałem tak, patrząc na słuchawkę, pełen uczuć, którym nie mogłem dać upustu. Wkrótce jednak przypomniałem sobie o makaronie i poszedłem do kuchni. Wyłączyłem gaz i odlałem makaron na sitko. Z powodu telefonu zrobił się trochę za miękki jak na al dente, ale można go było jeszcze uratować.
Żebyśmy się zrozumieli?, myślałem, jedząc makaron. Abyśmy w dziesięć minut dobrze zrozumieli, co czujemy? Nie mogłem pojąć, co ta kobieta próbowała mi powiedzieć. Może to był po prostu żart. Albo jakaś nowa metoda sprzedaży? Nieważne. Nic mnie to nie obchodzi.
Usiadłem znów na kanapie i próbowałem zabrać się do czytania pożyczoÂnej z biblioteki powieści, lecz spoglądałem co pewien czas na telefon. MęczyÂła mnie myśl o tym, o co mogło chodzić tej kobiecie, gdy mówiła o zrozumieÂniu się w dziesięć minut. Właściwie jak można się zrozumieć w dziesięć minut? Na samym początku wyraźnie powiedziała, że chodzi o dziesięć minut, i wydawała się dosyć pewna tego czasowego ograniczenia, które sama sobie wyznaczyła. Być może dziewięć minut to za mało, a jedenaście okazałoÂby się za wiele. Tak samo jak w przypadku gotowania makaronu al dente. Gdy tak rozmyślałem, odechciało mi się czytania. Postanowiłem zabrać się do prasowania koszul. Od dawna, kiedy mam w głowie zamęt, zawsze prasuję koszule. Proces prasowania dzielę na dwanaście etapów. Zaczynam od wierzchu kołnierzyka (1), a kończę na mankiecie lewego rękawa (12). Prasuję po kolei, odliczając etapy jeden po drugim. Jeśli tak tego nie robię, nic z prasowania nie wychodzi.
Uprasowałem trzy koszule, upewniłem się, że na ostatniej nie ma zmarÂszczek, i powiesiłem je na wieszaku. Wyłączyłem żelazko, schowałem je razem z deską do szafy i wtedy uświadomiłem sobie, że nieco rozjaśniło mi się w głowie.
Postanowiłem napić się wody i ruszyłem w stronę kuchni, gdy znów zadzwonił telefon. Trochę się zawahałem, ale w końcu postanowiłem odeÂbrać. Jeśli to znów ta kobieta, powiem jej, że właśnie prasuję, i się rozłączę. Okazało się, że dzwoni Kumiko. Zegar wskazywał pół do dwunastej.
- Jak się masz? - zapytała.
- Dobrze - odpowiedziałem.
- Co robisz?
- Prasowałem.
- Coś się stało? - w jej głosie był leciutki ton napięcia. Dobrze wie, że
kiedy jestem skołowany, prasuję.
- Nie, po prostu prasowałem. Nic szczególnego się nie stało. - Usiadłem na krześle i przełożyłem słuchawkę z lewej ręki do prawej. - A dlaczego
dzwonisz?
- Umiesz pisać wiersze?
- Wiersze? - zapytałem zdziwiony. Wiersze? Co to właściwie są Ë�wiersze"?
- Znajoma redakcja wydaje między innymi magazyn literacki dla dziewÂcząt i szukają kogoś, kto mógłby wybierać spośród nadesłanych przez czytelÂniczki wierszy te nadające się do druku i redagować je. Chcą też co miesiąc wiersz na okładkę. Jak na taką lekką pracę nieźle płacą. Oczywiście to tylko praca na zlecenie, ale jeżeli byliby zadowoleni, być może daliby ci też
jakieś prace edytorskie i...
- Lekka praca? - powiedziałem. - Poczekaj chwileczkę. Ja szukam pracy związanej z prawem. Skąd ci się nagle wzięło redagowanie wierszy?
- Przecież mówiłeś, że coś pisałeś w liceum.
- W gazetce. W gazetce szkolnej. Która klasa wygrała turniej piłki nożÂnej albo że nauczyciel fizyki przewrócił się na schodach i poszedł do szpitaÂla. Tylko takie głupawe artykuliki. Nie wiersze. Nie umiem pisać wierszy.
- Ale to mają być wiersze dla licealistek. Nie mówię ci wcale, żebyś pisał wspaniałe wiersze, które przejdą do historii literatury. Wystarczy, że coś tam byle jak napiszesz. Wiesz, o co mi chodzi, prawda?
- Wcale nie umiem pisać wierszy ani byle jakich, ani żadnych innych. Nigdy nie pisałem i nie mam zamiaru pisać - uciąłem. Przecież nie umiałÂbym takich rzeczy pisać.
- No tak - powiedziała z żalem moja żona. - Ale przecież trudno jest
znaleźć pracę związaną z prawem, prawda?
- Rozmawiałem z wieloma ludźmi. Niedługo ktoś powinien się ze mną skontaktować, a jeśli nic z tego nie wyjdzie, wtedy dopiero się zastanowię.
- Tak? No dobrze, niech będzie. A właśnie, co dziś jest?
- Wtorek - powiedziałem, zastanowiwszy się przez chwilę.
- To czy mógłbyś iść do banku i zapłacić za gaz i telefon?
- Zaraz idę kupić coś na kolację, więc po drodze wstąpię do banku.
- A co będzie na kolację?
- Jeszcze się nie zdecydowałem. Pójdę po zakupy i pomyślę.
- Słuchaj - powiedziała żona, zmieniając ton - pomyślałam sobie, że nie musisz się chyba specjalnie spieszyć z szukaniem pracy.
- Dlaczego? - zapytałem, znowu zdziwiony. Zdawało się, że wszystkie kobiety na świecie postanowiły mnie dziś przez telefon zadziwić. - Niedługo kończy mi się zasiłek dla bezrobotnych i nie mogę przecież w nieskończoÂność tak nic nie robić.
- Ale ja więcej teraz zarabiam, ta dodatkowa praca też dobrze idzie, mamy oszczędności, jeżeli nie będziemy rozrzutni, na jedzenie nam wystarczy. Nie lubisz zajmować się domem, tak jak teraz? Znudziłoby cię takie życie?
- Nie wiem - odparłem szczerze. Nie wiedziałem.
- Zastanów się nad tym spokojnie - powiedziała żona. - A kot nie wrócił? Gdy zapytała, zdałem sobie sprawę, że od rana ani razu nie pomyślałem
o kocie. - Nie, jeszcze nie wrócił.
- Mógłbyś go trochę poszukać w sąsiedztwie? Nie ma go już od tygodnia. Mruknąłem coś w odpowiedzi i przełożyłem słuchawkę do lewej ręki.
- Myślę, że pewnie jest w ogrodzie tego pustego domu na końcu uliczki. W tym ogrodzie z kamienną rzeźbą ptaka. Wiele razy go tam przedtem widziałam.
- Na końcu uliczki? - powtórzyłem. - A po co ty tam chodziłaś? Do tej pory nigdy o tym nie wspominałaś...
- Słuchaj, przepraszam, ale muszę się rozłączyć. Muszę wracać do pracy. Proszę, poszukaj kota. - Rozłączyła się. Popatrzyłem przez chwilę na słuÂchawkę, a potem ją odłożyłem.
Zastanawiałem się, po co Kumiko chodziła po uliczce. Aby się tam dostać, trzeba przejść przez ogrodzenie z betonowych płyt stanowiące ścianę naszego ogrodu, a nie było tam przecież nic wartego takiego wysiłku.
Poszedłem do kuchni, napiłem się wody, wyszedłem na werandę i zajÂrzałem do kociej miski. Kupka suszonych sardynek, którą tam wczoraj wieczorem włożyłem, była nienaruszona. Więc kot jednak nie wrócił. Stałem na werandzie i patrzyłem na nasz mały ogródek oświetlany promieniami wczesnoletniego słońca. Patrzyłem, choć nie był to ogród, którego widok wypełniał serce radością. Słońce dochodzi tu jedynie przez krótki czas, więc ziemia jest zawsze czarna i wilgotna, w rogu rosną tylko dwa czy trzy nędzne krzaki hortensji, za którymi nie przepadam. Z pobliskiego zagajnika dobiegał głos ptaka, monotonny i przenikliwy, jak zgrzyt śruby służącej do nakręcania czegoś. Nazywaliśmy go ptakiem nakręcaczem. Kumiko tak go nazwała. Nie wiedzieliśmy, jak się naprawdę nazywał. Nie wiedzieliśmy też, jak wygląda, choć przylatywał co dzień do tego zagajnika i nakręcał sprężynę naszego spokojnego świata.
O rany, no to teraz na poszukiwanie kota, pomyślałem. Od dawna luÂbiłem koty i t e g o kota, choć mają swój własny tryb życia. Nie są wcale głupimi zwierzętami. Jeżeli kot zniknął, to znaczy, że zachciało mu się gdzieś pójść. Wróci, kiedy będzie głodny i zmęczony. Ale pójdę go poszukać, bo Kumiko mnie prosiła. I tak nie mam nic innego do roboty.
W kwietniu odszedłem z kancelarii adwokackiej, w której od dawna pracoÂwałem. Nie było ku temu żadnej szczególnej przyczyny. Nie mogę powiedzieć, że praca mi nie odpowiadała, choć rzeczywiście nie była niezwykle interesująÂca. Pensję miałem niezłą i w biurze panowała przyjemna atmosfera.
Moja praca sprowadzała się do roli wyspecjalizowanego chłopca na poÂsyłki. Jak na mnie spisywałem się całkiem nieźle. Może sam nie powinieÂnem tak o sobie mówić, ale jestem bardzo efektywny w wykonywaniu konkretnych zadań. Szybko pojmuję, o co chodzi, jestem energiczny, nie narzekam i trzeźwo myślę. Dlatego kiedy powiedziałem, że chcę zrezygÂnować z pracy, starszy partner - to znaczy ojciec, gdyż firma składała się z dwóch prawników: ojca i syna - zaproponował mi nawet podwyżkę.
W końcu jednak i tak odszedłem. Nie miałem żadnych konkretnych naÄ�ďż˝Ă�Âdziei ani perspektyw na przyszłość. Nie pociągała mnie też myśl o zamknięciu się w domu i przygotowaniach do egzaminu na aplikację adwokacką, a przede wszystkim nie miałem już ochoty być adwokatem. Nie chciałem dalej siedzieć w tej kancelarii i wykonywać tej samej pracy. Pomyślałem więc, że jeśli w ogóle mam kiedyś odejść, to najlepiej teraz. Gdybym został dłużej, pewnie spokojnie pracowałbym tam do końca życia. A mam już przecież trzydzieści lat.
Kiedy raz przy kolacji nagle rzuciłem: Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�Zastanawiam się nad odejściem z pracy", Kumiko powiedziała tylko Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�uhm". Nie wiedziałem, co to Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�uhm" miało znaczyć, ale przez dłuższą chwilę się nie odzywała, więc ja także siedziałem w milczeniu, a wtedy Kumiko stwierdziła: Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�Jeśli chcesz odejść, to chyba lepiej odejść. To przecież twoje życie, możesz robić, co chcesz". Nie powiedziała nic więcej, skupiła się na wyjmowaniu pałeczkami ości z ryby i układaniu ich na brzegu talerza.
Kumiko zajmowała się głównie redagowaniem magazynu poświęconego zdrowemu odżywianiu i naturalnej żywności. Zarabiała nie najgorzej, a do tego zaprzyjaźnieni redaktorzy, pracujący w innych pismach, podrzucali jej zlecenia na prace ilustratorskie (na uniwersytecie studiowała projektowanie i chciała kiedyś zostać niezależnym ilustratorem). Dochody z tego też były nie do pogardzenia. Ja po odejściu z pracy miałbym przez pewien czas prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych, a poza tym będąc w domu, mógłbym zajmować się gospodarstwem i zostałoby nam jeszcze na dodatÄ�ďż˝Ă�Âkowe wydatki, jak jedzenie w restauracjach czy oddawanie rzeczy do pralni. Nawet jeżeli się zwolnię, nasz poziom życia prawie się nie zmieni. I dlatego zrezygnowałem z pracy.
Telefon zadzwonił, gdy po powrocie z zakupów wkładałem jedzenie do lodówki. Wydawało mi się, że w dzwonku brzmiała straszna irytacja. PołoÄ�ďż˝Ă�Âżyłem na stole do połowy odpakowane z plastiku tofu, wszedłem do pokoju i podniosłem słuchawkę.
- Już pan skończył z makaronem? - usłyszałem tamtą kobietę.
- Skończyłem - odparłem. - Ale teraz muszę iść szukać kota.
- Szukanie kota może chyba poczekać dziesięć minut? To co innego niż gotowanie makaronu.
Jakoś nie potrafiłem się rozłączyć i nie wiedziałem dlaczego. Coś w głoÄ�ďż˝Ă�Âsie tej kobiety przyciągało moją uwagę.
- No tak. Jeśli to tylko dziesięć minut - powiedziałem.
- A więc się zrozumiemy? - zapytała cicho. Miałem wrażenie, że usiadła na krześle i skrzyżowała nogi.
- No nie wiem - odrzekłem. - To w końcu tylko dziesięć minut.
- Być może dziesięć minut to dłużej, niż pan sobie wyobraża.
- Czy pani naprawdę mnie zna? - zapytałem.
- Oczywiście. Spotkaliśmy się wiele razy.
- Kiedy? Gdzie?
- Kiedyś, gdzieś - odparła. - Jeśli zacznę panu po kolei takie rzeczy tłumaczyć, dziesięć minut nie wystarczy. Ważne jest teraz. Prawda?
- Ale czy nie mogłaby pani jakoś tego dowieść? Dowieść, że mnie pani zna.
- Na przykład jak?
- Ile mam lat?
- Trzydzieści - odpowiedziała natychmiast. - Trzydzieści lat i dwa mieÄ�ďż˝Ă�Âsiące. Czy to wystarczy?
Milczałem. Chyba naprawdę mnie zna, ale jej głos z nikim mi się nie kojarzył, choć próbowałem go sobie przypomnieć.
- To teraz proszę mnie sobie wyobrazić - zachęciła kobieta. - Proszę zacząć od głosu. Jaka jestem, ile mam lat, jak jestem ubrana, tego typu
rzeczy.
- Nie wiem - powiedziałem.
- Proszę spróbować.
Spojrzałem na zegar. Minęła dopiero minuta i pięć sekund.
- Nie wiem - powtórzyłem.
- To ja panu powiem - rzekła. - Leżę teraz w łóżku. Wzięłam przed chwilą prysznic i nic na sobie nie mam.
O, rany!, pomyślałem. Zupełnie jak płatny seks przez telefon.
- Czy mam nałożyć bieliznę? A może lepiej pończochy? Tak będzie dla
pana lepiej?
- Wszystko mi jedno. Niech pani nakłada, co pani chce. Jeśli pani chce coś nałożyć, niech pani nałoży. A jak woli pani być naga, to też dobrze. Ale przepraszam panią, mnie nie interesują tego typu rozmowy telefoniczne.
Jestem zajęty...
- Tylko dziesięć minut. Chyba poświęcenie mi dziesięciu minut nie będzie niepowetowaną stratą w pańskim życiu, prawda? W każdym razie proszę mi odpowiedzieć. Czy woli pan, żebym była naga, czy mam coś nałożyć? Mam różne rzeczy. Na przykład czarną koronkową bieliznę.
- Może pani zostać tak, jak pani jest - powiedziałem.
- Czyli woli pan, żebym była naga, tak?
- Tak, wolę, żeby pani była naga - odparłem. Już cztery minuty.
- Włosy łonowe mam jeszcze mokre - powiedziała. - Niezbyt dokładnie wytarłam ręcznikiem. Dlatego są jeszcze mokre. Ciepłe i zupełnie mokre. Bardzo miękkie. Bardzo czarne i miękkie. Niech pan pogłaszcze.
- Przepraszam, ale...
- Pod nimi też jest ciepło. Jak ciepły budyń. Bardzo ciepło. Naprawdę. Jak pan myśli, co ja teraz robię? Zgięłam prawą nogę w kolanie, a lewą odgięłam. Jakby wskazówki zegara ustawione na pięć po dziesiątej.
Po tonie jej głosu poznałem, że nie kłamie. Naprawdę ustawiła nogi w pozycji pięć po dziesiątej, a jej włosy łonowe są ciepłe i wilgotne.
- Niech pan pogłaszcze wargi. Powoli. A teraz niech pan rozchyli. Też powoli. Niech pan głaszcze powoli opuszkiem palca. Tak, bardzo powoli. A drugą ręką niech pan ściśnie moją lewą pierś. Proszę głaskać delikatnie od dołu i lekko drażnić sutek. Niech pan to zrobi wiele razy, aż prawie doprowadzi mnie pan do orgazmu.
Odłożyłem słuchawkę, nic nie mówiąc. Potem położyłem się na kanapie i wpatrując się w zegar, głęboko westchnąłem. Rozmawiałem z tą kobietą przez pięÄ�ďż˝Ä�żË� albo sześć minut.
Nie minęło nawet dziesięć minut, gdy telefon znowu zadzwonił, ale tym razem nie podniosłem słuchawki. Zadzwonił piętnaście razy i umilkł, a wtedy pokój wypełniła głęboka zimna cisza.
Trochę przed drugą pokonałem ogrodzenie z betonowych płyt i znalazłem się na uliczce. Nazywam tak to miejsce, ale to nie uliczka w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Sam nie wiem, jak je właściwie nazwać. Ściśle móÄ�ďż˝Ă�Âwiąc, nie jest to nawet dróżka. Dróżka jest jakby korytarzem wiodącym w określone miejsce, ma wejście i wyjście, a ta uliczka nie ma wejścia ani wyjścia, jest zablokowana z obu stron, nie przypomina więc nawet ślepej uliczki, która ma przynajmniej wejście. Okoliczni mieszkańcy od dawna nazywają uliczką ten krótki odcinek, który jakby spina tylne ściany ogrodów za domami i ciągnie się około dwustu metrów. Ma trochę ponad metr szerokości, lecz wystające płoty i składowane gdzieniegdzie różne sprzęty sprawiają, że w kilku miejscach trzeba przeciskać się bokiem.
Podobno - słyszałem to od wuja, który wynajmuje nam bardzo tanio dom - dawniej uliczka miała i wejście, i wyjście. Pełniła funkcję skrótu łączącego dwie ulice. Jednak w okresie szybkiego rozwoju ekonomicznego na wszystkich dawniej wolnych przestrzeniach po obu stronach zaczęły stawać jeden przy drugim nowe domy, uliczka jakby przez nie ściskana bardzo się zwęziła, a ponieważ mieszkańcy nie lubili, gdy ktoś im ciągle przechodził obok domu albo wzdłuż ściany ogrodu, została dyskretnie zaÄ�ďż˝Ă�Âblokowana. Zasłonięte ją najpierw niewielkim płotkiem, potem ktoś poÄ�ďż˝Ă�Âwiększył sobie ogród i postawiwszy ogrodzenie z betonowych płyt, całkiem zablokował jeden wylot. Jakby w odpowiedzi na to drugi koniec zagrodzono mocną metalową siatką, tak by nawet psy nie mogły się przecisnąć. MieszÄ�ďż˝Ă�Âkańcy i przedtem rzadko tędy chodzili, więc nikt nie narzekał, gdy uliczka została z obu stron zablokowana, uważano nawet, że pomoże to zapobiec kradzieżom. W rezultacie porzucono ją jak jakiś nieużywany kanał, nikt z niej nie korzystał i pełniła jedynie funkcję strefy buforowej między dwoma rzędami domów. Porosła chwastami i wypełniły ją lepkie pajęczyny.
Nie mogłem zrozumieć, w jakim celu moja żona przychodziła wieloÄ�ďż˝Ă�Âkrotnie w takie miejsce. Ja sam byłem tu może ze dwa razy, a przecież Kumiko jeszcze do tego nie lubiła pająków. Wszystko jedno, pomyślałem. Skoro Kumiko mówi, że mam szukać kota w uliczce, będę szukał. Sto razy wolę sobie pospacerować, niż czekać w domu, aż zadzwoni telefon.
Ostre słońce wczesnego lata pokryło ziemię siateczką cieni rzucanych przez wystające gałęzie, unoszące się ponad moją głową. Cienie były nieruÄ�ďż˝Ă�Âchome i pewnie dlatego, że nie wiało, wyglądały jak rozrzucone po ziemi nieusuwalne plamy. Nie dobiegał tu żaden dźwięk, zdawało się, że słychać oddech oświetlonych słońcem, pojedynczych ździebełek trawy. Na niebie unosiło się kilka chmurek. Były tak wyraźnie zarysowane, że przypominały kształtem chmury z tła średniowiecznych drzeworytów. Wszystko wokół miało ostre kontury, tak że własne ciało zdało mi się czymś nieograniczoÄ�ďż˝Ă�Ânym, pozbawionym kształtu. Było mi też strasznie gorąco. Miałem na sobie podkoszulek, cienkie bawełniane spodnie i tenisówki, ale idąc przez dłuższy czas w słońcu, spociłem się lekko pod pachami i na piersi. Dziś rano wyciągÄ�ďż˝Ă�Ânąłem te spodnie i podkoszulek z pudła z letnimi rzeczami i nozdrza wypełÄ�ďż˝Ă�Âniał mi teraz silny zapach naftaliny.
Domy w tej okolicy wyraźnie dzieliły się na stare i te nowo zbudowane. Nowe najczęściej były małe i miały niewielkie ogródki. Sznury do suszenia bielizny rozciągały się aż do uliczki i chwilami musiałem się przedzierać między rzędami ręczników, koszul i prześcieradeł. Z niektórych domów wyraźnie dobiegały odgłosy telewizorów i spuszczanej wody, czasami naÄ�ďż˝Ă�Âpływał zapach gotującego się sosu curry.
W odróżnieniu od nowych, ze starych domów nie dochodziły prawie żadne zapachy. Te stare były odgrodzone płotami ze starannie rozmieszÄ�ďż˝Ă�Âczonymi krzewami chińskiego jałowca, spomiędzy których można było doÄ�ďż˝Ă�Âstrzec zadbane ogrody. W rogu jednego stała samotna choinka, pożółkła i uschnięta. W innym leżały rzędami wszelkie możliwe rodzaje zabawek, jakby wystawione na pokaz pozostałości wielu dzieciństw. Dziecięce roÄ�ďż˝Ă�Âwerki, kółka do rzucania, plastikowy miecz, gumowa piłka, zabawka w kształcie żółwia, mały kij baseballowy i wiele innych. Był ogród z koszem do koszykówki, inny z eleganckimi krzesłami ogrodowymi i stołem z ceraÄ�ďż˝Ă�Âmicznym blatem. Wyglądało na to, że białe krzesła nie były od wielu miesięÄ�ďż˝Ă�Âcy - a może od wielu lat - używane, gdyż pokrywała je gruba warstwa kurzu. Do stołu przywarły zmoczone deszczem fioletowe płatki magnolii. W jednym z domów przez szklane drzwi w aluminiowej ramie widać było fragment pokoju. Stał tam zestaw krytych skórą mebli wypoczynkoÄ�ďż˝Ă�Âwych, duży telewizor i dekoracyjna szafka z przeszklonymi drzwiczkami (na niej akwarium z tropikalnymi rybami i jakieś dwa puchary), była też ozdobna lampa stojąca. Wyglądało to jak dekoracje do filmu telewizyjnego. W ogrodzie stała ogromna buda-klatka dla dużego psa, którego zresztą w niej nie było, a jej drzwi stały otworem. Zrobiona z metalowej siatki, była tak powyginana, jakby ktoś się o nią przez wiele miesięcy opierał.
Pusty dom, o którym wspomniała Kumiko, znajdował się dalej, za domem z psią klatką. Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że jest pusty i to pusty od dawna, nie od dwóch czy trzech miesięcy. Był stosunkowo nowy, piętrowy i tylko zamknięte drewniane okiennice miał zniszczone, a metaloÄ�ďż˝Ă�Âwe balustrady przy oknach na piętrze pokrywała rdza. W małym, przytulÄ�ďż˝Ă�Ânym ogródku rzeczywiście znajdował się kamienny posąg przedstawiający ptaka z rozpostartymi skrzydłami. Posąg stał na cokole sięgającym mi mniej więcej do piersi, ale otaczały go chwasty, szczególnie nawłoć, której łodyÄ�ďż˝Ă�Âgi tak wyrosły, że aż dotykały nóg ptaka. Wydawało się, że ten ptak - nie wiedziałem, co to za gatunek - rozpostarł skrzydła, chcąc jak najszybciej odlecieć z tego nieprzyjemnego miejsca. Prócz tego posągu w ogrodzie nie było innych elementów dekoracyjnych. Pod wystającym okapem przy ściaÄ�ďż˝Ă�Ânie domu leżało jeden na drugim kilka starych plastikowych leżaków, a obok nich rosła obsypana kwiatami azalia. Były jasnoczerwone, ich kolor zdawał się dziwnie nierealny. Poza tym wszędzie pieniły się jedynie chwasty. Oparłem się o sięgający mi do piersi parkan z metalowej siatki i przez chwilę wpatrywałem się w ogród, który mógł bardzo podobać się kotu, lecz nigdzie go nie dostrzegłem. Na sterczącej z dachu antenie telewizyjnej przyÄ�ďż˝Ă�Âcupnął gołąb i okolicę wypełniło jego monotonne gruchanie. Rozproszony na drobne fragmenty cień kamiennego ptaka padał na rosnące wszędzie chwasty.
Wyjąłem z kieszeni cytrynowego dropsa, odwinąłem z papierka i włożyÄ�ďż˝Ă�Âłem do ust. Gdy rzuciłem pracę, rzuciłem też przy okazji palenie, ale za to teraz nie mogłem się obejść bez cytrynowych dropsów. Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�Jesteś uzależniony od cytrynowych dropsów - mówiła żona. - Niedługo będziesz miał w zębach pełno dziur". Lecz ja i tak nie mogłem zrezygnować z cukierków. Gdy tak wpatrywałem się w ogród, gołąb tkwił na antenie telewizyjnej i jak urzędnik stemplujący numery na pliku rachunków gruchał dalej w tym samym nieÄ�ďż˝Ă�Âomylnym rytmie. Sam nie wiem, jak długo stałem oparty o siatkę. PamięÄ�ďż˝Ă�Âtam, że drops zrobił się słodkawolepki i o połowę mniejszy, więc wyplułem go na ziemię. Potem znów skierowałem wzrok w stronę kamiennego ptaka, a wtedy wydało mi się, że ktoś mnie z tyłu zawołał.
Odwróciłem się i zobaczyłem dziewczynę stojącą w ogrodzie po drugiej stronie uliczki. Była drobna, włosy miała związane w koński ogon. Nosiła ciemnozielone okulary przeciwsłoneczne w oprawce bursztynowego koloÄ�ďż˝Ă�Âru i jasnoniebieski podkoszulek bez rękawów. Wystające z niego szczupłe ramiona były równiutko i ładnie opalone, mimo że jeszcze nie skończyła się pora deszczowa. Jedną rękę wsadziła do kieszeni szortów, a drugą oparła o sięgającą jej do piersi bambusową furtkę, która nie stanowiła zbyt pewÄ�ďż˝Ă�Ânego oparcia. Dzielił nas może metr.
- Gorąco, prawda? - rzekła dziewczyna.
- Tak, gorąco - odparłem.
Nic więcej nie powiedzieliśmy, lecz dziewczyna dalej stała i przyglądała mi się. Potem wyciągnęła z kieszeni szortów paczkę papierosów, wyjęła jednego i włożyła do ust. Usta miała małe z lekko wywiniętą górną wargą. Następnie wprawnym gestem zapaliła papierową zapałkę i przytknęła do papierosa. Gdy pochyliła głowę, wyraźnie zobaczyłem kształt jej ucha. Miała gładkie, ładne uszy, które zdawały się nowe, jakby przed chwilą wymodeÄ�ďż˝Ă�Âlowane. Delikatny kontur ucha pokrywał lśniący puszek.
Dziewczyna rzuciła zapałkę na ziemię, stuliwszy wargi, zaciągnęła się papierosem i podniosła głowę, jakby nagle sobie o mnie przypomniała. Szkła jej okularów były ciemne i do tego lustrzane, więc nie widziałem ukrytych za nimi oczu.
- Mieszka pan w sąsiedztwie? - zapytała.
- Tak - odparłem i wskazałem palcem w kierunku naszego domu, choć nie wiedziałem, gdzie dokładnie się znajduje, ponieważ prowadząca tu uliczÄ�ďż˝Ă�Âka kilkakrotnie po drodze zakręciła. Wskazałem więc jakiś przypadkowy kierunek. - Szukam kota - powiedziałem, jakby się tłumacząc, i wytarłem spoconą dłoń o spodnie. - Już od tygodnia nie wraca do domu, ale ktoś go widział w tej okolicy.
- Jaki to kot?
- Dość duży kocur. Pręgowany, brązowy, koniec ogona ma jakby wyÄ�ďż˝Ă�Âgięty.
- Jak ma na imię?
- Noboru - odpowiedziałem. - Noboru Wataya.
- Wspaniałe imię jak na kota.
- Tak się nazywa brat żony. Kot w czymś go przypomina, więc żartem
tak go nazwaliśmy.
- W czym go przypomina?
- Jakoś tak ogólnie. Ma podobny chód i tępe spojrzenie.
Dziewczyna wreszcie się uśmiechnęła. Teraz wydała mi się o wiele młodÄ�ďż˝Ă�Âsza niż przedtem. Miała pewnie piętnaście lub szesnaście lat. Górna warga wywijała się ku górze pod przedziwnym kątem. Zdawało mi się, Äšźe słyszę głos mówiący: Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�Niech pan pogłaszcze", głos tamtej kobiety w słuchawce telefonu. Otarłem dłonią pot z czoła.
- Pręgowany, brązowy kot z lekko wygiętym końcem ogona - powtórzyÄ�ďż˝Ă�Âła dziewczyna, jakby chciała się upewnić. - Ma obroĂ�ĹĄźę albo coś takiego?
- Ma czarną obrożę przeciw pchłom - powiedziałem.
Dziewczyna oparła dłoń o drewnianą furtkę i zamyśliła się. Po kilkunaÄ�ďż˝Ă�Âstu sekundach rzuciła wypalonego papierosa na ziemię i przydeptała go sandałem. - Możliwe, że widziałam tego kota - powiedziała. - Nie przyÄ�ďż˝Ă�Âglądałam się, czy ogon miał zagięty, ale widziałam brązowego, pręgowanego kota, dużego i zdaje się, że miał obrożę.
- A kiedy go widziałaś?
- Kiedy to mogło być? Chyba ze trzy czy cztery dni temu. Wszystkie okoliczne koty przechodzą przez nasz ogród, więc ciągle łażą w tę i z poÄ�ďż˝Ă�Âwrotem. Wszystkie przychodzą z domu państwa Takitanich i przez nasz ogród idą do ogrodu Miyawakich - mówiąc to, wskazała pusty dom naÄ�ďż˝Ă�Âprzeciw. Kamienny ptak stał tam dalej z rozpostartymi skrzydłami, żółta nawłoć lśniła oświetlona słońcem wczesnego lata, a gołąb ciągle gruchał monotonnie na antenie telewizyjnej.
- A może poczeka pan w naszym ogrodzie? Wszystkie koty i tak prędzej czy później tędy przechodzą w drodze do domu naprzeciw, a jeśli będzie pan tam za długo chodził i szukał, to ktoś może pomyśleć, że jest pan złodziejem, i zawiadomi policję. Już wiele razy tak było.
Wahałem się.
- Naprawdę. W domu i tak nikogo prócz mnie nie ma. Możemy się razem poopalać, czekając na przechodzące koty. Mogę się panu przydać, bo mam dobry wzrok.
SpojrzaÄšďż˝em na zegarek. Było pół do trzeciej. Dzisiaj musiałem już tylko zebrać przed zachodem słońca wysuszone pranie i przygotować kolację. Otworzyłem furtkę, wszedłem do ogrodu i ruszyłem po trawie za dziewczyÄ�ďż˝Ă�Âną. Zauważyłem, że lekko powłóczy prawą nogą. Przeszła kilka kroków i odwróciła się.
- Siedziałam z tyłu na motocyklu i zrzuciło mnie - powiedziała, jakby ją to specjalnie nie obchodziło. - Dość niedawno.
Na skraju trawnika rósł duży dąb, a pod nim stały dwa płócienne leżaki. Na oparciu jednego z nich wisiał duży niebieski ręcznik, a na drugim leżały rozrzucone niedbale: nowe pudełko papierosów, popielniczka, zapalniczka, duże przenośne radio z magnetofonem i różne pisma. Z głośników radia dobiegały ciche tony hard rocka. Dziewczyna zrzuciła wszystko z leżaka na trawę, wskazała mi go zapraszająco i wyłączyła radio. Spomiędzy drzew widać było opuszczony dom po drugiej stronie uliczki. Widziałem też kamiennego ptaka, nawłoć i ogrodzenie z siatki. Dziewczyna musiała mnie stąd obserwować.
Ogród był przestronny; rozległy trawnik lekko nachylony, tu i tam rosły drzewa. Po lewej stronie leżaka znajdowało się spore oczko wodne z betonoÄ�ďż˝Ă�Âwym obrzeżem, ale wodę już dawno chyba z niego wypuszczono i pokryte ciemną zielenią dno jaśniało w słońcu. Z tyłu za drzewami widać było stary dom w stylu europejskim. Niezbyt duży i nie wyglądał na specjalnie koszÄ�ďż˝Ă�Âtowny, jedynie ogród był przestronny i starannie utrzymany.
- Utrzymanie takiego dużego ogrodu wymaga chyba wiele pracy - poÄ�ďż˝Ă�Âwiedziałem, rozglądając się dokoła.
- Tak pan myśli?
- Dawniej pracowałem dorywczo w firmie, która kosiła trawniki - odÄ�ďż˝Ă�Âparłem.
- Tak? - powiedziała dziewczyna głosem niewyrażającym wielkiego zaÄ�ďż˝Ă�Âinteresowania.
- Zawsze jesteś sama? - zapytałem.
- Koło południa tak. Jestem tu zawsze sama. Rano i późnym popołuÄ�ďż˝Ă�Âdniem przychodzi kobieta do pomocy, a poza tym jestem zawsze sama. Nie napiłby się pan czegoś zimnego? Mam piwo.
- Nie, dziękujÄ�ďż˝Ä�żË�.
- Naprawdę. Proszę się nie krępować. Potrząsnąłem głową. - Nie chodzisz do szkoły?
- A pan nie chodzi do pracy?
- Nie mam pracy, do której mógłbym pójść.
- Jest pan bezrobotny?
- W zasadzie tak. Niedawno rzuciłem pracę.
- A gdzie pan pracował?
- Byłem kimś w rodzaju chłopca na posyłki u adwokata - powiedziałem. - Chodziłem do różnych biur i urzędów, kompletowałem dokumenty, poÄ�ďż˝Ă�Ârządkowałem dane, sprawdzałem prawne precedensy, załatwiałem formalÄ�ďż˝Ă�Âności sądowe, tego typu rzeczy.
- Ale rzucił pan pracę?
- Tak.
- A pana żona pracuje?
- Pracuje - odpowiedziałem.
Gołąb, który jeszcze przed chwilą gruchał na dachu domu naprzeciwÄ�ďż˝Ă�Âko, teraz gdzieś znikł. Nagle zorientowałem się, że otacza mnie głęboÄ�ďż˝Ă�Âka cisza.
- Koty zawsze przechodzą tamtędy - dziewczyna wskazała przeciwną stronę trawnika. - Widzi pan spalarkę do śmieci po drugiej stronie płotu Takitanich? Pojawiają się koło niej, przecinają trawnik, przełażą pod furtką i idą do ogrodu po drugiej stronie. Zawsze chodzą tą samą trasą. Wie pan, że pan Takitani jest słynnym ilustratorem. Tony Takitani. Słyszał pan o nim?
- Tony Takitani?
Dziewczyna opowiedziała mi o Tonym Takitanim. O tym, że Tony TakiÄ�ďż˝Ă�Âtani to jego prawdziwe imię i nazwisko. Że specjalizuje się w bardzo precyÄ�ďż˝Ă�Âzyjnych ilustracjach mechanizmów, że niedawno stracił żonę w wypadku samochodowym i sam mieszka w tym dużym domu. Prawie nie wychodzi i nie zadaje się z nikim z sąsiedztwa.
- Nie jest złym człowiekiem - powiedziała dziewczyna. - Chociaż właśÄ�ďż˝Ă�Âciwie nigdy z nim nie rozmawiałam.
Dziewczyna zsunęła na czoło okulary przeciwsłoneczne, zmrużywszy oczy rozejrzała się dokoła, a potem znowu włożyła okulary i wypuściła ustami dym. Kiedy odsłoniła oczy, obok lewego ukazała się około dwucentymet-rowa rana. Była tak głęboka, że pewnie zostanie jej blizna na całe życie. Na pewno nosiła ciemne okulary, aby ukryć tę ranę. Jej rysy nie odznaczały się szczególną pięknością, ale twarz zwracała uwagę. Być może przyciągały żywe oczy i nietypowy kształt warg.
- A słyszał pan o Miyawakich?
- Nie słyszałem - odparłem.
- Mieszkali w tym pustym domu. Byli tak zwanymi porządnymi ludźmi. Mieli dwie córki. Obie chodziły do znanych prywatnych liceów dla dziewÄ�ďż˝Ă�Âcząt. Ojciec prowadził dwie czy trzy restauracje.
- I dlaczego już tu nie mieszkają?
Dziewczyna wydęła lekko wargi, jakby mówiąc Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�któż to może wiedzieć"?
- Może mieli długi. Pewnej nocy zniknęli w wielkim pośpiechu. To chyba było jakiś rok temu. Chwasty rosną jak szalone, koty się mnożą, nie jest tam bezpiecznie.'Moja matka zawsze na to narzeka.
- Tak dużo tam kotów?
Dziewczyna spojrzała na niebo, nie wyjmując z ust papierosa. - Są różne koty. Jest jeden wyleniały, jeden jednooki... stracił oko i to miejsce wypełniło się jakby żywym mięsem. Niesamowite, prawda?
Przytaknąłem.
- W mojej rodzinie jest osoba, która ma sześć palców. To dziewczyna, trochę starsza ode mnie. Obok małego palca ma drugi malutki, jakby nieÄ�ďż˝Ă�Âmowlęcy, ale zawsze go zręcznie podgina i trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby zauważyć. Jest bardzo ładna.
- Coś podobnego.
- Myśli pan, że to może być dziedziczne? Jak to się mówi? Że to jest
w genach?
Powiedziałem, że nie znam się na dziedziczności. Dziewczyna milczała przez dłuższą chwilę. Ja ssałem dropsa i wpatrywałem się w drogę, którą ponoć chodziły koty. Do tej pory żaden się nie pokazał.
- Naprawdę nie ma pan ochoty na nic do picia? Ja się napiję coli
- oznajmiła.
Odpowiedziałem, że nic nie chcę. Dziewczyna wstała z leżaka i lekko powłócząc nogą, zniknęła wśród drzew, a ja podniosłem z ziemi czasopismo i przerzuciłem kilka stron. Ze zdziwieniem odkryłem, że jest to miesięcznik dla mężczyzn. Na rozkładówce było zdjĂ�ďż˝cie dziewczyny siedzącej na stołku w nienaturalnej pozie z szeroko rozchylonymi nogami. Przez cienką bieliznę widać było włosy łonowe i zarys warg sromowych. O, rany! - pomyślałem, odłożyłem pismo na miejsce, założyłem ręce na piersi i znów skierowałem wzrok na kocią drogę.
Dziewczyna wróciła po dość długim czasie ze szklanką coli w dłoni. Było gorące popołudnie. Kiedy tak siedziałem na leżaku wystawiony na słońÄ�ďż˝Ă�Âce, głowę wypełniła mi pustka i myślenie stało się bardzo nużące.
- Co by pan zrobił, gdyby się pan dowiedział, że dziewczyna, którą pan pokochał, ma sześć palców? - kontynuowała poprzednią rozmowę.
- Sprzedałbym ją do cyrku - powiedziałem.
- Naprawdę?
- Nie. Żartowałem - odparłem ze śmiechem. - Chyba bym się tym nie
przejmował.
- Nawet jeżeli pana dzieci mogłyby to odziedziczyć?
Zastanawiałem się przez chwilę. - Nie przejmowałbym się. Dodatkowy palec nie stanowi specjalnej przeszkody.
- A gdyby miaia cztery piersi?
Nad tym też się przez chwilę zastanawiałem. - Nie wiem - powiedziaÄ�ďż˝Ă�Âłem. Cztery piersi? Wyglądało na to, że ta rozmowa może się ciągnąć bez końca, więc spróbowałem zmienić temat. - Ile masz lat?
- Szesnaście - odrzekła. - Niedawno skończyłam szesnaście. Jestem w pierwszej klasie liceum.
- I od dawna nie chodzisz do szkoły?
- Jeśli długo chodzę, zaczyna mnie boleć noga. Mam też, niestety, ranę koło oka. W szkole robią zawsze dużo szumu i gdyby się dowiedzieli, że spadłam z motocykla i się poharatałam, byłoby gadanie... no i dlatego nie uczęszczam na zajęcia z powodu choroby. Przerwanie na rok nauki to przeÄ�ďż˝Ă�Âcież nic wielkiego. Nie zaleÄšźy mi specjalnie na tym, żeby się szybko znaleźć w drugiej klasie.
- Coś podobnego - zdziwiłem się.
- Ale wracając do poprzedniej rozmowy, powiedział pan, że ożeniłby się z dziewczyną o sześciu palcach, a nie chciałby pan dziewczyny z czterema piersiami.
- Nie powiedziałem, że nie chciałbym. Powiedziałem, że nie wiem.
- Dlaczego pan nie wie?
- Bo nie potrafię sobie tego wyobrazić.
- Ale potrafi pan sobie wyobrazić sześć palców?
- Jakoś potrafię.
- Ciekawe, w czym tkwi różnica między sześcioma palcami a czterema piersiami.
Zastanowiłem się nad tym, ale nie przyszło mi do głowy żadne dobre wyjaśnienie.
- Czy ja zadaję za dużo pytań?
- Ludzie ci to mówią?
- Czasami.
Skierowałem wzrok na kocią drogę. Co ja właściwie tutaj robię, pomyśÄ�ďż˝Ă�Âlałem. Przecież nie widziałem jeszcze ani jednego kota. Z rękami założoÄ�ďż˝Ă�Ânymi na piersiach przymknąłem oczy na dwadzieścia, a może trzydzieÄ�ďż˝Ă�Âści sekund. Kiedy tak siedziałem bez ruchu, czułem, że pocą mi się różne części ciała. Oblewający mnie blask słońca zdawał się dziwnie ciężki. DziewÄ�ďż˝Ă�Âczyna potrząsnęła szklanką i lód zadźwięczał jak owczy dzwonek.
- Jeśli jest pan śpiący, proszę się przespać. Obudzę pana, jeżeli jakiś kot się pokaże - powiedziała cicho.
Skinąłem w milczeniu głową, nie otwierając oczu. Nie było wiatru i woÄ�ďż˝Ă�Âkoło panowała zupełna cisza. Gołąb musiał odlecieć gdzieś daleko. PomyśÄ�ďż˝Ă�Âlałem o kobiecie, która do mnie dzwoniła. Czyżbym ja ją naprawdę znał? Nie rozpoznałem ani jej głosu, ani sposobu mówienia. Jednak ona mnie zna. To jakby scena z obrazu De Chirico - cień kobiety ściele się na drodze i rozciąga aż ku mnie, lecz rzeczywista kobieta znajduje się daleko poza obszarem świadomości. Obok mego ucha dalej dzwonił dzwonek.
- Usnął pan? - spytała dziewczyna, tak cicho, że nie byłem pewien, czy naprawdę ją usłyszałem.
- Nie, nie śpię.
- Czy mogę się trochę przysunąć? Łatwiej mi mówić ciszej.
- ProszÄ�ďż˝Ä�żË� bardzo - powiedziałem, nie otwierając oczu.
Dziewczyna przesunęła swój leżak do mojego. Rozległ się suchy dźwięk drewna uderzającego o drewno. To dziwne, pomyślałem. Głos dziewczyny słyszany z otwartymi oczami wydawał się zupełnie różny od tego słyszanego
z zamkniętymi oczami.
- Czy mogę coś powiedzieć? - zapytała. - Będę mówiła bardzo cicho, nie musi pan odpowiadać i może się pan zdrzemnąć.
- Proszę bardzo.
- Śmierć jest wspaniała, prawda?
Mówiła tuż przy moim uchu i zdawało się, że słowa te przeniknęły mnie wraz z ciepłym, wilgotnym oddechem. - Dlaczego? - zapytałem.
Dziewczyna położyła palec na moich wargach, jakby nakazując im milÄ�ďż˝Ă�Âczenie. - Proszę o nic nie pytać - powiedziała. - I proszę nie otwierać
oczu. Zgoda?
Przytaknąłem tak lekko, jak lekki był jej szept. Palec przesunął się z moÄ�ďż˝Ă�Âich warg na nadgarstek.
- Chciałabym przeciąć ją skalpelem i zajrzeć do środka. Nie chodzi mi o zwłoki, a o coś w rodzaju Ä�Ë�Ä�żË�Ä�żË�grudki śmierci". Wydaje mi się, że gdzieś musi być coś takiego. Coś okrągłego o znieczulonych nerwach, miękkiego jak piłka do softballu. Chciałabym to wyjąć z ciała zmarłego, rozciąć i zajrzeć do środka. Zawsze się zastanawiam, jak coś takiego może w środku wyÄ�ďż˝Ă�Âglądać. Myślę, że musi tam być coś wyschniętego i stwardniałego, jak pasta do zębów zaschnięta w tubce. Nie sądzi pan? Nie, nie musi pan odpowiadać. Na zewnątrz jest miękkie i sflaczałe, a im bliżej środka, tym twardsze.
Dlatego najpierw rozcinam górną warstwę, docieram do tej miękkiej części i oddzielam ją za pomocą czegoś w rodzaju skalpela i szpatułki. I gdy posuwam się dalej w głąb, ta miękkość staje się coraz twardsza, aż w końcu dochodzę do czegoś przypominającego małe jądro. Jest malutkie jak kuleczÄ�ďż˝Ă�Âka w łożysku kulkowym i strasznie twarde. Nie sądzi pan? - Dziewczyna lekko zakaszlała. - Ostatnio ciągle o tym myślę. Na pewno dlatego, że mam tyle czasu. Kiedy nie ma się nic do roboty, myśli stopniowo płyną coraz dalej i dalej. A gdy pójdą za daleko, trudno za nimi nadążyć. - Zdjęła palec z mojego nadgarstka, wzięła do ręki szklankę i wypiła do końca coca-colę. Po dźwięku lodu poznałem, że szklanka jest pusta.
- Będę bardzo uważała na kota, proszę się nie martwić. Powiem panu, gdy tylko Noboru Wataya się pokaże. Więc niech pan zamknie oczy. Noboru Wataya na pewno jest teraz gdzieś w okolicy. Na pewno zaraz się pojawi. Noboru Wataya idzie wśród traw, przechodzi pod płotami, zatrzymuje się co pewien czas, by powąchać kwiaty, i powoli się tutaj zbliża. Niech go pan sobie wyobrazi.
Jednak mnie udało się wyobrazić sobie tylko coś, co było jedynie wizeÄ�ďż˝Ă�Ârunkiem kota. Strasznie niewyraźnym, jak prześwietlone zdjęcie. Promienie słońca przenikały przez moje powieki i burzyły wewnętrzną ciemność, a do tego, choć strasznie się starałem, nie potrafiłem sobie dokładnie przypoÄ�ďż˝Ă�Âmnieć, jak kot wyglądał. Kot, którego pamiętałem, był nienaturalny i przeÄ�ďż˝Ă�Ârysowany, jak nieudany portret. Zgadzają się jedynie cechy charakterysÄ�ďż˝Ă�Âtyczne, ale całość jest wybrakowana. Nie mogłem sobie nawet przypomnieć, jak chodził.
Dziewczyna znów przytknęła palec do mego nadgarstka i narysowała nim jakiś dziwny, nieokreślony kształt. Jakby w odpowiedzi na to moja świadomość pogrążyła się w innej, dotąd nieznanej ciemności. Pomyślałem, że prawdopodobnie zasypiam. Nie chciałem spać, lecz nie mogłem się poÄ�ďż˝Ă�Âwstrzymać. Moje siedzące na leżaku ciało zdawało się ogromnie ciężkie i martwe, cudze. W tej ciemności przypomniałem sobie cztery nogi Noboru Watai, cztery ciche, brązowe łapki z miękkimi, jakby gumowymi poduszecz-kami. Bezszelestnie szły gdzieś po ziemi. Ale gdzie?
Wystarczy dziesięć minut, powiedziała ta kobieta przez telefon. Nie, odparłem ja, bywa, że dziesięć minut to nie dziesięć minut. Czasami się wydłuża, a czasami skraca. Wiem coś o tym.
Gdy się obudziłem, byłem sam. Leżak dziewczyny przysunięty bliziutko do mego stał pusty. Ręcznik, papierosy i czasopisma dalej tam leżały, lecz zniknęła szklanka i radio. Słońce lekko pochyliło się ku zachodowi, cienie gałęzi dębu sięgały moich kolan. Zegarek wskazywał piętnaście po czwartej. Uniosłem się na poręczach leżaka i rozejrzałem wokoło. Rozległy trawnik, wyschnięty stawik, żywopłot, kamienny posąg ptaka, nawłoć, antena teleÄ�ďż˝Ă�Âwizyjna. Ani śladu kota. Usiadłem znów na leżaku, spojrzałem na kocią drogę i czekałem na powrót dziewczyny. Po dziesięciu minutach ani kot, ani ona się nie pojawili. Wszystko wokół trwało w bezruchu. Zdawało mi się, że podczas snu strasznie się postarzałem.
Wstałem i spojrzałem na dom. Nie było żywego ducha. Tylko wykuszowe okno oświetlone zachodzącym słońcem lśniło oślepiającym blaskiem. ZreÄ�ďż˝Ă�Âzygnowałem, przeszedłem przez trawnik, wyszedłem na uliczkę i wróciłem do domu. Nie znalazłem co prawda kota, ale przynajmniej go poszukałem.
H. Murakami, Kronika Ptaka Nakręcacza, Muza 2007, s. 9-27.
Rozmowy z Bogiem

Książkę ROZMOWY Z BOGIEM poleciła mi koleżanka. Podobno lektura daje do myślenia i zmusza do refleksji. Hm, zobaczymy. Coś mi się wydaje, ze nie jest to mój ulubiony typ literatury, ale daję jej szansę ;)
Poniżej krótka notka wydawcy:
„Przemawiam do każdego człowieka. Nieustannie. Rzecz nie w tym do kogo się zwracam, ale kto mnie słucha. Przemawiam na różne sposoby. Nasłuchuj mego głosu w prawdzie swojej duszy. W uczuciach serca. W wyciszonym umyśle. Słuchaj mnie na każdym kroku. Ilekroć zechcesz Mnie zapytać, wiedz że Ja już odpowiedzia-łem. Otwórz szeroko oczy i spójrz na świat..." Książka Rozmowy z Bogiem przeznaczona jest dla każdego. A stanowi wspaniały dar dla tych, którzy prawdziwie łakną odpowiedzi i cenią pytania; którzy ze szczerym sercem, otwartym umysłem i tęsknotą w duszy poszukują prawdy. Książka ta porusza odwieczne zagadnienia życia i miłości, celu i funkcji, ludzi i związków, dobra i zła, grzechu i winy, prze-baczenia i odkupienia, ścieżki do Boga i drogi do piekła... słowem, wszystko. Bez osłonek omawia sprawy seksu, władzy, małżeństwa, dzieci, pracy, zdrowia, „życia po życiu" i „życia przed życiem"... wszystko. Zgłębia wojnę i pokój, wiedzę i ignorancję, ofiarowanie i branie, radość i smutek. Rozpatruje to co konkretne, i to co ab-strakcyjne, widzialne i niewidzialne, prawdę i nieprawdę.
Patyki i patyczki, czyli o małych przedmiotach

Czytaliście Patyki i patyczki księdza Twardowskiego? Cudownie mądra książeczka, którą choć raz powinno mieć w rękach każde dziecko.
Jest tam takie krótkie opowiadanko:
Pewnego letniego wieczoru ukazał się na schodach dym. Czuć było spaleniznę. Ktoś krzyknął głośno, jak przez tubę: - Pożar! Każdy zaczął ratować to, co uważał dla siebie za najdroższe, i biegł z tym na podwórze.
Chuda, długa pani wyniosła klatkę, a w niej papużki-nierozłączki. Utleniona fryzjerka przyciskała do siebie brązowe norkowe futro z ogonkami. Student taternik uratował koszyk pełen górskich kamieni czarnychw białe łatki i szaroróżowych w błyszczące gwiazdki krzemienia. Pani poetka trzymała w ręku porcelanową lampę malowana w czerwone maki, a jej przyjaciółka, wytworna dama, miała przewieszony na ręku kapelusz z różową woalka w białe kropki. Starszy siwy cyrkowiec tulił obu rękoma biały wysoki cylinder. Jego sąsiad masażysta, przerażony, wciągał drugie spodnie z wiszącymi szelkami. Dwie babcie ocaliły rozsypującą się słomiankę spod swoich drzwi. Zdenerwowany profesor przenosił spokojnego żółwia. Narzeczony wyniósł na plecach ciotkę narzeczonej.
Mały chłopiec, który wpadł wówczas do zadymionego domu, by uratowaćnajcenniejsze rzeczy, nie bał się, bo zrobił sobie z chustki do nosamaskę przeciwgazową. Szybko wyciągnął zza kredensu ukochane patyki i patyczki. Oczy błyszczały mu ze szczęścia. Ocalił swój skarb.
Kochamy małe przedmioty. Przywiązujemy się do nich, to nasze małe wewnętrzne bogactwo.
Wracając znad morza, zabieramy sobie z brzegu kilka muszelek, w górach zbieramy ładne kamyczki, w lesie szyszki.
Później, czasem nawet po wielu latach, przedmioty te budzą w nas pozytywne wspomnienia, wywołują uśmiech na twarzy.
Ostatnio, idąc za radą artykułu w Twoim Stylu, próbowałam wprowadzić w moim życiu zasadę minimalizmu. A więc - stwórz sobie więcej przestrzeni, czyli wyrzuć/oddaj wszystkie zasuszone kwiatki i listki, pamiętniki z dzieciństwa, a nawet - o zgrozo - wszystkie przeczytane książki. No z usunięciem z szafy wszystkich niechodzonych ciuchów mogłabym się pogodzić. Ale żeby od razu książki??? Mój księgozbiór (brzmi dumnie ;)) jest chyba dla mnie właśnie takim odpowiednikiem patyczków. Gdyby się waliło, paliło, to ratowałabym w pierwszej kolejności (mówimy o przedmiotach oczywiście) właśnie te moje zbiorki - Murakamiego w ładnych wydaniach Muzy, Annę Kareninę z antykwariatu, Hrabala w zniszczonych okładkach - i wszystkie inne moje kochane tomiki i tomiska. Myślę, że nie jestem w tej mojej miłości do przedmiotów osamotniona. W końcu to one sprawiają, że nasze mieszkania mają swój niepowtarzalny urok. Dlatego też nie wyrzucę kamyka z Alp, szyszki ze Szklarskiej Poręby i wielu innych drobiazgów.
I może kiedyś, gdy mnie już dawno nie będzie, ktoś znajdzie na jakimś opuszczonym strychu pudełeczko z takimi moimi skarbami i będzie się zastanawiał nad historią każdego z nich... Pamiętacie ten motyw z Amelii???
Jeszcze raz powtórzę - minimalizmowi mówię nie! Lubię sie otaczać moimi książkami, które, niczym w Zbyt głośnej samotności, wiszą na półce nad moim łóżkiem (czasem budzę się w nocy i boję sie, że zaraz na mnie spadną). Lubię moje świeczki, moje pudełeczka, moje kwiaty na oknie. Puste przestrzenie są zimne, są bez wyrazu. Boję się, że mieszkając w nich, mogłabym się do nich upodobnić.
Postrzyżyny, Obsługiwałem angielskiego króla


Kino nie odgrywa w moim życiu takiej roli, jak literatura.
A jednak są takie filmy, które urzekają, fascynują, budzą pozytywne emocje.
Do takich filmów na pewno należą POSTRZYŻYNY.
Obejrzeliśmy go kiedyś przypadkiem na TVP Kultura. To ekranizacja powieści Hrabala.
Od tamtego wieczoru Hrabal na dobe zagościł na moich półkach. Tak to się czasem dzieje, włączasz telewizor, zaczynasz oglądać film i twój świat staje sie ciekawszy :)
Postrzyżyny są niesamowite. To niezwykle ciepła, przeurocza wręcz opowieść dziejaca sie w browarze w Nymburku.
Żona właściciela browaru ma niebywale długie włooosy. I wokół tych włosów toczy sie akcja powieści. Marychna, ich właścicielka, jest rezolutna, wesoła, energiczna czasem aż za bardzo według jej męża Francina. Film jest pełen wesołych sytuacji, można się nieźle ubawić.
Tym, którzy lubią klimat książek Hrabala i czeskie filmy - GORRRĄCO POLECAM!
Książka Postrzyżyny takze wspaniała!
Równie ładnym obrazem jest OBSŁUGIWAŁEM ANGIELSKIEGO KRÓLA. Główny bohater jest barwny, budzi wielką sympatię (według mnie po prostu słodki), a sama akcja żywa, wesoła. Czuć Hrabala na każdym kroku. Film reżyseruje Menzel, przyjaciel autora. I widać w filmie tę nić porozumienia między Hrabalem a Menzlem. Film pozostawia bardzo miłe wrażenie, po obejrzeniu miałoby się ochotę zapoznać z: po pierwsze, całą twórczościa Hrabala, po drugie, z kinem europejskim, bo przy nim te wszystkie hollywodzkie superprodukcje wysiadaja po prstu, mówiąc kolokwialnie. Po wyjściu z kina byliśmy z P. pozytywnie ożywieni - NAPRAWDĘ WARTO!!!
PS Wczoraj kupiłam książkę Obsługiwałem angielskiego króla. Już sie nie mogę doczekać, mniam mniam :) Czeka mnie miły weekend z Hrabalem.
Lala, Festung Breslau


Uwielbiam antykwariaty. Już zresztą o tym pisałam.
Ale składy tanich książek też są niezłą kopalnią. Na przykład ten na Koszykowej.Rzadko tam chodzę, bo jakoś nie po drodze, ale już pójdę, to uuu,mój portfelpustoszeje.
Ostatnio wyszperałam tam książkę LALA Jacka Dehnela za jedyne 11,90 zł! (w Empikuok. 30 zł). To była taka specjalna edycja dla Polityki (Dehnel dostał Paszport Polityki).
Kupiłam ją, ponieważ kiedyś w pociagu czytała tę książkę siedząca naprzeciwko mniedziewczyna i co rusz się uśmiechała.
Zaczęłam czytać, głównie w autobusie, w normalnych warunkach nie mam natoczasu. Czasem cieszę się, że dojeżdżam do pracy 40 minut. Oczywiście nie uśmiechamsię pod nosem, bo w warszawskich autobusach nikt się nie uśmiecha. Ale książkaładna, trochę zagmatwana - trudno się połapać w tych koligacjach rodzinnych,ale bardzo ciepła. Na biblionetce czytałam w jednej z recenzji, że ponoć na koniec wszystko się rozjaśnia i wiadomo, kto jest kim.
Ponadto, już w Empiku, kupiłam w prezencie mojemu P. książkę z serii Krajewskiego- ostatnia część FESTUNG BRESLAU. Baaardzodobre kryminały (dobra literatura, nie mylić z A. Christie).
Eberhardt Mock to jedna z ciekawszych postaci literackich,jakie ostatnio miałam okazję spotkać na kartkach powieści. Chyba nie chciałabym się z nim zaprzyjaźnić,bo to twardy, trochę zgorzkniały facet, ale jakże barwny! A sama akcja prowadzona nadzwyczaj wciągajaco. Polecam!
Fragment powieści LALA:
Rozdział I
Już teraz dom w Oliwie wygląda inaczej. A kiedy babcia umrze, a umrze niebawem, i mogę to napisać zupełnie spokojnie, bo po pierwsze, dawno wszyscy pogodziliśmy się z tą myślą, a po drugie, ona i tak tego nigdy nie przeczyta, bo w ogóle już nie czyta, wszystko się zmieni nie do poznania. Rzeczy zostaną odziedziczone i będą sobie musiały znaleźć inne półki i szafy w innych mieszkaniach. Stendhal z Julkową dedykacją, który przez ostatnie trzydzieści lat stał grzbiet w grzbiet z Trzema opowieściami Flaubert, stanie pomiędzy innymi książkami. I co będzie ze zbiorami szkła, z tymi trzema czy czterema setkami wazonów, kielichów, dzbanów i buteleczek, czerwonych,szafirowych, żółtozielonych, z bąbelkami i bez, opalizujących, spękanych,oszronioÂnych?
Kiedy tak siedzi jak stara chińska cesarzowa,nieÂpomna władzy ani powinności, okutana w jakieś pleÂdy i wielkie kamizele, wkońcu taka chudziutka, lekka i drobna, trudno ją połączyć z naszą pamięcią, wktórej nie ma miejsca na wycieranie nosa, pampersy i ciągłe milczenie. Tyletylko, że się uśmiecha - dlatego możemy się pocieszać, że jest na swój sposób szczęśliwa, ale to tak jak mówienie o uczuciach ukwiału albo rafy koraÂlowej.
Więc taki jest koniec tej historii. A gdzie się zaÂczyna?
Może w Lisowie? W małym, zapyziałym, pachnącym opadłymi jabłkami Lisowie, który tak mnie rozczaÂrował, gdy wybrałem się w podróż do tej obiecanej ziemi, do Kanaan, którego geografię znałem doskonale zjej opowieści, wiedziałem, gdzie furtka, którą otwierał łbem koń, gdzie salon,gdzie pokój ciotki Róży, gdzie popiersia Napoleona i Lenina, gdzie wielki stół,na któÂrego rogu złodzieje kładli srebra, i wreszcie gdzie biurÂko, z którego dziewięćdziesięcioletnia praprababcia Brokłowa spędzała Niemca. A tu co? Najokazalszą częÂścią dworu był komin, wokół którego stały resztki murów. Rysowały na ziemi jakiś niewyraźny prostokąt, miejscami wysoki na pół metra, miejscami na metr, z pewnością znacznie mniejszy niż dawny dwór,bo przez środek kilku pokojów przeprowadzono miedzę i na dawnym miejscufortepianu rosły kartofle albo gryka.
Nie, może raczej w czynszowej kamienicy na proÂspekcie takim a takim, niezły adres w Kijowie, gdzie mieszkały trzy rodziny -Bienieckich, Karnauchowów i Korytków, a mojry oplatały ich apartamenty zawikłaną siecią niteczek?
A może wreszcie w owej dziwnej przestrzeni,któÂrej za nic nie potrafię sobie wyobrazić, bo nie jestemmłodym-polskim-zbuntowanym-pisarzem-jeżdżącym--na-wschód, w owej dziwnejprzestrzeni zwanej Ukrainą, gdzie rosły inne od naszych rośliny i mieszkaliinni od naszych ludzie, mówiący studziennymi, ale śpiewnymi głosami, ci chłopichodzący w zgrzebnych płóciennych koszulach, którzy z kłonicami i widłami gonili automobil prapradziadka Brokla?
Nie wiem, gdzie zacząć tę historię, boprzecież zaczynałem ją tyle już razy; i teraz, i dziesięć lat temu, kiedy zemfazą właściwą piszącym czternastolatkom umyśliłem sobie tytuł: Gazalepolskie, bo gazala to wiersz jak sznur pereł", więc do osobnych ipołączonych zarazem wątków narracji babcinej nadaje się wyÂśmienicie; iwreszcie tyle jeszcze razy, kiedy niczego nie zapisywałem, tylko opowiadałemmoim przyjaciołom, kuzynkom, ukochanym i pasażerom ekspresów relacjiGdańsk-Warszawa i Warszawa-Gdańsk.
Prawda bowiem leży gdzie indziej. Historiatak naprawdę zaczyna się, jak zwykle, kawałkami, to tu, to tam, w najróżniejszych miejscach i ciałach, które przeważnie od dawna nie istnieją, ajej szafarką, klucznicą była dotychczas babcia. Babcia wykonana z rzetelnych itrwałych materiałów, która po drobnych naprawach i poważniejszych remontachjeszcze parę lat temu zachowywała tyle blasku i wdzięku, że kiedy przyjeżdżalido mnie z wizytą przyjaciele z odległych krain, prowaÂdziłem ich właśnie doniej, bowiem to właśnie ona spośród wszystkich zabytków mojego północnegomiasta wydawała się najbardziej fascynująca.
Do uroków babci - w czasach, kiedy jeszcze mówiÂła - należały początki opowieści. W gruncie rzeczy była (i jest) to zawszejedna i ta sama opowieść, zawikłaną i pociemniała nie do poznania pod warstwamiróżnoraÂkich werniksów i sadzy, zaczynająca się w mnóstwie miejsc i w zasadzie nigdy się niekończąca, najwyżej przerywana zkońcem wizyty lub z zapadnięciem zmroku. Dodajmy, że zapadnięcie zmroku wsensie końca rozmów i początku ceremonii kładzenia się spać, następuje w Oliwie najwcześniej koło północy i nie zawsze jest definitywne, bo wielka historia ma to do siebie, że rozkłącza się, rozkłębia, rozrasta po peryferiachi w najÂmniej oczekiwanych chwilach, i tak naprawdę to ona nas okiełznuje, a niemyją.
Początek przeważnie zaplata się jak jakiś' nawpół roślinny wąs, na wpół zwierzęcy chwytny ogon; owija się wokół przedmiotu,osoby, zapachu, anegdotki, a potem szaleje, szaleje, puszcza odrosty irozplenia się w całe zagajniki słów i point; niepowstrzymywany, mnoży się bezładu i składu, studzi herbaty, rozgotowuje makaron, płoszy z pamięci ważnesprawy. Ot co.
Może wyglądać na przykład tak: Ë�Kiedy byłam zwiÂzytą u hrabiów Krasińskich i zrzuciłam z gerydonu araukarię...", albo: Ë�Kiedy dziadek Leonard stał przed carÂskim plutonem egzekucyjnym...", albowreszcie, dajmy na to: Ë�Kiedy w Lisowie jakiś złodziej wyciął sierocie z polacałą kapustę..." - słowem, nigdy nie wiadomo, gdzie się znajdzie słuchacz,zaglądający do środka świaÂta przez nagle odsłoniętą soczewkę. To znaczy:przypadÂkowy słuchacz, jeśli bowiem idzie o nas, znamy historię - pokawałkowanąna osobne rozdziały, ale zawsze -w najdrobniejszych szczegółach.
- Kiedyś, wyobraźcie sobie, babcia Wanda, amiała już wtedy dziewięćdziesiątkę z hakiem, koło południa po prostu znikła zLisowa. Środek wojny, wszędzie Niemcy. Szukamy tu, szukamy tam, nie ma wolantai nie ma woźnicy. Biegamy, martwimy się... co macie takie miny?
- Znamy.
- Znacie? - babcia pyta z niedowierzaniem, alewcale się nie peszy, nic a nic - to jak się kończy?
- Wróciła od fryzjera...
- Faktycznie znacie - babcia zasępia się nachwilę, ale w mgnieniu oka odzyskuje rezon - ale to wcale nie szkodzi. Kiedyś,wyobraźcie sobie, babcia, a miała już wtedy dziewięćdziesiątkę... no i wróciła.Z trwałą onduÂlacją. Ë�Mam ponad dziewięćdziesiąt lat - powiedziała -i głupiobyłoby umrzeć, nie mając ani razu trwałej onduÂlacji".
Margot chodzi po moim pokoju z filiżanką wdłoni i szuka czegoś nowego. Kiedy ja ją odwiedzam, robię to samo. Ë�Skąd to masz?"- pytam. Ë�A to co?" - pytam. Jej świat jest bardzo piękny i harmonijny, toznaczy, że wszystkie jego części są równie fascynujące. Margot ma na imięMałgorzata, czyli Margherita, czyli Perła, a perła w każdym miejscu jest równieperłowa.
Podchodzi teraz do szafki i podnosi zdjęcie.
- Kupiłeś na Kole?
- Nie, to z domu. Uprosiłem u babci, bozostały takie dwa.
Prawie nie mam jej fotografii z dzieciństwa.Nie wiem, jak wyglądała babcia Wanda, dziadek Leonard, wuj Maciej, ciocia Ewa,ciocia Sasza, Milewski, Apollo z szelkami, nie wiem nawet, jak wyglądał Lisów.Podczas ofensywy Rosjanie - Radziety lub Sowieci, mówi babcia, Rosjanie to byli przed rewolucja, apotem była radziecka tłuszcza - rozpalili w kominku zdjęciami, które leżały wwielkiej drewnianej skrzyni stojącej w sieni. Spłonęła fotografia Romusi nadkopą jaj, którą musiała codziennie, jajko za jajkiem, wypijać, co i tak niepomogło na jej galopujące suchoty, spłonęła fotografia dziadka Brokla w białymprążkowanym garniturze, wspartego o lśniącą karoserię pierwszego automobilu naUkrainie, spłonęły fotografie ojca wnieodmiennym kapeluszu na niedmiennie łysej głowie, spłonęły fotografie mamy w luźÂnychsukienkach, spłonęły pocztówki z dalekich miast o szumnych nazwach i sepiowereprodukcje rzeźb i obÂrazów z przestronnych sal odległych muzeów.
Nie ma twarzy. Niema dłoni. Nie ma futryn, stołów, grafik, stosów czasopism i książek o złoconychbrzegach.
Tych parę,dosłownie parę sepiowych migawek... przynajmniej tyle. Prababcia wyprostowanajak struna, wcięta w talii, wsparta na czarnej parasolce, w tle światÂłoprzesiane przez liście obcych drzew, chyba platanów, i umieszczony w rogu białypodpis Ë�Abbasia". Mój Boże... Abbasia...
- Mama miała takiepiękne proporcje - słyszę zza pleców głos babci - takie piękne... wygląda nawysoką, a taka była maleńka, sięgała mi o tu, do ramienia, kiedy byłam młoda,teraz pewnie do policzka, tak się maleje... ale i tak, spójrz no, proporcjewysokiej kobiety, a do tego taka wcięta w pasie, l zawsze poruszała się bieÂgiem,drobnym truchcikiem; nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek normalnie szła.Jak była chora, szuÂrała powoli nogami, tak samo ostatniego dnia, kiedy umarła,siedząc w tym fotelu... ale żeby zwyczajnie szła? Nie. Zawsze biegała.
Kiedy świat byłjeszcze bardzo młody, w miastach stiukowo-złocony, na wsiach ciężki od zapachuleżących w trawie owoców i krowiego nawozu, ludzie byli mniejÂsi. Może niemieli się po co wspinać i rzadziej niż dziś stawali na palcach, może jedli, niestosując się do mąÂdrych zasad zdrowego żywienia, i rozrastali się w innymkierunku, a może po prostu nie zależało im na byciu wyższymi, bo wszystko,czego im było trzeba, znajdoÂwali w bliskości ziemi.
Dziadek Leonardmiał metr pięćdziesiąt z kawałkiem, kruczoczarne włosy - dopóki nie zmieniłsię w białego kruka - śniadą cerę i błękitne oczy.
Ë�Wandeczka - pisał w pamiętniku, który po jegośmierci babcia odnalazła z Julkiem w szufladzie intarsjo-wanego biurka - uważa,że ja jestem nie Brokl, że jeÂstem hrabia, de Broglie, tylko zniekształcone, bomam taką południową urodę. Ale z tego, co wiem, tośmy z biedy na psachprzyjechali z Niemiec i osiedli tutaj, Brokle z dziada pradziada, najwyżejBrockle..."
Tamtego zimnegostyczniowego dnia Sowieci spalili wszystkie fotografie dziadka, więc kruchyukład miękkich tkanek pokrywających jego szkielet formalnie przestał istniećdla przyszłych pokoleń. Próbowałem sobie nieraz wyobrazić tego pogodnego,dobrze wychoÂwanego starszego pana (który całe życie zdawał się być starszympanem, bo takim zapamiętała go jego wnuczÂka), miłośnika i kolekcjonera sztuki,bibliofila i erudytę, który z zawodu był chemikiem, a z życia- posiadaczem ziemskim, choć i jedno, i drugie nie wychodziło mu najlepiej.
- A pan starszy - powiedział mi skulony, staryTara-patka, kiedy wybrałem się do Kanaan - to w niedziele po sumie kupował podkościołem torbę cukierków i my, dzieci, biegliśmy za nim aż pod dwór, bowszystkie te cukierki rozdawał... pan starszy to pana babci dziadek, pandziedzic.
Pan dziedzic wcale nie urodził się dziedzicem,tylko mieszczuchem, i to biednym. Po polsku mówił chyba w pierwszym pokoleniu inie dam głowy, czy nie przyszedł na świat w Niemczech. Ale skoro nauczył siępolskiego, to nauczył się i kontusza, i karabeli, i husarii, zatętniły w nim jakieśtętna słowiańskie i z właściwą osiemnastolatkom fantazją postanowił bić się wpowstaniu styczniowym, po czym pojechał na Sybir jako prawdziwy polskipatriota.
W bliżej niespamiętanych okolicznościach dziadekBrokl skończył studia chemiczne, wrócił z Syberii, zamieszkał w Kijowie, poznałna wylot najtajniejsze zagadnienia cukrownictwa, doszedł do stopnia profesorai poślubił babcię Wandę, która była kobietą bardzo mądrą, ale niezbytinteligentną, a następnie spłodził czworo dzieci i został milionerem.
Myliłby się ten, kto teraz wziął biednegoLeonarda Brokla za starannie zakamuflowanego rekina finansjery. Dziadek nieznał się ni w ząb na stopach procentowych, dywidendach czy kursach; pędziłżycie pijanego dziecka we mgle. Traf chciał jednak, że ktoś poradził mu wykupićspory pakiet akcji pewnej firmy. Ten sam albo inny traf chciał, że akcje wkilka dni bardzo zyskały na wartości, bo cesarstwo przeżywało właśnie boomgospodarÂczy. Dziadek zaś, którego ta rozrywka najwyraźniej bawiła, ruszyłoszczędności i dokupił jeszcze parę pakietów. A że akcje znów ruszyły w górę, wprzeciągu miesiąca stał się jednym z najzamożniejszych ludzi w Kijowie.
W ten sposób powinny się kończyć wszystkie hiÂstorie.
Ale na ogół, niestety, trwają dłużej.
Dziadek kupił sobie cukrownię, automobil iwielki dom. Podróżował po całym świecie, skupując obrazy, łąkowe parawany,rzeźby i meble; prowadził koresponÂdencję z uczonymi cukrownikami w Berlinie iParyżu.
- No i stąd te koszule w Lisowie - mówiłababcia, składając zdjęte ze sznurów pranie, kiedy już wysuszyło się wwietrzyku południa - dziadek podróżował po Europie i co rusz uskarżał się natamtejsze pralnie, że źle piorą, że stawiają stemple, gdzie popadnie... zresztą,sama się o tym przekonałam, bo kiedy Julek oddał w Brukseli koszule do prania,to mu wbili stemple na gorsie i potem jeszcze się dziwili, że zrobił im awanturę.Dziadek nie robił awantur - po prostu kupował tyle koszul i kołnierzyków, ilepotrzebował, i wracał do Kijowa, do Mnina, do Morawicy z kuframi pełnymibielizny. Jeszcze z Lisowa, wiele lat później, chłopi wynosili te koszulecałymi koszami. Rozumiesz, suszyły się na sznurach, to oni myk-myk, i jużpołowy nie ma. Albo wieczorem, stały w koszach pod oknem, to wślizgiwali sięcichutko i rano nie było ani śladu. A i tak szafy były pełne.
Babcia Wanda z Dziewiątkiewiczów byłaniziutką, drobną kobietą o stosownym do jej rozmiarów rozumku. Dożyła sędziwego wieku latdziewięćdziesięciu - może dlatego, że jej niewielkie ciało zużywało małe porcjeczasu, a doniosłe wydarzenia oszczędzały ją, omijając szerokim łukiem. Jeszczejako małą Wandeczkę po śmierci rodziców oddano ją do klasztoru, wielkiego szaregobudynku o grubych murach i długich korytarzach, po których całymi dniami niosłosię cichutkie echo drobnych kroków zakonnic i pensjonariuszek, z każdą sekundąuświadamiając im, jak małe są wobec potęgi Pana i zagadnienia posagu, lstamtąd, z kamienno-drewnianego relikwiarza osadzonego gdzieś we wschodnichpuszczach, między matecznikami, w których roiło się od strzyg, i jezioramipełnymi topielców, zabrał Wandeczkę Leonard Brokl, który wrócił z zesłania ipostanowił wstąpić w okowy małżeńskie. A kiedy Wanda zechciała Niemca, tenpoślubił ją przed Panem, na dobre i na złe, nieświadomy faktu, że za jakiś czaszostanie milionerem. Wandeczka była tego faktu nieświadoma bardziej jeszczeniż Leonard, który był przynajmniej mężczyzną, miał jakieś plany swoje izamiary, wykluwające się powoli w zwojach jego naukowego mózgu; a ona - cóżona? Czy jeśli się jest sierotą z klasztoru, pozbawioną niemal posagu, to czekasię na milionera?
l tak jak w nabożnej opowiastce, cnotaskromności i rezygnacji została nagrodzona bogactwem, przepychem i rozkoszamiświata - logika pobożnych opowiastek na ogół jest podejrzana - a Wandeczkatrafiła w kręgi wielkich tego świata - świata Kijowa 1875 roku, skrzącego sięod świec płonących w wysokich kandelabrach, migającego w salach balowychtoaletami z Paryża i frakami z Londynu, spływającego strumieniami szampana istrugami pereł.
- Ponoć strasznie się kochali; babcia Wandaopowiadała mi, ach, ach, że dziadek to wycałowywał ją całą, calutką, od stópdo czubka głowy, ani jednego skraweczka ciała nie zostawił bez pocałunku - ibabcia chichocze, nieświadoma chyba faktu, że tak samo chichotała pewnie jejbabcia, opowiadając to swojej wnuczce - nie wiem, co on w niej widział, bo niebyła ani wielkiej urody, ani inteligencji... przez dwadzieścia pięć czytrzydzieści lat mieszkała w Kijowie i nie nauczyła się rosyjskiego, tylkotrochę dukała po francusku; tyle, co z klasztoru. Była w tych wszystkichParyżach i Rzymach, Brukselach i Wiedniach... no, oprócz Londynu, Nowego Jorkui Japonii, bo kiedy raz wypłynęli na Kanał La Manche, to dostała takiej choroby morskiej, że trzeba było zawrócić statek...lekarz powiedział, że nie przeżyje do drugiego brzegu... i odtąd, jak mawiałzłośliwie Julek, dziadzio jeździł tylko za wielką wodę... ale ja nie o tym.Rozumiesz, podróżowała i podróżowała, ale co się spytałam, jak to w GaleriiDrezdeńskiej, a jak w Muzeum Starożytnym w Berlinie, to mówiła, że w Dreźniefatalne sklepy, a z Berlina przywiozła sobie piękny jedwab, ale galerii to niepamięta; dziadek po tym latał, czymś się ekscytował, kupował dzieła sztuki, aleją to nudziło. Za to miała wiele życiowego sprytu, dzięki czemu ładnych kilkarazy ocaliła życie Leonardowi Broklowi, który, jakkolwiek niewysoki, całymidniami chodził z głową w chmurach, był łatwowierny i niezaradny jak dziecko.
Tu następuje historia, którą babcia opowiadazawsze wtedy, kiedy ma do czynienia z jakaś skomplikowaną maszynerią.Wystarczy, by przy śniadaniu -o, niebywałe śniadania oliwskie, zasługujecie naosobny akapit! - grzanki wyskoczyły z głośnym trzaskiem z to-stera, wystarczy,by rodzice przywieźli czajnik elektryczny. Ë�Coś takiego! Ja myślałam, że gosobie w try miga spalę, bo nie gwiżdże, a jak nie zagwiżdże, to zapomnę, a tu,proszę, sam się wyłącza! No, wprawdzie trwa to za krótko, bo zwykle zdążyłamnastawić wodę, pokroić bagietkę, posmarować masłem, zrobić kanapki, przygotowaćogórki i pomidory, i dopiero wtedy czajnik piszczał. Wtedy zalewałam herbatę wimbryczku wrzątkiem i stawiałam koło czajnika, żeby nie stygło... a terazraz-dwa. Ale za to na wierzchu ten nowy czajnik jest taki płaski, to tamstawiam imbryczek"), wystarczy, by ktoś reperował piecyk czy pralkę, ababcia na to:
- No proszę, taka pralka (toster, radio,latarka). Ile w tym śrubek, ile tych blaszek i pokręteł, i lampek. Znasz, jakdziadek Brokl jechał przez Ukrainę?
- Nie znam - mówię, ale babcia albo nie słyszyw tym ironii, albo nie chce jej usłyszeć.
- Dziadek miał automobil, pierwszy naUkrainie. Miał oczywiście w komplecie szofera, ale często prowadził sam, ottak, dla przyjemności. Były takie zdjęcia, jak stoi przy aucie w zsuniętych naczoło okularach do jazdy, w rękawiczkach specjalnych, w prochowcu narzuconymna garnitur w prążek... taki luksusowy i schludny od stóp do głów, jakby gowyprodukowano razem z automobilem i kompletnym strojem tylko do tejfotografii. No, ale jeśli jeździł z babcią, to brali szofera i płynęli przezdzicz ukraińską, przez bezkresne pola i lasy, po nieprzyjaznych drogach, podniebem bezmiernym. Burzany, rozumiesz, i tak dalej. I kiedyś tak pod tym bezmiernymukraińskim niebem musieli się nagle zatrzymać na środku gościńca, bo obstąpiłaich czereda zarośniętych ukraińskich chłopów, na wpół wściekłych, na wpółprzerażonych, potrząsających sierpami, siekierami i kłonicami, wrzeszczącychbez ładu i składu, że to czort jedzie. Dziadek już kazał szoferowi przedzieraćsię przez tłum, ale babcia wzięła sprawę w swoje drobne, bohaterskie ręce,kazała sobie otworzyć, wyszła na drogę, podniosła woalkę i spytała się -oczywiście po polsku, bo po ukraińsku nie umiała - co to za pomysły z tymczortem. To oni wrzeszczą, ale już ciszej, że to czort jedzie, czartowskakareta, bo bez koni, a się rusza. Babcia: Ë�A parowóz widzieliście?" Niewidzieli. Ë�A sieczkarnię znacie?" Nie znają. Wreszcie doszła do jakiejśmłockarni, czy czegoś - i znali. Ë�Ale - dowodzą spryciarze - młockarnia silnikma!" Ë�A to też ma" - odparła babcia, wywołała ze środka szofera,który już kurczowo ściskał w dłoniach ciężką korbę, przydatną w razie walkiwręcz, kazała mu otworzyć klapę automobilu i pokazać chłopom silnik, chłodnicęi co tam jeszcze. I odstąpili. Ba, wysłali do następnych wsi wiadomość, Ă�ĹĄźe tonie diabeł, że silnik ma - i odtąd już ich nie zaczepiano.
J. Dehnel, Lala, W.A.B. 2007 (wyd. II), s. 5-17.
Różowe tabletki na uspokojenie, Zabawy poufne


Trochę felietonistyki:
Zabawy poufne Agnieszki Osieckiej
Różowe tabletki na uspokojenie Krystyny Jandy
Drugi zbiorek zdecydowanie ciekawszy, pisany z pazurem, z właściwą Jandzie dozą humoru.
Dużo osobistych akcentów, bystrych obserwacji. Niby codzienne sytuacje, k tóre przytrafiają się każdemu, opowiedziane słowami Jandy nabierają wyrazistości, po prostu - charakter aktorki widać tu w każdym zdaniu. Jej energia wyziera z każdej historyjki. O ile w wywiadach często wydaje się być miotającą się awanturnicą i krzykaczką, o tyle z jej prozy wyłania się ciepła osoba, dla której najważniejsza jest rodzina, ulubiony kot, i która tak naprawdę lubi żyć szybko i jak najwięcej z życia brać.
Czytałam w pociągu, podróż minęła mi nadzwyczaj przyjemnie :)
Przygoda z owcą, Norwegian Wood


Z początkiem nowego roku na moich półkach zagościł autor z Japonii - HARUKI MURAKAMI.
Dwie powieści PRZYGODA Z OWCĄ i NORWEGIAN WOOD - okazały się niezbyt wymagającą lekturą, ale tylko na pozór. Murakamiego czyta się szybko, bo fabuła ciekawa, ale z drugiej strony warto czasami zrobić sobie takie przymusowe dłużyzny. Postać chwilę przy jednym akapicie. Bo być może ma on nam coś więcej do powiedzenia, niż to, co zrozumiemy przelatując oczami po kolejnych wyrazach. Nie wiem, czy ma sens to, co piszę, wiem jednak, że do Murakamiego trzeba sięgnąć. Bo to ciekawa literatura z innego kontynentu,bo nie przypomina żadnej innej literatury, z jaką miałam do tej pory do czynienia.
Na szczytach rozpaczy

W budowli wzniesionej przez myśl nie znalazłem ani jednej kategorii, na której spocząć mogłaby moja głowa. Natomiast Chaos, cóż to za poduszka!
Myśl Ciorana sprawia wrażenie totalnej, wszechobejmującej negacji, nieraz nawet negacji dla niej samej. Ale to tylko pozór. W rzeczywistości myśl ta, artykułowana często w histerycznym niemal krzyku, co wyrywa się 'z wnętrzności', wyraża tylko niepokój człowieka, który - jak niewielu przed nim i, zwłaszcza, jak niewielu jemu współczesnych - miał odwagę już we wczesnej młodości poniekąd zerwać ze światem i podjąć, na własny i tylko własny rachunek i ryzyko, uciążliwe i niebezpieczne - pielgrzymowanie. Do czego? i poszukiwanie, Czego? Cioran szuka prawdy, i wcale przy tym nie wie, do czego go ta prawda - o ile ją odkryje - przywiedzie, nie wie, czy ta prawda go 'wyzwoli'. A jeśli go zniszczy? Cóż, gdyby tak miało być - to trudno... Na tym polega (...) jego godna najwyższego szacunku intelektualna i moralna bezkompromisowość.
Gdy sięgam dziś po Ciorana, powracają wspomnienia czasów studenckich, kiedy to miało się tysiąc myśli na minutę, milion ambicji. I było się... hmmm, takim zachłyśniętym filozofią, sztuką, literaturą, muzyką... Co się stało z tymi fascynacjami? Wraz z końcem beztroski skończyły się też nocne rozmowy na temat np. słuszności wypraw krzyżowych albo inny, równie zakręcony.
Niesamowite to były czasy, i choć od momentu, kiedy skończyłam studia, minęły zaledwie dwa lata, mam dziś wrażenie, że od tamtej potarganej, ciekawskiej, wciąż niezaspokojonej w poszukiwaniach Anny dzielą mnie dziś lata świetlne. Smutne...
Tryptyk rzymski

Z zaciekawieniem, ale i zastanowieniem przyjęłam wiadomość o filmie "Tryptyk Rzymski".
Kto miał okazję czytać np. "Pamięć i Tożsamość", którąś z encyklik lub adhortacji Papieża lub inne jego utwory, ten wie, że nie jest to łatwa lektura. Również poemat "Tryptyk rzymski" wymaga od czytelnika uważnej medytacji nad swoją treścią. Za to gdy już się odczyta sens poszczególnych utworów, to chce się wciąż więcej i więcej. Bo są takie mądre, takie podniosłe. Przenoszą w niesamowity klimat, pozwalają zapomnieć o szarej nudej codzienności. Ktoś powie, że trochę przesadzam, że mnie poniosło w tych ochach i achach. A ja, czytając Tryptyk, naprawdę poczułam, że mogę być lepsza. A co z adapatacją filmową? W jaki sposób odbierze ją widz nieprzygotowany na odbiór dzieła tak skomplikowanego, wielopłaszczyznowego? Czy pójdziemy na niego tylko dlatego, że Papież, że wypada, bo przecież jesteśmy Pokoleniem JPII? Czy zrozumiemy w ogóle ten film?
Czy twórcy sprostali zadaniu, oddając tę wielkość przekazu?
No i jak można sfilmować poezję??? Podobnie jak dramat? Czy film nie stanie się kolejnym wydarzeniem komercyjnym, na którym producenci zrobią duże pieniądze? I właśnie - jakie były pobudki do przelania tego obrazu na ekran? Pytania wciąż się mnożą.
Warto poświęcić czas i spróbować zrozumieć słowa zapisane przez Jana Pawła II. Ja na film na pewno się wybiorę, napiszę później o wrażeniach.
Poniżej jeden z utworów, do przemyślenia, do poszukania...
Źródło
Zatoka lasu zstępuje
w rytmie górskich potoków...
Jeśli chcesz znaleźć źródło,
musisz iść do góry, pod prąd.
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj,
wiesz, że ono musi tu gdzieś być –
Gdzie jesteś, źródło?... Gdzie jesteś, źródło?!
Cisza....
Strumieniu, leśny strumieniu,
odsłoń mi tajemnicę
swego początku!
(Cisza – dlaczego milczysz?
Jakże starannie ukryłeś tajemnicę twego początku.)
Pozwól mi wargi umoczyć
w źródlanej wodzie
odczuć świeżość,
ożywczą świeżość.
Oskar i pani Róża

OSKAR I PANI RÓŻA - Eric-Emmanuel Schmitt.
Najbardziej urokliwa książka, jaką zdarzyło mi się czytać - po prostu ściskająca za serce.
Opowiada o chłopcu chorym na białaczkę, który postanawia przez ostatnie 12 dni swojego życia pisać listy do Pana Boga. Każdego z nas ta niewielkich rozmiarów książeczka może skłonić do rozmyślania o rzeczach ważnych. A zwłaszcza o śmierci i o tym, czy jesteśmy na nią przygotowani.
Muszę, po prostu muszę zamieścić tutaj jej fragment:
Szanowny Panie Boże,
Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu.
Uprzedzam Cię od razu: nienawidzę pisać. Muszę mieć naprawdę jakiś ważny powód. Bo pisanie to bzdura, odchyłka, bezsens, jajo. To lipa. W sam raz dla dorosłych.
Mam to udowodnić? Proszę, weź choćby początek mojego listu: "Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu". No więc równie dobrze mógłbym napisać: "Nazywają mnie Jajogłowym, wyglądam na siedem lat, mieszkam w szpitalu z powodu mojego raka i nigdy się do Ciebie nie odzywałem, bo nawet nie wierzę, że istniejesz".
Tylko że jeśli tak napiszę, to dupa blada, w ogóle się mną nie zainteresujesz. A ja chcę, żebyś się zainteresował.
A najlepiej byłoby, gdybyś znalazł czas, żeby oddać mi dwie lub trzy przysługi.
Wytłumaczę Ci, o co chodzi.
Szpital to cholernie sympatyczne miejsce: pełno tu uśmiechniętych dorosłych, którzy głośno mówią, jest też mnóstwo zabawek i panie wolontariuszki, które chcą się bawić z dziećmi, i są koledzy, na których zawsze można liczyć, tacy jak Bekon, Einstein czy Pop Corn, jednym słowem, szpital to sama radość, jeżeli jest się mile widzianym pacjentem.
Ja przestałem być mile widziany. Od czasu przeszczepu szpiku czuję, że nie jestem mile widziany. Kiedy doktor Düsseldorf bada mnie rano, nie ma już do mnie serca, rozczarowuję go. Patrzy na mnie bez słowa, jakbym popełnił jakiś błąd. A przecież tak się starałem w czasie operacji. Byłem grzeczny, dałem się uśpić, nie krzyczałem, kiedy mnie bolało, łykałem wszystkie lekarstwa. Bywają dni, kiedy mam ochotę go objechać, powiedzieć mu, że może to on, doktor Düsseldorf, ze swoimi czarnymi brwiami, po prostu schrzanił operację. Ale nic z tego. Ma taką nieszczęśliwą minę, że obelgi więzną mi w gardle. I im dłużej doktor Düsseldorf milczy ze swoją zmartwioną miną, tym bardziej ja czuję się winny. Zrozumiałem już, że stałem się złym pacjentem, pacjentem, który podważa wiarę w nieograniczone możliwości medycyny.
Myśli lekarza są zaraźliwie. Teraz już wszyscy na naszym piętrze: pielęgniarki, praktykanci i sprzątaczki patrzą na mnie tak samo. Martwią się, kiedy jestem w dobrym humorze; zmuszają się do śmiechu, kiedy powiem jakiś dowcip. Nie chichramy się już jak dawniej.
Tylko ciocia Róża się nie zmieniła. Moim zdaniem, za stara jest na to, żeby się zmieniać. Poza tym jest za bardzo ciocią Różą. Cioci Róży nie muszę Ci, Panie Boże, przedstawiać, to Twoja stara kumpelka, to ona kazała mi do Ciebie napisać. Problem tylko w tym, że jestem jedynym, który nazywa ją ciocią Różą. Musisz więc postarać się zrozumieć, o kim mówię: ze wszystkich pań w różowych fartuchach, które przychodzą z zewnątrz, żeby spędzać czas z chorymi dziećmi, ona jest najstarsza.
Ile masz lat, ciociu Różo?
- Potrafisz zapamiętać trzynastocyfrową liczbę, Oskarku?
- Och! Chyba przesadzasz!
- Nie. Lepiej, żeby nie wiedziano tu, ile mam lat, bo wyrzucą mnie i więcej się nie zobaczymy.
- Dlaczego?
- Jestem tu nielegalnie. Jest pewna granica wieku, żeby być wolontariuszką. A ja ją dawno przekroczyłam.
- Jesteś przeterminowana?
- Tak.
- Jak jogurt?
- Ćśś!
- Dobrze! Nikomu nie powiem.
Była cholernie odważna, że wyznała mi swój sekret. Ale dobrze trafiła. Nie pisnę słowa, chociaż dziwię się, że przy tych wszystkich zmarszczkach, które jak promienie słońca okalają jej oczy, nikt się jeszcze nie domyślił.
Innym razem poznałem jej kolejny sekret i teraz już, Panie Boże, na pewno skojarzysz, o kogo chodzi.
Spacerowaliśmy po szpitalnym parku i nagle wdepnęła w kupę.
- Cholera!
- Ciociu, brzydko się wyrażasz!
- Odczep się, szczeniaku, mówię, jak mi się podoba.
- Och, ciociu Różo.
- I rusz tyłek. To jest, kurde, spacer, a nie wyścigi ślimaków.
Kiedy siedliśmy na ławce, żeby zjeść cukierka, spy-tałem:
- Dlaczego tak brzydko mówisz?
- Skrzywienie zawodowe, Oskarku. W moim zawodzie nie miałam żadnych szans, jeśli nie używałam mocnych słów.
- A jaki był twój zawód?
- Nie uwierzysz, jeśli ci powiem...
- Przysięgam ci, że uwierzę.
- Byłam zapaśniczką.
- Bujasz!
- Byłam zapaśniczką! Nazywano mnie Dusicielką z Langwedocji.
Od tej pory, kiedy dopada mnie chandra i kiedy jest pewna, że nikt nas nie może usłyszeć, ciocia Róża opowiada mi o swoich walkach: Dusicielka z Langwedocji przeciw Rzeźniczce z Limousin, o tym, jak przez dwadzieścia lat zmagała się z Diaboliką Sinclair, Holenderką, która miała piersi jak pociski, a przede wszystkim o spotkaniu w turnieju o puchar świata z Ullą Ullą, zwaną Suką z Hamburga, której nikomu nie udało się pobić, nawet Stalowym Udom, wielkiej mistrzyni cioci Róży z czasów, kiedy była zapaśniczką. Te wszystkie opowieści wprawiają mnie w rozmarzenie, wyobrażam sobie moją znajomą, drobną, trochę trzęsącą się staruszkę w różowym fartuchu na ringu, jak rozkłada na cztery łopatki olbrzymki w obcisłych trykotach. Wydaje mi się, że to ja. Staję się najsilniejszy. Mszczę się.
No więc, Panie Boże, jeżeli przy tych wskazówkach - ciocia Róża alias Dusicielka z Langwedocji - nie będziesz wiedział, kto to jest ciocia Róża, to lepiej przestań być Bogiem i idź na emeryturę. Myślę, że wyraziłem się jasno.
Wracam do swoich spraw.
Kobieta o prasie kobiecej
Moje pierwsze samobójstwo
Krystian Lupa w wywiadzie dla Gazety Wyborczej mówi o tym, że twórców dzieli się na wielkich pisarzy [to ci, którzy przekroczyli pewna granice zgłębiania świata poprzez swe dzieła] i wielkopisarzy [przecinają wstęgi, wygłaszają mowy i mienią sie sumieniem narodu]. Stwierdzenie to nasunęło mi refleksję, że w dziś artystą jest ten, kto istnieje w świecie mediów. Jeśli jesteś lansowany, jeśli współpracujesz z odpowiednim wydawnictwem - sprzedasz wszystko, co napisałeś, w kilkusetysięcznym nakładzie. Nawet jeśli z porządną lieraturą niewiele to ma wspólnego. Ok, ale dlaczego o tym piszę? Lubię Pilcha; uważam, że jego powieści TYSIAC SPOKOJNYCH MIAST, POD MOCNYM ANIOŁEM, BEZPOWROTNIE UTRACONA LEWORĘCZNOŚĆ, SPIS CUDZOŁOŻNIC CZY WYZNANIA TWÓRCY POKĄTNEJ LITERATURY EROTYCZNEJ są wartościowe. Czytałam je po kilka razy i jeszcze nie raz pewnie po nie sięgnę. Sam pan Jerzy - wnioskuję na podstawie kilku spotkań autorskich - jest osobą bardzo do swych bohaterów podobną. I to też mi się podoba. Ostatnio na rynku ukazało się MOJE PIERWSZE SAMOBÓJSTWO, zbiór dwunastu opowiadań. I teraz będę niczym ci politycy, co to jeszcze nie przeczytają/obejrzą/usłyszą, a już krytykują. Nie znam treści tej książki, biję się w piersi. Ale czytałam kilka opisów, kilka recenzji - i na miłość boską, panie Pilch, po co pan znowu sięga do tych wyeksploatowanych już doszczętnie tematów?! Zostawiłby pan już w spokoju tę Wisłę, tych swoich przodków, no ile można. Czy naprawdę jest pan już tak mało twórczy? Niektórym odpowiada to, że znajdują w powieści znów ten sam swojski klimat ewangelickiej rodziny, że znów spotykają kobiety w zielonoburych błyszczących sukniach odkrywająych plecy, czy brunetki w żółtych sukienkach (to przykład oczywiście, nie cytat - czytelnicy Pilcha będą wiedzieć, o co chodzi).A ja chyba jestem na nie. To, co już wiem, zniechęca mnie do przeczytania MOJEGO PIERWSZEGO SAMOBÓJSTWA. Nihil novi sub sole. Ale może tak to jest, że jeśli się przez całe życie obcuje z bohaterem nieudacznikiem, podejmującym próby kolejnych romansów, to później trudno wyjść poza krąg tego typu rozterek, trudno zająć się zupełnie inną tematyką. Bo i Patryk Wojewoda z MIASTA UTRAPIENIA, choć Warszawiak i już nie-Jurek, Jerzyk - choć chyba miał być próbą wykreowania kogoś nowego, też nie wyszedł dobrze. Czekam mimo wszystko na kolejną rzecz w wykonaniu Pilcha. A o MOJE PIERWSZE SAMOBÓJSTWO się nie martwię, mając taką reklamę i tak się sprzeda. Tylko czy coś, co niekoniecznie jest dobre, zasługuje na taki szum w mediach? Ile z tego powodu zostaje przyćmionych utworów ważnych, ale bez kampanii reklamowej? Tak to już jest - za pieniądze wszelkie rządze. Dlatego zaliczam Pilcha do wielkopisarzy. Trochę marionetek, które dają się pociągać za sznurki wydawnictwu X, które piszą na zamówienie. Może to niesprawiedliwe, ale tak właśnie myślę. Ale może to dlatego, że zamienił Pilch Kraków na Warszawę. A jak tu normalnie żyć w takim mieście utrapienia? Z dala od Rynku, od pomnika Adasia, od Kazimierza, od Bagateli, od ulicy Sławkowskiej, od KK... Kto nie mieszkał w Krakowie, ten nie zrozumie.
Skorygować życie
Fragmenty z życia lustra
Joanna Szczepkowska Fragmenty z życia lustra. Tajemnicze i intrygujące historie z pozoru zupełnie zwykłych ludzi. W swych opowieściach Joanna Szczepkowska dotyka tematów, które fascynują od zawsze, pyta, kto może powiedzieć o człowieku więcej – lekarz czy uzdrowiciel, jak możliwa jest miłość i bliskość z drugim człowiekiem, jak radzimy sobie z poznawaniem świata i siebie. Z niezwykłą przenikliwością pokazani są ludzie, trochę nieporadni, ciągle zaskakiwani przez życie. Kolejne opowiadania mają wspólny mianownik, co sprawia, że książka jest nieprzewidywalna. Warto!
O czytaniu
Miejsca magiczne...
Uwielbiam antykwariaty. Większość z nich to miejsca niesamowite, wręcz magiczne. Jeśli ktoś miał okazję być w Pałacu Starej Książki na Działdowskiej w Warszawie, to wie, o czym mówię. No nie ma chyba większej frajdy, niż kupić sobie stos dobrej literatury za zupełnie niewielkie pieniądze. Uwaga – chodzenie po takich miejscach uzależnia ;)
środa, 19 listopada 2008
Euforia
Kolejny Sputnikowy film - Euforia, kolejne niesamowite przeżycie. Już od pierwszych minut zachwycają bezbrzeżne krajobrazy rosyjskiego stepu. Zdjęcia robione z lotu ptaka pokazują ogrom i niezwykłość pól i wijącej się wśród nich rzeki Don. Nieskończone połacie poprzetykane są cienkimi liniami dróg, które krzyżują się ze sobą na rozmaite sposoby, tak jak nieoczekiwanie splatają się ze sobą losy ludzkie. Te drogi przypominają trochę linie papilarne na dłoni człowieka,z których można wyczytać, jaki los nas czeka.
Wiera,młoda mężatka snująca się pośród stepów w czerwonej sukience, ma męża, który od dwóch lat nie pije. Wypadek córeczki porusza w nim jednak lawinę uśpionej dotychczas agresji. Zwłaszcza że Wiera ucieka z innym mężczyzną...
poniedziałek, 17 listopada 2008
Luźne rozmyślania o samotności
Samotność staje się bardziej odczuwalna porą zimową, kiedy to nie chce się wyjść za próg,bo zimno, mglisto, ciemno.
Ponoć człowiek inteligentny nigdy nie nudzi się w swoim towarzystwie.
Ale w pewnym momencie pojawia się pytanie - w co się bawić, w co się bawić, gdy możliwości wszystkie wyczerpiemy ciurkiem?
Dobrze, że jest radio. Gdyby nie trójeczka, moja najlepsza przyjaciółka, byłabym o krok od szaleństwa z tej samotności...
środa, 12 listopada 2008
33 sceny z życia

Zaryzykowałam i wyciągnęłam męża na film 33 sceny z życia. Po części zachęcona wywiadem z Szumowską w "Twoim Stylu", po części z sympatii dla książek Terakowskiej, po części dlatego, że lubię grę Macieja Stuhra.
Wiadomo, jak to zazwyczaj z polskimi filmami bywa. Różnie. Najczęściej nie najlepiej.
I nagle pojawia się TAKI film. Czegoś takiego jeszcze w kinie polskim nie było.
A przynajmniej ja czegoś takiego jeszcze nie widziałam. To obraz o umieraniu i o dojrzewaniu. Temat śmierci pokazany zupełnie bez patosu, a nawet wręcz przeciwnie, groteskowo.
Film wciska w fotel, wyciska łzy, ale z drugiej strony powoduje wybuchy śmiechu na sali kinowej. Mnie rzeczywiście momentami rozbawił, ale przede wszystkim poruszył głęboko.
Takie zupełnie inne spojrzenie na temat utraty niż u Tuszyńskiej.
To trzeba zobaczyć. Polecam. Absolutnie polecam.